Recenzje

Cóż nas obchodzi anormalność świata, gdy sami jesteśmy normalni?

“Ślub” Witolda Gombrowicza w reż. Eimuntasa Nekrošiusa w Teatrze Narodowym w Warszawie – pisze Anna Czajkowska

Gombrowicz – filozof, erudyta kreujący nowy język – ze swą nieco napuszoną elokwencją i niesamowitym, inteligentnym poczuciem humoru znakomicie czuje się na scenach teatralnych. Nieustanna refleksja nad własnym ja, ucieczka przed narzucającą rolą społeczeństwa i kultury, gra pozorów i przywdziewanie masek nie stają się anachronicznymi i wciąż inspirują reżyserów. Poglądy bezkompromisowego demaskatora bardzo mocno wybrzmiewają w jego dramatach, czego najlepszym przykładem jest “Ślub”. “Ślub” to dramat formy i właśnie takim jawi się w najnowszej adaptacji Eimuntasa Nekrošiusa. Co ważne, nie ma w tym spektaklu aluzji i odniesień do współczesnej sytuacji społecznej czy politycznej, wszystko pozostaje w sferze abstrakcji, metafory, a reżyser skupia się na walce jednostki ze światem zewnętrznym. “Człowiek jest poddany temu, co tworzy się między ludźmi – i nie ma dla niego innej boskości jak tylko ta, która z ludzi się rodzi” – wyjaśniał w komentarzu do “Ślubu” Witold Gombrowicz. Dramat, który po 20 latach ponownie pojawił się na scenie Teatru Narodowego, pozostaje wierny tej tezie.

Wydarzenia, które przedstawia autor w swym genialnym utworze, nie dzieją się na jawie – to senne mary i majaki ujęte w karby wielkiej metafory i psychologicznego dramatu. Sam Gombrowicz tak pisał o akcji dramatu: “Ślub jest snem. Snem Henryka, żołnierza polskiego podczas ostatniej wojny, gdzieś we Francji, w wojsku francuskim, walczącym z Niemcami”.

Henryś wraz z przyjacielem Władziem wraca do rodzinnego domu gdzieś w Polsce (u Nekrošiusa mogłoby to być każde inne miejsce na ziemi). Po spaleniu dom zamieniono w karczmę, którą prowadzą matka i ojciec Henryka. Jego narzeczona Mania jest służącą, dziewką do wszelakich posług. Choć postaci dramatu są jedynie wytworem wyobraźni bohatera, wywierają na niego wpływ, wymagają udziału w grze narzucanej przez nową sytuację, wymuszają zabawę w rytuały i obrzędy, która wymaga od Henryka określonych odpowiedzi i reakcji. Henryk jest tu niewolnikiem, uwięzionym w zewnętrznym świecie, który go stwarza, ale i on zdaje się sprawować nad innymi kontrolę. Wszystko to miesza się, deformuje, znika i pojawia na nowo. Spektakl Nekrošiusa zaczyna się niczym groteska – Matka i Ojciec siedzą na krzesłach. Jak w pantomimie, wstają bez słowa, by zawieszać kolejne tabliczki na sznurze rozciągniętym między nimi. Ilustrują to ruchem ciała, lekkim uśmieszkiem, sposobem wstawania i siadania. Istna parada gestów i napisów – “Czekamy”, “Ślisko”, “Zaraz wracamy”, “Już nigdy nie wrócę”. Jak odczytać owe gesty i jak wielka jest ich moc sprawcza? To pytanie przewijać się będzie przez cały czas trwania dramatu. Przedstawienie litewskiego reżysera przesycone jest symboliką, często niejednoznaczną, bardzo trudną do odszyfrowania. Każdy drobiazg jest tu istotny. Mnóstwo znaczeń, pozorów, odwołań i ledwo uchwytnych metafor wręcz przytłacza. Ale też daje do myślenia, nie pozwala nawet na chwilę bezrefleksyjnie wpatrywać się w scenę.

“Ślub” Nekrošiusa to spektakl silnie angażujący i wymagający, ale ciekawy i niepozbawiony humoru. Kluczem do sukcesu – oprócz pomysłowej, dopracowanej reżyserii – są tu świetnie obsadzone poszczególne role. Gombrowicz wraz z reżyserem stawia przed aktorami bardzo trudne zadanie. Jerzy Radziwiłowicz, który wiele lat w krakowskim Starym Teatrze wcielał się w postać Henryka (w pamiętnym spektaklu Jerzego Jarockiego), tym razem gra Ojca. I gra rewelacyjnie. Jest zabawny, czasem patriarchalny i przerażający, zmienny jak kameleon. Radziwiłowicz potrafi grać zarówno mocno, jak i subtelnie, z delikatnością. Mimiką, ruchem dłoni, nawet krokiem. Z wytrawnością mima i aktora buduje pomału swoją postać. Kolejna znakomita rola to Matka Danuty Stenki. Stworzona ze skutecznych metamorfoz i ostrej ironii jest bardzo gombrowiczowska. Jej etiudy zagrane wspólnie z Jerzym Radziwiłowiczem to majstersztyk. Stenka z niezwykłą lekkością i naturalnością, którą tak lubię u tej aktorki, wprowadza komizm do swej gry, dodając smaku całej inscenizacji. Nieco dziwaczny zabieg obsadzenia aktorki w podwójnej roli (Matki Henryka oraz jego narzeczonej Mańki) początkowo wydaje się nieuzasadniony. Ale Stenka tak sprawnie i z wyczuciem prowadzi obie role, iż dość szybko przyklaskujemy temu reżyserskiemu rozwiązaniu. Ów pomysł pozwala też z dystansem spojrzeć na wytwory wyobraźni Henryka, podkreśla jego splątanie z postaciami, niejednoznaczność. Kobiety, od których nie może uciec Henryk, mają ogromny wpływ na jego zachowania. Henryk Mateusza Rusina to prawdziwe odkrycie. Główny bohater jest niedojrzały, bardzo hamletowski (Gombrowicz wyraźnie zresztą dyskutował z Szekspirem, a Nekrošius wcale od tego nie ucieka, wręcz przeciwnie), trochę rozedrgany i pełen nadziei, jak na młodzieńca przystało. Próbując uwolnić się od masek, zakłada wciąż kolejne. Bolesne traumy, przeszłość, których pełna jest jego głowa, nie pozwalają mu na powrót do rzeczywistości. Jego monolog z III aktu robi ogromne wrażenie. I trzeba się w niego naprawdę dobrze wsłuchać, by zrozumieć cały egzystencjalny dramat Henryka, jego mozolne poszukiwanie własnego “ja”. Gdy staje się królem, zatraca się w swej bezkarności, wierząc, że zaprowadzi nowy porządek. I cały czas zmaga się z formą, tworząc swój “dramat między człowiekiem a jego słowami”. Czy ta droga do wolności prowadzi do jakiegoś celu? Odpowiedź jest raczej pesymistyczna. Mateusz Rusin gra bardzo emocjonalnie, bez oszczędności w stosowanych środkach, ale z wyczuciem. Jego bohater poszukując swej tożsamości, celowo zmienia sposób mówienia, tembr głosu. Widać, że aktor trafnie odczytuje zadania, jakie stawia przed nim reżyser. Zresztą każdy z aktorów w tej misternie skonstruowanej budowli ma swoje pięć minut. W kilku scenach prawie całą uwagę skupia na sobie Grzegorz Małecki jako Pijak – bezczelny, dosadny, pewny siebie prowokator. Trudno nie usłyszeć jego wejścia, poprzedzanego łomotem upadającej metalowej tyczki. I ten jego straszny, obdarzony wielką mocą palec (albo “palic”) – “dutknąć” nim można każdego. Cała maskarada, błazeństwo, absurd koncentrują się w tej postaci – w tym potencjalnym drugim “ja” Henryka, tym “świńskim”, niedobrym, karykaturalnym, kierującym się niskimi pobudkami, a jednak kuszącym. Role drugoplanowe są w tym przedstawieniu wielce istotne i nasycone znaczeniami. Alter ego Henryka – Władzio (Karol Dziuba), jego szczery przyjaciel, to również pięknie zagrana postać. Chwila śmierci młodzieńca przestaje mieć znamiona snu. Wzruszająca, bolesna i przygnębiająca scena robi ogromne wrażenie.

Oprócz Władzia pojawia się jeszcze szereg innych postaci. W pamięci pozostaje ironiczny dostojnik, czyli Arkadiusz Janiczek jako Zdrajca, zabawny Kanclerz (Marcin Przybylski) z “przyklejonym” do pleców Szefem Policji (Robert Jarociński), Magdalena Warzecha jako ostrzegający Biskup Pandulf. Jest w tym spektaklu sporo humoru, gorzkiego, sarkastycznego, ale niosącego element rozluźnienia napiętej, dusznej, atmosfery snu Henryka. Poetyka inscenizacji, dość specyficzna, charakterystyczna dla tego reżysera, z cyzelowanymi szczegółami, symbolicznymi motywami (choćby “gra” ze słoikiem, potem dwoma, marynistyczne elementy scenografii), przyciąga i zdumiewa bogactwem. Groteskowa forma i pozorny błazeński ton ukrywają egzystencjalne pytania. Wszystko rozgrywa się w szaro-czarnej, ciemnej i chłodnej przestrzeni, czasem gwałtownie rozjaśnianej grą świateł lub ostrą barwą kostiumu, co wyraźnie służy podkreśleniu zmienności rytmu i stylistyki spektaklu. Piękna muzyka Algirdasa Martinaitisa znakomicie współgra z całością, pomaga aktorom w działaniu, tworzeniu kreacji i wzbogaca “Ślub” o kolejne emocjonalne znaki. Jest jeszcze jeden element, który zwraca szczególną uwagę – dziwny osobnik, muzyk w czarnym kapeluszu. Na swej waltorni gra raczej smutno, choć wciąż pyta o ślub. Ale w tym groteskowym, przerażającym śnie, w którym role są zmienne, rzeczywistość niejasna, ślub w końcu przeradza się w ceremonię pogrzebową. Dlatego w finale waltornia – instrument dziwnego barda, wydaje jedynie bezgłośny, bolesny dźwięk.

Spektakl jest długi, reżyser zdecydował się na zachowanie wszystkich wątków dramatu Witolda Gombrowicza, ale nie ma tu mowy o znużeniu. Jest gęstość znaczeń i chęć, by zobaczyć ” Ślub” raz jeszcze, dostrzec wszelkie niuanse, asocjacje, stylistyczne odwołania, wsłuchać się w rytm i rozszyfrować labirynt znaków.


fot. Krzysztof Bieliński


Anna Czajkowska – pedagog, logopeda dyplomowany oraz trener terapii mowy. Absolwentka Pomagisterskiego Studium Logopedycznego Uniwersytetu Warszawskiego, a także Podyplomowych Studiów Polityki Wydawniczej Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracuje z wydawnictwami edukacyjnymi (Nowa Era, Edgard) oraz portalem babyboom.pl, dziecisawazne.pl i e-literaci Instruktor metody PILATES. Recenzje teatralne pisze od 2011 roku.

 

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , ,