Recenzje

A może sen to świadomość duszy?

„Alternatywne życie, czyli traktat o snach” w reżyserii Mateusza Brodowskiego w ramach „Teatru na faktach”, Instytut im. Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu – pisze Kamil Bujny.

Spektakle z projektu Teatr na Faktach powstają przy użyciu metody verbatim. Choć widziałem już wiele przedstawień stworzonych na podstawie wywiadów, to dopiero podczas oglądania „Alternatywnego życia, czyli traktatu o snach” w reżyserii Mateusza Brodowskiego pomyślałem, że sam mógłbym być bohaterem jednej z prowadzonych przez twórców rozmów. Recenzja teatralna to rzecz jasna nie miejsce do tego, by zwierzać się ze swoich koszmarów sennych i opowiadać o tym, co nieświadomie robi się podczas snu, ale możliwość całkowitego utożsamienia się z postaciami znacząco wpłynęła na moje postrzeganie wrocławskiej realizacji. W tej perspektywie – zupełnego zrozumienia opowiadanych ze sceny historii – prezentacja wydała mi się nie tylko prawdziwa (w sensie dokumentalnym), ale również autentyczna, bezpośrednio odwołująca się do mojego doświadczenia.

Czym jest sen? Alternatywnym życiem? Opresją? Świadomością duszy? Dziełem przypadku? – najpewniej można by tak długo pytać, szukając przekonującej odpowiedzi, ale wydaje się, że nigdy nie znajdziemy tego jedynego, uniwersalnego wyjaśnienia. Dla każdego z nas sen jest czymś zupełnie innym – dla jednych wyłącznie efektem pracy mózgu (przetwarzania przyswojonych wcześniej informacji), dla innych metafizycznym doświadczeniem, a dla jeszcze innych sposobnością do ujawniania swojej decyzyjności również poza światem rzeczywistym. Każda z tych perspektyw jest nie tylko ciekawa, ale również do pewnego stopnia słuszna – to, co czasem wydaje się opresyjne, innym razem staje się możliwością przeżywania niezwykłych historii. Bohaterami spektaklu Brodowskiego są zarówno ci, którzy boją się zasypiać (wiedząc, że czyhają na nich nocne koszmary), jak i ci, którzy specjalizują się w świadomym śnieniu. Choć trudno mówić o tak subiektywnej i w gruncie rzeczy nieweryfikowalnej płaszczyźnie życia w sposób dokumentalny, to reżyserowi udaje się przedstawić swoje postaci tak, by ich opowieści nie budziły żadnych zastrzeżeń – ze sceny słyszymy wiarygodne, emocjonalne i absorbujące historie, wymownie wyrażające fenomen snu.

Oglądaniu przedstawienia towarzyszy poczucie rozdygotania, intelektualnego i psychicznego rozwarstwienia. Twórcy prowadzą spektakl tak, by widz – podobnie jak bohaterowie – pozostawał cały czas w zawieszeniu między prawdą a złudzeniem, światem rzeczywistym i sennym. Nie wiadomo, które z obserwowanych na scenie zdarzeń to jeszcze reprezentacja jawy, a które już nocnych widziadeł. Nie ma w tym pokazie pustosłowia, straszenia oglądającego koszmarami czy relacjonowania ciągów sennych. Choć takie strategie reżyserskie mogłyby okazać się ciekawe, to Brodowski idzie znacznie dalej – nie pyta „co się śni?” ani „dlaczego to ci się śni?”, tylko próbuje znaleźć odpowiedź na pytania „czym jest sen?”, „skąd jest sen?” i „kim jesteśmy we śnie?”. Jego bohaterowie to postaci na poły realne, na poły fantastyczne. Ich status wyznacza zawieszenie między dwoma światami (rzeczywistym i sennym), a naturę – ruch, sposób bycia na scenie. Oglądaniu wykonawców towarzyszy dyskomfort, swego rodzaju poczucie grozy. Bierze się ono oczywiście z jednej strony z samego faktu opowiadania o snach (to chyba zawsze niesie ze sobą pewną ontologiczną niepewność), a z drugiej strony z rozwiązań reżyserko-scenograficznych, których najbardziej symptomatycznymi wyrazami są przedzielenie sceny foliową zasłoną oraz osobliwy taniec aktorów. O ile decyzja o symbolicznym wydzieleniu porządku dziennego i nocnego (nazwijmy to tak na potrzeby recenzji) wydaje się dość oczywista, o tyle prezentowany na scenie ruch już nie. Choć początkowo miałem duże wątpliwości wobec choreografii (była dla mnie nie dość oniryczna?), to z czasem zdałem sobie sprawę z tego, że to właśnie ona wyznacza rytm tego spektaklu, że to wokół niej skupia się cała sceniczna rzeczywistość. Ruch (odpowiedzialni za niego są Aleksandra Nowakowska oraz Piotr Mateusz Wach) w omawianym przedstawieniu jawi się jako niepokojący, mechaniczny, agresywny i seksualny, a momentami nawet nieludzki. Na pewno nie jest subtelny czy pełny gracji – wpisuje się raczej w nasze wyobrażenie awatara czy nawet diabła, nie człowieka. Co więcej, trudno nam go również jakoś udomowić czy oswoić, bo aktorzy często znikają z pola widzenia – występują za wspomnianą zasłoną, „dawkują” nam siebie. Widzimy w nich wówczas zjawy, istoty nieziemskie, które nie tyle są, ile się właśnie jawią. To połączenie delikatnego i konkretnego, spontanicznego i mechanicznego sprawia, że „Alternatywne życie…” staje się tym, o czym opowiada: „nieuchwytnym, nieobiektywnym wycinkiem, którego nie można odnieść do szerszego kontekstu”. Twórcy nie chcą bowiem wykładać publiczności treści snów swoich bohaterów, opowiadać o ich odczuciach i lękach. I słusznie. Nie dość, że do pewnego stopnia wszyscy dzielimy te same doświadczenia (kto czasem nie ma koszmarów?), to do tego trudno wiarygodnie wyrazić niezwykłość tego nierzeczywistego świata. Zespół teatralny ma za to inne pragnienie – chce umieścić widza w nastroju snu, sprawić, by poczuł to, co czują postaci: raz szczęście i kontrolę, raz grozę i wyobcowanie. Realizując ten zamiar, udaje się w przedstawieniu wypracować jakąś wsobność, coś, co odnosi się tylko do pokazu, co poza nim pozostaje zupełnie nieuchwytne. Zupełnie tak, jak we śnie, który na ogół jawi się nie tylko jako wyjątkowy, ale również wewnętrznie spójny, nawet jeśli jest absurdalny. Przełożenie tej sytuacji na spektakl i relację widz-wykonawca to duży sukces twórców.

Pokaz odnosi się jednak nie tylko do sennych jaw i strategii, jakie możemy przyjąć, by się w nich odnaleźć, ale również do bieżących wydarzeń z rzeczywistego świata. Bardzo ciekawe okazuje się umieszczenie w przestrzeni spektaklu kontekstu koronawirusa – zadanie pytania o to, czy pandemia nam się nie śni, to nie tylko sposób na poszerzenie wymowy prezentacji, ale również przyczynek do refleksji nad naszymi zdolnościami interpretacyjnymi. To, czego obecnie doświadczamy, zostaje ukazane jako – tak jak sen – realne i nierealne, logiczne i surrealistyczne zarazem. W tej sugestii oczywista okazuje się następująca paralela: tkwimy w pandemii tak, jak tkwi się w nocnej marze – bezwolnie i bez możliwości ucieczki. Pytanie: co z tym zrobimy, gdy wszystko wreszcie minie? Wyprzemy to doświadczenie z pamięci czy spróbujemy je zapamiętać, by kolejnym razem nie być zupełnie zaskoczonym, by już świadomie śnić?

fot.: Bartłomiej Puch

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , ,