Recenzje

Bóg nigdy się nie objawia, bo jest tak okropny

O spektaklu „Wskazówki dla poddanych” (jap. „Nuhikun”, 1978), reżyseria: J.A. Seazer, Keitoku Takata, Teatr Laboratorium Ban’yū Inryoku z Tokio, zagranym 12 X 2019 na scenie Piekarni Instytutu Grotowskiego we Wrocławiu, pisze Jarosław Klebaniuk.

Nie pamiętam, kiedy oglądałem spektakl równie oryginalny i piękny. Artystyczne bogactwo „Wskazówek dla poddanych” posłużyło rozważaniom nad jednym z najważniejszych zagadnień społecznych: relacji między rządzącymi i poddanymi. I choć formalne rozbuchanie widowiska zapierało dech w piersiach, to centralność podjętego problemu sprawiła, że nie można uznać go za artystowską fanaberię bez poruszającej treści. Zastanawiałem się przed pójściem do wrocławskiej Piekarni, jak to możliwe, że premiera miała miejsce trzydzieści lat tamu i tytuł nie zszedł jeszcze z afisza, ale już po pierwszym kwadransie dostałem satysfakcjonującą odpowiedź.

Wysokie na kilka metrów rusztowania zasnute delikatnym dymem zrobiły wrażenie jeszcze przed zgaśnięciem świateł na widowni. Wykonujący powolne, monotonne, powtarzalne czynności aktorzy stanowili raczej element scenografii niż niezależne byty. Gdy rozpoczął się właściwy pokaz, uwagę przyciągała całkowita, skrajnie wyeksponowana i długotrwała nagość pierwszego mężczyzny. Jego instalacja na tronie i stopniowe przyobleczenie w atrybuty władzy miała nietuzinkowy charakter. Rekwizyty, którymi posługiwali się aktorzy były na tyle nieoczywiste, że trudno było znaleźć dla nich jednoznaczne uzasadnienie. Zamiast oczekiwanych koron rządzący miewali na głowach rozpołowione skrzypce, parasolki, abażury, żyrandole, snopki siana czy buty. Te ostatnie odgrywały zresztą główną rolę pośród rzeczy. Buty różnych rozmiarów, fasonów, stopni zużycia i rozdziawienia. Przeważnie złote, choć zdarzały się i czarne. Wszystkie za duże na nogi służących, którzy zapragnęli zabawić się w „panów” pod nieobecność właściciela. But tworzył niejako opowieść, a nasze skojarzenia przymiarek w poszukiwaniu dziedzica posiadłości prowadziły wprawdzie do baśni o Kopciuszku, jednak mógł to być równie dobrze trop błędny. Jak przytomnie zauważyła potem Ela, nie dysponowaliśmy kapitałem kulturowym niezbędnym do rozszyfrowania symboli i fragmentów tekstu, które wyglądały lub brzmiały obco dla naszych okcydentalnych aparatów recepcji sztuki. Zachwyt nasz mógł być zatem dyletancki, pierwotny i nieskażony właściwymi asocjacjami, jednak mimo to nie byliśmy niezadowoleni czy niesyci.

Konstrukcję spektaklu można by opisać jako ciąg scen, które – gdyby zagrać je osobno – stanowiłyby zapewne miniprzedstawienia o autonomicznej wartości. Jednak ich zróżnicowana dynamika, oscylująca pomiędzy statycznym trybem żywego obrazu a akrobatycznym wręcz wigorem niektórych scen zbiorowych, przysłużyła się całości i wniosła wartość dodaną. Niezwykłe tempo tego, co działo się na scenie sprawiło jedynie – przynajmniej w moim przypadku – że trochę żałowałem przemijania kolejnych scen, niemożności napawania się ich urokiem. Pewnie ponowne obejrzenie dałoby możliwość wyłapania pominiętych szczegółów i dłuższego smakowania pysznych sekwencji.

Uderzająca we „Wskazówkach…” była przestrzeń i jej rozgrywanie. Gigantyczne rusztowania pozwalały na wykorzystanie sceny w trzech wymiarach. Niemal nieustanna obecność kilkunastu aktorów dawała efekt narracyjnej gęstości, a operowanie w kontrastujący sposób światłem i dźwiękiem zaznaczało zmiany w przebiegu akcji. Muzyka, także ta rockowa, chwilami była bardzo głośna, mocno odcinając fragmenty zdominowane przez ruch sceniczny od bardziej statycznych scen mówionych. Uwagę przyciągały też rozmaite urządzenia o wymyślnym przeznaczeniu. Te ażurowe konstrukcje służyły do zadawania bólu, torturowania, lecz także do porozumiewania się partnerujących sobie postaci choćby podczas powtarzanej, nadrealnej „inwentaryzacji” majątku.

Zarówno kostiumy, jak i charakteryzacja przywodziły na myśl słabo, przyznaję, mi znany tradycyjny teatr japoński, lecz chwilami także naszą polską pantomimę. Wiele scen miało zresztą taki pantomimiczny charakter, z przewagą ekspozycji ruchu nad mimiką. Parę z nich zrobiło niesamowite wrażenie dzięki użyciu środków podkreślających pokonywaną przez aktorów i dzielącą ich od siebie nawzajem przestrzeń. Scena z rzucaniem kości poddanym zachowującym godność, by zamienić się w psy, czy ta z rozwijaniem bandaży z owiniętych nimi głów bohaterów miały taką siłę wyrazu, że zapewne na długo pozostaną w pamięci, zapewne nie tylko Eli czy mojej.

Od strony akustycznej w spektaklu dostaliśmy nie tylko sporą dawkę ilustracyjnej czy wywołującej emocje muzyki instrumentalnej, lecz także śpiewy operowe jednej z solistek. Jednak najważniejsze było widowisko, z jego bogactwem strojów, rekwizytów i konstrukcji umożliwiających wykonywanie trudnych aktorsko ewolucji. Wprawne operowanie światłem i mrokiem dawało dodatkowy efekt artystyczny. Ela zwróciła uwagę na niezwykłą moc scen z zapalanymi w ciemności zapałkami. Zresztą w jednym z komentarzy doczekały się te niepozorne przedmioty należytego uznania. „Ideologia nie jest potrzebna do buntu. Wystarczy zapałka” – przeczytaliśmy tłumaczenie jednej z kwestii na ekranie w głębi sceny. Z innych nielicznych zdań, które udało mi się wynotować: „W dzisiejszych czasach ludzie wdzierają się nawet do cudzych snów” – skomentowali nachalność mężczyzny z butem służący. „Wybaczam ci, bo jesteś uczciwy” – powiedziała Pani do torturowanego poddanego, od którego wymusiła absurdalne zeznania. A słowa zacytowane w tytule tego tekstu pojawiły się w kontekście refleksji nad losem poddanych.

W warstwie tekstowej sporo było we „Wskazówkach…” elementów nadrealnych („Stajenny pożarł konia. Był znakomity, jak stwierdził. Potem sam się zamienił w konia”, „Potrzebuję stajennego, który jest wiecznie syty”), a absurdalność sytuacji zabawy w Pana i Służących miewała odcień ironiczny i groteskowy (stroje Panów i Pań, wydawane przez nich rozkazy). Z kolei jedną z maszyn budzących wesołość była ta, która po pociągnięciu w dół ciężaru przez ulokowanego w niej na czworakach bohatera dawała mu mechaniczne klapsy. Takich „aparaturowych” dziwaczności było zresztą więcej. Mężczyźni podwieszeni w pozycji poziomej czy inni – obracający się na dziwacznym urządzeniu tak, że raz jeden raz drugi był twarzą do ziemi, dali pokaz niezwykłej siły i synchronizacji, że o odwadze i dzielności już nie wspomnę, bo moja perspektywa jajogłowego pewnie nie jest odpowiednia, by oceniać te przymioty. Sprawność fizyczna, precyzja, jakiej wymagało uniknięcie zderzenia z ciężkimi przedmiotami poruszającymi się niekiedy w powietrzu, a także niezwykłe zgranie całego zespołu podczas dynamicznych scen zbiorowych i stanowiły zresztą wyróżniki gry aktorskiej trupy z Tokio.

Sympatycznym gestem w stronę polskiego widza było przemawianie przez władczy magnetofon w naszym języku. W tej humorystycznej scenie mieliśmy przykład władzy urządzenia nad człowiekiem, skomentowany takim słowy: „Niewidzialny Pan nawiedza tę rezydencję”. Innym –  niezamierzonym – polskim akcentem było wystawienie sztuki o relacjach władzy w przeddzień wyborów parlamentarnych. Asocjacja może i odległa, ale, zważywszy na kontekst, trafna.

Artyści nie wyszli do braw, choć były wytrwałe i pełne nadziei. Ela słusznie zauważyła, że ich powrót po tym, jak w finałowej scenie doświadczyli czegoś na kształt zmartwychwstawnia i wniebowstąpienia, popsułby efekt. Praca aktora zaiste wymaga poświęceń. Czyż nie przyjemnie byłoby osobiście odebrać entuzjastyczne owacje?

Spektakl zagrany został w ramach pierwszej edycji INLANDIMENSIONS International Interdisciplinary Arts Festivalu – największego wydarzenia w Polsce z okazji 100. rocznicy nawiązania stosunków dyplomatycznych Polski z Japonią. Organizatorom – Bridges Foundation we współpracy z Gdańskim Teatrem Szekspirowskim, Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Instytutem im. Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu – należą się słowa uznania nie tylko za wybór repertuarowy, lecz i za podjęcie potężnego logistycznego wyzwania, jakim było przewiezienie scenografii i rekwizytów. Dość powiedzieć, że sam największy but we “Wskazówkach dla poddanych” mierzył około trzech metrów długości. Warto było!


Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , ,