Recenzje

Aktor jest od grania

„Wyzwolenie: królowe” Agnieszki Wolny-Hamkało w reżyserii Martyny Majewskiej. Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu – pisze Jarosław Klebaniuk

W dramacie Stanisława Wyspiańskiego odczytywane są trojakie intencje głównego bohatera: wyzwolenie Polski spod zaborów, narodu z bezwładu woli i wyzwolenie sztuki. Agnieszka Wolny-Hamkało uaktualniła tamten przekaz, pomijając niewolę polityczną, robiąc aluzję do narodu poddawanego politycznej opresji, samą formą swojego dramatu postulując wyzwolenie sztuki, a od siebie dodając jeszcze kilka wątków, w tym niektóre nieoczywiste. Jej tekst, obficie przeplatany cytatami z pierwowzoru, zaskakuje, bawi, skłania do refleksji, chwilami zaś wprawia w konsternację. Mieliśmy z Elą trudność, idąc przez topniejący śnieg z Piłsudskiego (ulicy nomen omen imienia przyszłego wyzwoliciela) na Bogusławskiego (dyrektora Teatru Narodowego, na którego późniejszej scenie toczyła się akcja omawianego spektaklu), mieliśmy zatem trudność z określeniem, o czym było i po co. Ela posunęła się o krok dalej, na czerwonym świetle przed przejściem przez Powstańców Śląskich, oznajmiając, że nie wie, czy jej się podobało, że owszem, niektóre sceny. Ale Ela zazwyczaj jest bardziej krytyczna, więc jeszcze nie wszystko stracone.

Przedstawienie rozpoczęło się od kameralnej rozmowy Reżysera z Konradem na temat roli tradycji i nowatorskich rozwiązań w teatrze, by po chwili wybuchnąć z wizualnym rozpasaniem, gdy przez widownię weszły tytułowe Królowe. Stanęły przy mnie i Eli, wszystkie pięć i spędziły tam kwadrans lub dłużej. Zrozumieliśmy, co to znaczy dostać najlepsze miejsca: w pierwszym rzędzie obok pięciu drag queens, rozmawiających, szczebioczących, zmanierowanych, wystrojonych, wyeksponowanych i – że zacytuję Michała Witkowskiego – przegiętych. Groteskowo wyraziste stroje, niespotykanej wysokości szpilki, fantazyjne koafiury, podkreślające seksualność lub świętość dodatki do ubrań i fryzur, makijaże i tipsy, a wszystko to spowite w hałaśliwej ekspresji – oto, co mieliśmy z Elą na wyciągnięcie dłoni. Gdy później kolejno pojawiały się na scenie, by wziąć udział w przesłuchaniu do współczesnej wersji „Wyzwolenia”, prezentowały się jeszcze lepiej. Pokazały nie tylko, czemu służyć miały ich sceniczne „imaże”, lecz jakie mają umiejętności wokalne. Teatr Muzyczny Capitol po raz pierwszy, lecz nie ostatni tego wieczoru ujawnił swoją muzyczność. Pianistka i muzyk grający na syntezatorach akompaniowali na żywo, widoczni przez część spektaklu z tyłu sceny.

Gdy w ideologiczne i osobiste ekspozycje kandydatek na Muzy wplecione zostały słynne niegdyś, a  i dziś rozpoznawalne przeboje polskiej muzyki pop, piosenki znane z wykonań Anny Jantar, Beaty Kozidrak, Zdzisławy Sośnickiej i Izabeli Trojanowskiej (w dalszej części spektaklu także i Wioletty Villas), można było poczuć zaskoczenie. A później takich niespodzianek było jeszcze kilka. Zderzanie potocznej, chwilami dosadnej polszczyzny współczesnej z nieco bombastycznie dziś brzmiącymi kwestiami z dramatu Wyspiańskiego dawało piorunujący efekt. Zabawne było już to zawistne, już to pełne zachwytu komentowanie występów przez kontrkandydatki. Niektóre postaci zbudowane były na wewnętrznej sprzeczności. Juro-diwa (to bynajmniej nie jedyny przykład gry słów), w aureoli, lecz i epatująca seksualnością, wspominała udział w nabożeństwach: „Patrzę na wikarego i na jego dzwonki. I ch… mi staje. Bo ja to zawsze byłam taka kościółkowa”.

Zaskakująca była też zmiana nastroju z ironicznego i zabawnego na refleksyjny w serii scen, w których centralne rekwizyty stanowiły własne smutne maski postaci. To właśnie w tych kilku monologach zostały wypowiedziane inne propozycje wyzwolenia: od mediów społecznościowych (które „nie są społecznościowe” i stanowią „lustrzane odbicie naszego narcyzmu”), od antropocentryzmu („Kobiety muszą nauczyć się rodzić wymierające gatunki zamiast ludzi”), od obojętności czy konwencjonalności (lesbijskie, a może gejowskie, całowanie się Konrada z Reżyserem), wreszcie od życia. To ostatnie wyzwolenie wiązało się z przypomnieniem samobójczych śmierci konfesyjnej, łamiącej tabu poetki Anne Sexton, a także żyjącego znacznie wcześniej dramatopisarza i poety Heinricha Von Kleista z jego przyjaciółką Henriettą Vogel.

Nie zabrakło w spektaklu aluzji politycznych. Informacja o uzyskaniu finansowania „próbowanego” spektaklu w ramach ministerialnego programu „Niepodległa” wzbudziła wesołość na widowni. Odczytany z kartki list-odezwa dotycząca bliżej nieokreślonych rządów, które chwilowo się uspokoiły, ale z pewnością dalej będą się nieodwracalnie okopywać, raczej nie dotyczył zaborców z przełomu XIX i XX wieku. Aluzja do „Dziadów” zdjętych z powodu zmiany dyrektora teatru odnosiła się zaś do placówki położonej dwie przecznice dalej, przy ulicy Gabrieli Zapolskiej.

W spektaklu demaskowano hipokryzję, zwłaszcza tę związaną z narodowo-ojczyźnianym dyskursem. Jednak czy się przesłyszałem, czy rzeczywiście postępowa Autorka włożyła w usta jednej z postaci słowa: „imperium ruskiego smalcu”? Jeśli analizator słuchowy zadziałał u mnie poprawnie, to w tym pogardliwym „ruskim” mieliśmy do czynienia z przejawem uprzedzenia narodowościowego. I to wobec przedstawicieli nacji kulturowo nam bliższej niż większość krajów Unii Europejskiej. Nawiasem mówiąc zabrakło też w błyskotliwym skądinąd tekście paru kwestii, które wciąż w głównym nurcie pozostają tabu. W kontekście wyzwolenia dobrze byłoby choćby zastanowić się, dlaczego powstanie styczniowe tak łatwo upadło i czy dla chłopów większym bohaterem nie był rosyjski („ruski”?) car, który zniósł pańszczyznę, niż ów kilkukrotnie przywoływany za Wyspiańskim „ojciec”, który „był bohaterem”, ale w sprawie swojej i swojej kasty, a nie „dusz”, które posiadał na własność. Wyzwolenie klasowe wydaje mi się bowiem ważniejsze niż narodowościowe czy „dżenderowe”. No, ale do tego byłyby potrzebne w tym dramatycznym re-make’u zupełnie inne „królowe”.

Zapamiętać można ze spektaklu także kilka mniej kontrowersyjnych kwestii. Mnie na bieżąco warte odnotowania wydały się takie: „Dlaczego facet w sukience jest śmieszny, a ten z grupy rekonstrukcyjnej przebrany za Napoleona nie?”, „Polska jest gejem”, „ – Kto ty jesteś?  – Polka mała”, „– Nikt nie wie, jak umarła Najświętsza Maria Panna. – I tak się w historii traktuje kobiety”, „Aktor jest od grania, jak d… od s…a”, „Rzucam rolą”. Teraz pewnie dodałbym rozmowy z Katedry, gdzie Wyspiański „dłubał te swoje witraże”.

Największą siłą spektaklu w reżyserii Martyny Majewskiej nie jest jednak tekst. Ten, chwilami lekki niczym felietony wrocławskiej autorki z „Przeglądu”, kiedy indziej gruby lub – za Wyspiańskim – podniosły i emocjonalny układa się w niejednolity kolaż, z którego znaczenia pewnie można by z mozołem wydobyć. Sprzeciw wobec narodowo-katolickiemu trybowi „wyzwalania” jest tylko jednym z wątków, nie bez ironii raz po raz eksponowanym. Jednak ponad tekstem dostaliśmy oryginalne, zaskakujące widowisko ze świetną stroną muzyczną. Kontrastowanie współczesności z czasami sprzed Pierwszej Wojny Światowej, różnych rejestrów języka, a także zawarcie teatru w teatrze (casting do spektaklu w spektaklu), a nawet teatru w teatrze w teatrze (w końcu i w oryginalnym dramacie mieliśmy teatr w teatrze) – wszystko to było możliwe do zrobienia dzięki sięgnięciu po zróżnicowane i adekwatne środki aktorskie i inscenizacyjne.

Na uznanie zasłużyły w „Wyzwoleniu: królowych” kostiumy, poszczególne rozwiązania choreograficzne i scenograficzne (choćby sceny zbiorowe przypominające ruchome obrazy). Oboje z Elą zachwycaliśmy się grającą religijną drag queen Emose Uhunmwangho. Zresztą trzy aktorki i dwóch aktorów grających zbiorowo Muzę, podobnie jak pozostała trójka zagrali zachwycająco. Bardzo przekonująco wypadła Helena Sujecka, która wykreowała w ironiczny sposób Reżysera. A jaką rolę zagrał ostatecznie Techniczny zobaczycie sami, gdy udacie się na Scenę Ciśnień.


Fot. Tomasz Walków


Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , ,