Recenzje

Czy można wyśpiewać ból?

„Kobieta, która wpadała na drzwi”, muzodram Anety Todorczuk, w reżyserii  Adama Sajnuka w Teatrze WARsawy – pisze Ana Czajkowska.

Irlandzki pisarz Roddy Doyle nie rozpieszcza czytelników – świat, do którego zaglądamy dzięki jego powieści „Kobieta, która wpadała na drzwi”, jest brutalny i pełen przemocy. Bohaterka książki, urodzona i wychowana na przedmieściach Dublina, zmaga się z alkoholizmem, uzależnieniami, toksyczną miłością. Dla Adama Sajnuka, reżysera i dyrektora Teatru WARSawy, tekst Doyle’a stał się inspiracją i podstawą scenariusza niezwykle poruszającego monodramu. Jego bohaterka, Paula Spencer, w której postać wciela się Aneta Todorczuk, ma 40 lat, ale jej poturbowane ciało jest dużo starsze.  Doświadczyła maltretowania, wzgardy, obojętności i poniżenia; fizycznej i psychicznej przemocy, a mimo to przepełniona jest „niewiarygodną determinacją i wolą życia” (według słów aktorki). I niewiarygodną miłością. Ten wstrząsający, bardzo kobiecy muzodram to prawdziwy sceniczny popis aktorki i wokalistki. Obraz walki o godność zamknięty w mieszance poezji, muzyki i drapieżności, marzeń i slangu ulicznego, prozy życia dublińskich przedmieść lat 70., 80. ubiegłego wieku (tak samo trudnej w każdym innym czasie i innym zakątku świata) jest wciąż żywy, bezkompromisowy i nasycony emocjami.

Choć reżyser spektaklu inspirował się wspomnianym tekstem, pomysł na muzodram zaczął się od piosenek Sinead O’Connor, konkretnie „Universal mother”. Potem pojawiła się powieść „Kobieta, która wpadała na drzwi” Roddy’ego Doyle’a i bohaterka otrzymała imię oraz osobowość. Monodram jest długi, gęsty i bardzo trudny do zagrania. Aneta Todorczuk śpiewa i wygłasza swój monolog – piosenki oraz mówione słowa przeplatają się płynnie, bez chwili przerwy, w zawrotnym tempie. Prawie cały czas dynamika faluje, jednak są momenty, gdy tempo zbyt długo utrzymuje się na jednym poziomie, nie zaskakuje, a spektakl zaczyna odrobinę nużyć. Całe szczęście za chwilę znów szybuje i nabiera tempa. W tle bez przerwy płynie głośna, ostra muzyka. Tak naprawdę prezentowany muzodram jest dość specyficzny, opiera się na wspólnej grze całego zespołu muzyków: Joachima Łuczaka (skrzypce), Wojciecha Gumińskiego (kontrabas), Szymona Linette (instrumenty perkusyjne) i Michała Lamży (instrumenty klawiszowe) oraz Anety Todorczuk. Muzycy żywo uczestniczą  w scenicznej grze, co wzbogaca ciężki od znaczeń monodram, nadaje mu dźwiękowy, aksamitny, dodatkowy rys; czasem łagodzi, czasem wzmacnia pulsujące emocje. Oprócz tego odrealnia nieco wypowiadany tekst, wzbogacając go o cechy uniwersalne. Interakcja kobiety, czterech mężczyzn i ich instrumentów trwa nieprzerwanie. Poznajemy życiorys czterdziestoletniej Pauli Spencer, mieszkanki Dublina – dzieciństwo, lata szkolne, dorastanie, podczas którego dziewczyna nieustannie musiała walczyć o to, by przetrwać, stawiając czoło upokorzeniom. Uczyła się siły. A potem wyszła za mąż i przez 18 lat zmagała się z brutalnością ukochanego mężczyzny, okrutną przemocą, maltretowaniem. Teraz ma 40 lat, ale wygląda na 50 – jak sama mówi – wdowa, matka czworga dzieci, kobieta po niewyobrażalnych wręcz przejściach. Paula Spencer mimo traumatycznej przeszłości wciąż wierzy w miłość i zachowuje dystans wobec samej siebie! Bohaterka jest prawdziwa, szczera do bólu i – o dziwo – tryska humorem, często ironicznym, ale koniecznym, by przeżyć, nie utonąć w rozpaczy.

Czuję bliskość i wiarygodność tej historii, czasem się uśmiecham, bo nie sposób się  powstrzymać, słysząc dowcipne uwagi Pauli. Kobiecą siłę i przekonanie o konieczności walki o zachowanie poczucia własnej wartości bohaterka czerpała też z miłości do dzieci oraz świadomości odpowiedzialności za nie – „zdarzały się momenty w życiu, kiedy moje dzieci nie miały co jeść” – mówi – dlatego „zmywała krew z twarzy i podnosiła się” – jeden raz, drugi, kolejny… . Aneta Todorczuk idealnie spaja się ze swoją postacią, pełną sprzeczności, zagmatwaną – z jednej strony wydaje się silna, z drugiej – godzi się na bicie i poniżanie, potworne znęcanie przez całe 18 lat. W imię czego? Czasem pozwala nam czuć gniew, a niemy krzyk – „przerwij to, porzuć swego księcia na białym koniu, który okazał się demonem!” – odzywa się w duszy. Potem z ogromną łagodnością śpiewa, boleśnie, lirycznie, z miłością. Zadziorna, uparta, drapieżna Paula bywa słaba i krucha jak kwiat. I pełna kontrastów. Wkłada białe szpilki i dresowe spodnie – dzięki temu nawet w kostiumie podkreśla sprzeczności. Ale wszystko ma swoją przyczynę – bohaterka powoli odsłania przed nami przeszłość i dopiero wtedy zaczynamy rozumieć jej zachowanie. Wzruszająca opowieść jest momentami brutalna, nie ucieka od wulgarności. Po chwili tchnie liryzmem, delikatnością zamkniętą w piosenkach, jak marzenia, których Paula nigdy nie porzuciła.

Większość utworów pochodzi z czwartego albumu studyjnego Sinéad O’Connor “Universal Mother”, wydanego w 1994. Łagodne ballady i poezja mówiona, wypełnione w każdym dźwięku, w każdej frazie emocjonalnością, dotykają tematu macierzyństwa, mówią o trudnych relacjach z rodzicami i mężczyznami. Wspomnę tylko kilka utworów: „Fire on Babilon” („Płonie już Isztar dom”), „Scorn not his simplicity” („To nic”), „Le Petit Poulet” („Już porzuć strach”), „John, I Love You” („John, kochany”). Chyba najbardziej bolesna, poruszająca jest „Red Football” – „nie kop mnie…” („My skin is not a football for you. My head is not a football for you. My body’s not a football for you…”). Teksty w tłumaczeniu Poli Mikołajczyk oddają zagubienie bohaterki, wrzynają się w jej monolog jak cierń. Aneta Todorczuk znakomicie wywiązuje się z twórczego zadania, z jakim postanowiła się zmierzyć (z pewnym zastrzeżeniem, o czym za chwilę); jej monodram może stać się głosem tych kobiet, które wciąż doświadczają domowej przemocy – fizycznej, psychicznej. Sporo się o tym mówi, ale problem pozostaje aktualny, niezmiennie od lat. Niektóre osoby są zbyt słabe, zbyt głęboko tkwią w uzależnieniach, a udręczone strachem nie mają siły krzyczeć. Postać Pauli – choć fikcyjna – daje nadzieję. Zawsze można wstać i iść dalej, szukać jasnego promyczka w szarej codzienności i trzymać się go. Nawet wbrew światu. Ale nie jest to spektakl bez wad. Aneta Todorczuk myli się zbyt często, przeszkadzają przejęzyczenia i szwankuje dykcja. Czyżby gorszy dzień u aktorki, słabsza kondycja głosowa? Wierzę, że to tylko chwilowa niedyspozycja i w kolejnych przedstawieniach wymowa się poprawi. Za to śpiew pozostaje bez zarzutu, trafia do serca, duszy, wzrusza i porusza. Aranżacje Michała Lamży doskonale oddają klimat spektaklu i wzmacniają przekaz zawarty w potoku słów wypowiadanych przez Paulę. Muzyka grana na żywo wprowadza do dramatu oryginalny rytm, konieczny puls. Jedna uwaga – jest bardzo głośna, momentami wręcz „parzy uszy”. Niepotrzebnie, skoro i tak tkwi w niej wielka moc, a nadmiar decybeli tylko przeszkadza i drażni.

Spektakl Sajnuka można potraktować jako studium uzależnienia, przyglądnie się zagmatwanym relacjom męsko-damskim, relacjom kata i ofiary… . Ze zrozumieniem i szacunkiem dla słabości. To głęboka, teatralna podróż w głąb psychiki kobiecej, wypełniona muzyką, śpiewem i wiarą w ludzką godność – chyba warto jej zasmakować?


Fot. Rafał Meszka


Anna Czajkowska – pedagog, logopeda dyplomowany oraz trener terapii mowy. Absolwentka Pomagisterskiego Studium Logopedycznego Uniwersytetu Warszawskiego, a także Podyplomowych Studiów Polityki Wydawniczej Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracuje z wydawnictwami edukacyjnymi (Nowa Era, Edgard) oraz portalem babyboom.pl, dziecisawazne.pl i e-literaci. Instruktor metody PILATES. Recenzje teatralne pisze od 2011 roku.

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , ,