Recenzje

Ajaj Madagaskar, kraina czarna i skwarna

Julian Tuwim “Żołnierz królowej Madagaskaru” w opracowaniu i reżyserii Krzysztofa Jasińskiego w Teatrze Polskim w Warszawie – pisze Wojciech Giczkowski

Teatralny Instytut Pamięci Narodowej, powołany na początku roku przez Teatr Polski i słynny kabaret Pożar w Burdelu, stworzył program „Sto wskrzeszeń na 100-lecie Polski” o zapomnianych polskich patriotach. Do popularnych wśród widzów przedstawień o jasnowidzach i żydowskim królu z Nalewek doszło coś zupełnie nowego, skrzący się doskonałą muzyką i przepięknym starym dowcipem spektakl „Żołnierz królowej Madagaskaru”. Na spotkaniu po premierze Janusz Majcherek, dyrektor artystyczny tego teatru, powiedział, że od sześciu lat namawiał dyrektora Andrzeja Seweryna do wystawienia tej sztuki. Farsa napisana przez Stanisława Dobrzańskiego ma w swej pierwotnej wersji 140 lat, 80 lat temu przysposobił ją do swoich czasów Julian Tuwim i od 1936 roku święci ona triumfy na wszystkich scenach w Polsce.

Realizatorem obecnego przedstawienia jest popularny krakowski reżyser Krzysztof Jasiński, który podkreślił w swoim popremierowym wystąpieniu związki Krakowa z warszawskim Teatrem Polskim. Wybudował go obywatel austriacki, Arnold Szyfman, a od czasu do czasu na scenie występowali wielcy krakowscy aktorzy. Do wyreżyserowania tej arcywarszawskiej sztuki poproszono krakowiaka, którego „Wesele” od czterech lat nie schodzi z afisza w teatrze przy Karasia.

Najnowsze przedstawienie w Teatrze Polskim nie jest próbą odtworzenia przedwojennej rzeczywistości za pomocą dekoracji. Justyna Łagowska stworzyła na środku widowni kulisy teatralne, bo tam toczy się przede wszystkim akcja przedstawienia. Aktorzy grają cały czas frontem do widza, tak jakby to była scena kabaretu, a nie próba imitacji teatralnej rzeczywistości. Postawiono na stworzenie intymnej relacji aktorów z widzami. Józia (Paulina Janczak), Rózia (Monika Kaleńska), Fruzia (Adrianna Dorociak) i Żorżeta (Izabella Bukowska-Chądzyńska), czyli tzw. girlsy z kabaretu, nie tylko świetnie tańczą i śpiewają, lecz także starają się utrzymać swobodne wzrokowe relacje z widzami. Siedzące obok mnie panie były zachwycone taką atmosferą i powiedziały mi, że brakowało im w Warszawie teatru, który przeniósłby je w atmosferę Qui Pro Quo. Nawet sceny w domu Mąckich czy w apartamencie Hotelu Europejskiego nie mają teatralnej atmosfery, bo dekoracje to tylko obrotowe tło dla tańca i piosenek.

Jednak mimo anachronicznej przedwojennej stylistyki ciągle przed oczami mamy Warszawę współczesną z jej problemami zobrazowanymi na scenie w karykaturalny sposób. Każdy domyśli się, że Radom dziś to Toruń, a sodalicja Mazurkiewicza jest źródłem pewnych ugrupowań religijnych. To tylko zabawa, realizatorzy postawili na gwiazdy, więc do roli mecenasa Mazurkiewicza zaproszono Zbigniewa Zamachowskiego, który – jak pamiętamy z czasów „Big Zbig Show” – śpiewać potrafi i to doskonale. Aktor nie szukał w swoim bohaterze głębi psychologicznej. Postawił na komedię i tym zachwycił premierową publiczność. Niezgrabnie i śmiesznie zsuwał się z fortepianu, był fajtłapą i mocno przypominał pewnego nieżyjącego francuskiego komika. To wielka przyjemność oglądać ponownie Zamachowskiego…. i Trzepiecińską. Wydawało mi się, że będzie okazja do powrotu do „Histerii miłosnych”, kultowego przedstawienia Teatru Studio z 1993 roku, gdy aktorzy z Wojciechem Malajkatem w obsadzie święcili swoje największe triumfy aktorskie. Trzepiecińska tymczasem jako pani Mącka stanowi tylko połowę duetu pociesznych ciotek z Ewą Makomaską jako Lamięcką. Na pewno ich fani przyjdą na to przedstawienie właśnie dla obu aktorek.

No i Kamilla. Do roli zachwycającej pogromczyni męskich serc zaproszono aktorki z castingu. W premierowej wersji zobaczyliśmy Joannę Pocicę, która ma tzw. doskonałe warunki. Jest piękna i zgrabna, dobrze tańczy i śpiewa, ale niestety Zulą Pogorzelską nie jest. Wydaje się, że więcej z wampa miała – grająca jej teatralną matkę Żorżetę – Izabella Bukowska-Chądzyńska, która oczywiście wykorzystała swoją szansę pokazania się w tym przedstawieniu od najlepszej strony. Zobaczymy, ile z uwielbianej przez mężczyzn celebrytki i piosenkarki będzie miała zmienniczka Pocicy, czyli Marta Wiejak.

W realizacji sztuki Juliana Tuwima chyba lepiej aktorsko wypadli panowie. Szymon Kuśmider jako stary aktor Cabiński przesłonił swoją kreacją samego Zamachowskiego i kto wie, jak wypadłby w roli radomskiego mecenasa. Klasą najwyższą w przedstawieniu był Tomasz Drabek, który prostymi środkami aktorskimi stworzył niezapomnianą postać gejowatego kamerdynera Grzegorza. Piotr Bajtlik i Adrian Brząkała jako Mąccy zagrali na jednej nucie przez całe przedstawienie. Pierwszy był wiecznie śpieszącym się prezesem, nawet w kulisach u Kamilli, a drugi kompletnie nie umiał wykorzystać swojego emploi, nie stanie się zatem młodzieżowym bohaterem przedstawienia. Na koniec wspomnę o Lidii Sadowej, która z chimerycznej poetessy Sabiny przedzierzgnęła się w takiego wampa, że pan Zamachowski do Kamilli zaczął mówić Sabina. Aktorka po raz kolejny potwierdziła swój wielki talent i aż szkoda, że nie zauważył tego reżyser przy formowaniu obsady.

Piosenka „Madagaskar”, znana wszystkim widzom ze śpiewania podczas pobytu na koloniach, ma szansę znów stać się przebojem – przede wszystkim dzięki brawurowej interpretacji Krzysztofa Kwiatkowskiego i znakomitej aranżacji Krzysztofa Herdzina. Na pewno sukces tego przedstawienia i jego długi pobyt na scenie Teatru Polskiego będzie wielką zasługą tego znakomitego kompozytora, muzyka i aranżera.

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , , , , , , ,