Recenzje

Co mi się podoba?

“Wesele” Stanisława Wyspiańskiego w reż. Wojciecha Kościelniaka, spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie – Filia we Wrocławiu – pisze Kamil Bujny.

Czy idąc na „Wesele” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka do wrocławskiej Akademii Sztuk Teatralnych, mogłem wiedzieć, że w trakcie oglądania spektaklu będę miał déjà vu z obejrzanego kilka dni wcześniej „Mocka. Czarnej burleski” z Teatru Muzycznego Capitol? Raczej nie, a tak właśnie było.

Bronowicka chata w przedstawieniu Kościelniaka zostaje przeniesiona do lat 50. XX wieku, a samo tytułowe wesele odbywa się w wiejskim domu kultury – dlatego też na scenie pojawiają się orkiestra i tabliczka informująca o zakazie robienia zdjęć, a nad gośćmi wiszą różne propagandowe szyldy, wśród których – zwłaszcza teraz, w trakcie protestów po wyroku upolitycznionego Trybunału Konstytucyjnego – uwagę zwraca przede wszystkim ten z napisem „Cała młodzież w szeregach służby polskiej”. Choć z początku wszystko wskazuje na to, że zarówno te hasła, czas akcji, jak i aktualny kontekst społeczno-polityczny posłużą reżyserowi do komentowania bieżących spraw, prędko okazuje się, że jego „Wesele” tylko z pozoru rości sobie takie ambicje – po jakimś czasie wspomniane tabliczki znikają, a wraz z nimi ulatuje cała polityczność prezentacji. W żadnym momencie spektaklu nie pojawia się myśl: „O, to o nas!”, choć właśnie w ten sposób na ogół postrzegamy dzieło Wyspiańskiego. Kościelniaka interesuje bowiem nie tyle diagnozowanie konkretnych wydarzeń czy analizowanie procesów zachodzących w naszym społeczeństwie, ile wikłanie widzów w ukazany w dramacie marazm, wzbudzanie w oglądającym poczucia winy i uświadamianie mu, jak łatwo odwrócić jego uwagę od tego, co naprawdę ważne. Robi to jednak z dala od publicystyki czy moralizatorstwa i nie odpowiada na pytanie Czepca: „Cóż tam, panie, w polityce?”.

O ile „Wesele” z wrocławskiej Akademii Sztuk Teatralnych nie jest spektaklem jednoznacznie społecznie zaangażowanym, o tyle nie sposób powiedzieć, że zupełnie abstrahuje od jakiejkolwiek refleksji na temat wspólnoty. Zaskakująca dla tego przedstawienia jest jego formuła, a mianowicie musicalowe potraktowanie dzieła Wyspiańskiego, przerobienie niemal większości scen na sceny śpiewane, a także dopełnienie ich zespołowymi, widowiskowymi choreografiami, za które odpowiada Barbara Olech, co w wielu momentach pozwala zapomnieć, że oglądamy spektakl o dramacie narodowym. Z czasem dojmujące okazuje się poczucie uczestniczenia w stricte rozrywkowym musicalu, napisanym z broadwayowskim rozmachem, takim w stylu wrocławskiego Capitolu. Na tym poziomie Kościelniak problematyzuje inscenizację, uświadamiając widzowi, jak bardzo jest on podatny na pozorne, oczywiste piękno, jak niewiele mu trzeba, by zapomniał o wszystkim tym, co powszechnie przyjęte za ważne, a skupił się na własnych przyjemnościach – w tym wypadku wynikających z obserwacji dobrze poprowadzonych i zsynchronizowanych zespołowych choreografii, ze słuchania świetnie zaaranżowanych i zaśpiewanych piosenek. Choć oglądanie „Wesela” trudno oddzielić od świadomości jego najbardziej kanonicznych interpretacji, mówiących o uśpieniu polskiego społeczeństwa, o jego marazmie, więc jako odbiorcy powinniśmy być wyczuleni zwłaszcza na te intuicje, to mimo to reżyserowi udaje się publiczność ewidentnie uśpić, niejako wyłączyć z działania (czy raczej myślenia o działaniu). Kościelniak, krótko mówiąc, zaplątuje oglądających w niewygodnie, jak się potem okaże, przyjemną estetykę musicalu, sprawiając, że zamiast przeżywać emocjonalnie kolejną niewykorzystaną szansę Polaków na zryw, pomstować na ich niezorganizowanie i niegotowość do walki, widz zatraca się w kontemplacji oczywistego piękna prezentacji, skupia się na precyzji układów tanecznych i ich efektowności. Tak jak miastowa inteligencja w dramacie jest pozornie zachwycona wsią oraz jej mieszkańcami, pozostając niezainteresowaną organizacją narodowego zrywu, tak odbiorca, ulegając widowiskowości pokazu, przestaje o potencjalnej walce myśleć. Nawet sam finał, ostatnia scena z jakże gorzkimi słowami o stracie złotego rogu i czapki z piór, ani nie smuci, ani nie irytuje – wręcz przeciwnie, zachwyca! I bynajmniej nie chodzi tu o jakieś niespotykane reżyserskie ujęcie czy wyprowadzenie z tekstu Wyspiańskiego nowych sensów. Kościelniak raczej niczego nie modyfikuje, a skupia się wyłącznie na przenoszeniu doświadczeń bohaterów przedstawienia na widzów – postaci są w symbolicznym marazmie, „jakieś ich chyciło spanie”, a oglądający wcale nie są od nich mądrzejsi: również gubią orientację, nie myślą o powadze prezentowanych wydarzeń i ich symbolicznym przesłaniu, a ulegają pięknu samej sceny. Zupełnie tak, jakby nie odsyłała do narodowego nieszczęścia, wielopokoleniowej traumy, a reprezentowała wyłącznie samą siebie – wypadkową śpiewu, muzyki, świateł i tańca.

Kluczowe dla oglądania dyplomowego „Wesela” są w związku z tym te momenty, gdy uświadamiamy sobie, że jesteśmy zniewalani przez pozorne piękno spektaklu. Owszem, można to spostrzeżenie traktować wyłącznie jako metakomentarz do potencjalnej recepcji przedstawienia, ale wydaje się, że pytanie o to, co może nam się podobać (i czy jest to na przykład akurat oglądany pokaz), ma w tym wypadku bardzo duży potencjał, także społeczny. Bo czy jako widz, mając nad głową prawdziwe propagandowe hasła PRL-owskich władz, które niestety nie wydają się dziś wyłącznie śladem przeszłości, mogę czerpać zupełnie niezobowiązującą i rozrywkową przyjemność z oglądania prezentacji o kolejnej niewykorzystanej szansie walki o wolność? Czy to w porządku? Czy stać nas na to jako społeczeństwo – pytam już teraz ahistorycznie, poza bieżącymi wydarzeniami – by zatracać się w estetyce i rozrywce, gdy trzeba dąć w róg, upominać się o swoje? Bo przecież nie tylko postaci „Wesela”, ale również wielu z nas tak właśnie czuje – że moment przebudzenia, zrywu jest cały czas przed nami. Na te pytania twórcy spektaklu nie próbują odpowiadać, sygnalizują jedynie ich znaczenie. Widz, wychodząc zadowolony z przedstawienia, myśląc o świetnej grze zespołowej, nucąc do melodii „Stary niedźwiedź mocno śpi” słowa „Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś, chamie, czapkę z piór”, może nawet nie zdawać sobie sprawy z faktu, że je mu zadano. A przecież „Pieje kur; ha, pieje kur”, a przecież ostał nam się już ino sznur, ino sznur…

Komentarze
Udostepnij
Tags: , ,