Recenzje

Danse macabre

William Shakespeare ROMEO I JULIA w reż. Attili Keresztesa na II Opolskim Maratonie Teatralnym – pisze Magda Mielke

„Romeo i Julię”, najsłynniejszą w dziejach historię miłosną, można uznać jednocześnie za sztukę przeklętą, będącą niewolnikiem własnego stereotypu. Najpiękniejsza opowieść o miłości w większości współczesnych realizacji ulega strywializowaniu, staje się spektaklem kierowanym przede wszystkim do młodzieży, a przez to także nosi głównie walor streszczenia dramatu Szekspira. Tym bardziej cieszy fakt, że spektakl węgierskiego reżysera Attili Keresztesa zrealizowany w Teatrze im. J. Kochanowskiego w Opolu zrywa z tym poglądem, proponując spektakl dla dorosłych, będący odczytaniem losów dwojga kochanków jako historii o sile i mechanizmach zła.

Attila Keresztes reprezentuje dość niemodne już dziś podejście do teatru, polegające na uwydatnieniu sceniczności samego spektaklu, obnażające teatr jako taki. Zachwyca maskowość inscenizacji, jeszcze większe wrażenie wzbudza obrotowa scena, otoczona ze wszystkich stron widownią, fantastycznie wykorzystująca możliwości, które daje wielka, ruchoma zapadnia opolskiego teatru. Dzięki temu świat bohaterów prawie nieustannie się obraca, niczym ziemia dookoła słońca. Efekt sceny elżbietańskiej – znajdującej się pod gołym niebem – uzupełnia kopuła, imitująca sklepienie.

Maszyneria zmieniających się zapadni w dosadny, lecz efektowny sposób ukazuje, jak kruchy jest człowiek wobec niszczącej siły rzeczywistości. Scenografia dostarcza wielu możliwości – w momentach, gdy akcja zaczyna zmierzać w tragicznym w skutkach kierunku, scena zapada się, a także umożliwia symultaniczność akcji – na przykład gdy Tybalt umiera na katafalku, Julia traci dziewictwo, co jest wyrazem miłości należącej tu do sfery profanum. Ciekawym zabiegiem jest też ostatnia scena spektaklu, swą symboliką nawiązująca do danse macabre. Obracający się podest ze Śmiercią wznosi się ku górze, podczas gdy umierający kochankowie zrównują się z ziemią. Kolumny okalające podwyższenie, na którym się znajdują, sprawiają wrażenie prawdziwej świątyni, co wywołuje podniosły nastrój.

Reżyser poprzez tę realizację nie zmienia odczytania Szekspira, ukazuje jedynie swoją opinię na temat „Romea i Julii”. Nie próbuje też na siłę komplikować dobrze przecież znanej historii. Jednak mimo że wiemy, jak kończy się ta opowieść, nie sposób nie śledzić jej z zapartym tchem i refleksją na temat kruchości życia. I to nie jest efektem jedynie tego, że choreografia na ruchomej zapadni wywołuje obawy o poruszających się po niej aktorów.

Przy tak wielkim rozmachu inscenizacyjnym najsłabszym punktem okazało się aktorstwo. Szczególnie blado wypada Romeo, Michał Włodarczyk będący jeszcze studentem łódzkiej „filmówki”. Brak mu charyzmy, a także warsztatu, wszak wiele nauki jeszcze przed nim. Jego młodzieńczy zapał i wdzięk objawiają się właściwie tylko w scenie balkonowej. Wrażenie to dodatkowo pogłębia fakt, że partneruje mu fantastyczna Magdalena Maścianica, której nietrudno uwierzyć, że jest 14-letnią Julią. Jest w jej roli zarówno dziewczęca naiwność i trzpiotowatość, jak i rodząca się gorycz życia. Niedosyt pozostawiają także role rodziców młodych kochanków. Udział państwa Kapuletich i Montekich jest w tej inscenizacji nazbyt lakoniczny.

Ciekawie ujęta została za to rola Ojca Laurentego (Rafał Kronenberg). Jedna z najbardziej jednowymiarowych postaci szekspirowskiego uniwersum zyskała niejednoznaczne cechy: z jednej strony dobrotliwego kapłana, z drugiej szamana targanego przez siły zła. Niesamowity klimat wprowadza też postać narratora-demiurga (Andrzej Jakubczyk), który jest Śmiercią i aptekarzem. W jego usta włożono też niektóre teksty głównych bohaterów. Przechadzając się po okręgu, spogląda w oczy widzów i wywołuje dreszcz strachu. Zupełnie odmienną rolę, wprowadzającą do sztuki warstwę humoru, otrzymała energetyczna bomba teatru Kochanowskiego, czyli Monika Stanek. Jako Marta jest dla Juli bardziej przyjaciółką niż służącą. I choć nie wiadomo, czy jest od tejże dużo starsza, sprawia wrażenie kobiety, która niejedno przeszła i wie, jak zbudowany jest świat.

Realizacja „Romea i Julii” w wykonaniu opolskiego teatru zachwyca swą scenicznością i energetycznością. To teatr pełen rozmachu, tajemniczy i mroczny, skupiony na symbolach i poruszający estetyką. Szkoda tylko, że z małymi szansami na wyjazd z Opola, ponieważ niewiele scen w Polsce dysponuje takimi możliwościami technicznymi.


Fot. Edgar De Poray


Magda Mielke – absolwentka Dziennikarstwa i studentka Filmoznawstwa na Uniwersytecie Gdańskim. Recenzentka filmowa i teatralna, miłośniczka współczesnej literatury.

 

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , ,