Recenzje

Cast away

O spektaklu „Triumf woli” Pawła Demirskiego w reż. Moniki Strzępki w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie pisze Zofia Kowalska.

„Triumf woli” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego ze Starego Teatru w Krakowie miał co prawda premierę w roku 2016, ale w ostatnim czasie twórcy zdecydowali się spektakl wznowić. Bardzo dobrze, bo minęło kilka lat, a świat staje się coraz gorszy i coraz bardziej przerażający. I coraz bardziej potrzebny jest choć najmniejszy promyk nadziei, że w całym tym bałaganie jest trochę dobroci.

Samolot lecący na luksusowy event kulinarny ulega wypadkowi, na skutek którego wszyscy jego pasażerowie trafiają na bezludną wyspę. Widzowie także byli uczestnikami tego lotu – na Dużą Scenę Starego weszli przez ustawione w drzwiach bramki lotniskowe. Powodem całego zamieszania jest sam William Szekspir, który – tak jak wykreowany przez siebie mag Prospero – wywołuje burzę. W rolę najsławniejszego angielskiego dramatopisarza wciela się charyzmatyczny, punkowy Krzysztof Zawadzki, który w glanach, kraciastych spodniach, z okiem podkreślonym eyelinerem i kolczykiem w uchu będzie przewodnikiem po świecie spektaklu. W końcu to właśnie on jest autorem tego dramatu.

Postaci błąkają się po wysypanej piaskiem scenie i z początku nie wiedzą, co ze sobą zrobić, ich nastroje są w większości wisielcze. W pewnym sensie wyspa ta reprezentuje cały świat pogrążony w melancholii i beznadziei; świat, gdzie niczym w beckettowskim „Czekając na Godota” – „nic się nie da zrobić”.  Ratunkiem dla rozbitków okazuje się być opowiadanie sobie historii o ludziach, którzy mimo przeciwności losu, odnieśli swoje małe (i duże) zwycięstwa, robili dobre, piękne i inspirujące rzeczy.

Widzowie poznają kilka historii z różnych zakątków globu i różnych okresów w historii. Małgorzata Zawadzka wciela się w piłkarza najgorszej drużyny piłkarskiej na świecie, reprezentacji Samoa Amerykańskiego, której udaje się strzelić pierwszego gola. Krystian Durman i Juliusz Chrząstowski prezentują historię społeczności brytyjskich górników oraz gejów i lesbijek, którzy w latach 80. zjednoczyli siły przeciwko polityce Margaret Thatcher (Demirski najpewniej widział świetny film „Pride” – po polsku „Dumni i wściekli” – w reżyserii Matthew Warchusa). Dorota Segda jest Kathrine Switzer, pierwszą kobietą, która w 1967 roku przebiegła maraton. I tych opowieści jest więcej, faktyczne wydarzenia przeplatają się z wyobrażeniami i marzeniami, konkrety z symbolami, metaforami.

Spektakl jest boleśnie świadomy problemów przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. „Ocean też ma kłopoty, ale przynajmniej nie jest negatywny” – mówi biolożka Rachel Carson, w którą wciela się Dorota Pomykała. Sugeruje, że remedium na bolączki świata zdaje się być optymistyczne nastawienie do siebie samego i innych.

Przedstawienie Strzępki jest dynamiczne, chaotyczne i przepełnione środkami wyrazu teatralnego. Jest tu klaun z McDonalda, pingwin, miś polarny, wróżka, górnicy, balony, instrumenty muzyczne, jaskiniowiec, Święty Mikołaj, najróżniejsze projekcje wideo. Długo by wymieniać wszystko. Konwencja nakazuje dyktaturę komizmu, śmiech ze wszystkiego i wszystkich. Z kobiet, mężczyzn, gejów, heteryków, starych, młodych, konserwatystów, liberałów. Twórcy nie oszczędzają nikogo, lecz humor, którym operują nie jest cyniczny i szyderczy, a czuły, choć momentami dość czarny.

W miarę jak rozwija się spektakl na scenie powstaje przedziwna kakofonia postaci, ról, które przeplatają się i przenikają, są jednocześnie ulotne, zmienne i stałe, co jest charakterystyczne dla teatralnego języka duetu Strzępka/Demirski. Zagmatwana dramaturgia nie utrudnia jednak odbioru spektaklu, a skutecznie wciąga widza w świat przedstawiony spektaklu i pozwala mu podążać za wydarzeniami bez konieczności ciągłego ich analizowania. Poszczególne wątki łączą się w momentach kulminacji napięcia scenicznego. Wówczas aktorzy i aktorki jednoczą się, by wspólnie wykonać piosenki, dzięki czemu przedstawienie zyskuje znamiona koncertu.

Umiejętności bycia wobec siebie czułym przeciwstawione jest uczucie wstydu. Postać Szymona Czackiego (którą gra na zmianę z Marcinem Czarnikiem) w dramacie nazywa się „Człowiek który nie umiał mówić o sobie dobrze”. Chciałby przytulić się do drugiego człowieka, ale nie umie, chciałby zaśpiewać, ale się wstydzi. Koniec końców udaje mu się przełamać i wraz z całą kompanią wykonuje utwór „There is a Power in a Union” Billy’ego Bragga. Wspólnota jest potrzebna, by prosperować i rozwijać się jako człowiek. Najwięksi też miewają momenty niepewności – nawet Szekspir wyraża obawę, czy jest dobrym pisarzem – ukojenie zawsze przynosi drugi człowiek, jego słowo, uśmiech, uścisk dłoni.

Ze spektaklu płynie banalna lekcja. Aby było nam dobrze, należy nauczyć się być razem. Nauczyć się być wrażliwym i mówić „przepraszam”. Usiąść do wspólnego ogniska i pozwolić ogrzać się jego płomieniami, ogrzać się ciepłem serc swoich małych społeczności. Bo gdzieś tam daleko w głębi wyspy jest ciemność i zło, a jedyne, co tak naprawdę mamy, i co kiedykolwiek będziemy mieć, to siebie nawzajem.

fot. Magda Hueckel

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , , ,