Recenzje

Bez motywacji, bez emocji, bez sensu

O spektaklu „Wariacje enigmatyczne” Erica–Emanuela Schmitta w reż. Artura Tyszkiewicza w Teatrze Ateneum w Warszawie pisze Paulina Sygnatowicz.

„Wariacje enigmatyczne” w Teatrze Ateneum są doskonałym dowodem na to, że do tanga trzeba dwojga. Świetna, dramatyczna rola Krzysztofa Tyńca nie ratuje słabego, pozbawionego emocji spektaklu, który miał szansę stać się nie tylko fantastycznym pojedynkiem dwóch znakomitych aktorów, ale także poruszającą opowieścią o ludzkich słabościach.

To Krzysztof Tyniec zaproponował Arturowi Tyszkiewiczowi, dyrektorowi warszawskiego Teatru Ateneum, wystawienie sztuki Erica–Emanuela Schmitta. Podobno od lat myślał o tym, aby zagrać Abela Znorko, nagrodzonego Noblem pisarza, który od towarzystwa ludzi bardziej ceni szklaneczkę whisky pitą w samotności w swoim domu na końcu świata. Znorko wydał właśnie swoją dwudziestą pierwszą książkę, która – jak wszystkie poprzednie – okazała się dużym sukcesem. Wyjątkową w jego dorobku powieść tworzą listy miłosne – pisane i otrzymywane przez alter ego pisarza. Wyjątkowa jest także dedykacja na pierwszej stronie wydawnictwa. I to ona sprowadza do domu pisarza dziennikarza lokalnej gazety – Erika Larsena (Grzegorz Damięcki). Pomiędzy panami nawiązuje się gra, w której odkrycie wszystkich kart bynajmniej nie wyłoni wygranego.

Tyniec doskonale czuje rolę cynicznego, kabotyńskiego pisarza, który w ciągu godziny (tyle trwa nie tylko sam spektakl, ale i sceniczne wydarzenia) przechodzi życiową przemianę. Postać ma dobrze przemyślaną i precyzyjnie skonstruowaną. Punktuje słowa, starannie dobiera gesty, słucha. Nie spieszy się, nie szarżuje – choć przy sztuce, która pomyślana jest jako pojedynek scenicznych osobowości pokusa ku temu może być duża.

Paradoksalnie to jednak postać Erika Larsena wydaje się być aktorsko ciekawszą i bardziej złożoną. To on ma wszystkie asy w rękawie. Powoli odsłaniając karty i ukryte motywy buduje napięcie, posuwa akcję do przodu, wpływa na zachowanie rywala. Grzegorz Damięcki, znakomity przecież aktor teatralny, tę rolę niestety położył. A wraz z nią cały spektakl.

Swoją postać oparł na jednym wyrazie – ironicznym uśmiechu. Nie doszukuje się motywacji u swojego bohatera, nie szuka momentów jego przemiany. Staje się przez to bezbarwny, a cała sztuka bezemocjonalna. Artur Tyszkiewicz próbuje reżysersko ratować emocje projekcjami wideo. Kluczowy moment zupełnie niepotrzebnie przeciąga obrazem dramatycznie rozbijających się o skały fal, które przechodzą w łopotanie na wietrze białych zasłon – symbolu przemijania(?). Spektakl kończy zaś widokiem zorzy polarnej. Zapewne niechcący obnaża przy tym całą kiczowatość tekstu Schmitta, którego znakomitym aktorstwem próbuje wybronić Tyniec. To jednak za mało.

„Wariacje enigmatyczne” stają się przewidywalną i nudną historią opartą na banalnym w gruncie rzeczy i teatralnie wyeksploatowanym wątku spotkania artysty i dziennikarza, których łączy wspólna tajemnica. Tymczasem w dramacie Schmitta można doszukać się głębszego sensu. Wystarczy tylko głębiej zanurzyć się w motywacje bohaterów. A te – żeby wymienić najbardziej oczywiste: zazdrość nie tylko o kobietę, ale przede wszystkim o artystyczne sukcesy czy zwyczajna chęć zemsty – francuski dramatopisarz serwuje jak na tacy. Wystarczy się tylko nad nimi pochylić.

fot. Krzysztof Bieliński

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , ,