Recenzje

Degradacja i demistyfikacja heroicznego kanonu

“Leśni. Apokryf” Agnieszki Wolny-Hamkało wg Tadeusza Różewicza w reż. Marty Streker w Teatrze Polskim we Wrocławiu – pisze Wiesław Kowalski.

Spektakl “Leśni. Apokryf” w reżyserii Marty Streker w Teatrze Polskim we Wrocławiu jest nie tylko drwiną z mitu romantycznej walki , kabaretem historii, ale przede wszystkim próbą rozprawienia się w wymiarze bardziej tragicznym z tym, co kojarzy się Polakom z tzw. wybijaniem się na niepodległość, jest ogałacaniem wojny z romantyczno-patetycznych racji. Widać, że Agnieszka Wolny-Hamkało, czując całą zmysłowość, dotykalność i fizjologię w twórczości autora „Kartoteki”, jego zarówno liryzm, jak i wulgarność, przeczytała nie tylko uważnie „Pieszo” i wojenne opowiadania Tadeusza Różewicza, które stały się zrębem jej scenariusza, ale równie wnikliwie rozprawę Marii Janion „Wojna i forma”, która ukazała mechanizmy transformujące i porządkujące mit w stereotypową i schematyczną ocenę wojenno-okupacyjnego heroizmu.  Dlatego na Świebodzkim nie usłyszymy typowo kombatanckich opowieści uwznioślających i pełnych  namiętności, bo nie one są w tym bardzo dobrze zakomponowanym i zagranym spektaklu najistotniejsze. Hamkało ze Streker starają się wszystko, co oglądamy na scenie wziąć w nawias, bo partyzancka historia nie ma tutaj znamion świętości, ani nie napawa do dumy. To ciągłe mocowanie się z rozpaczą, smrodem, samotnością, złością i besserwisserstwem. Tytułowi „leśni”, zróżnicowani pod względem swojego stosunku do własnej kondycji, natury i ciała, a także ich rozmowy raczej swoimi postawami ośmieszają czy może degradują mit partyzancki, tak jak dzisiejsi politycy ośmieszają się jako elita rządząca naszym krajem.  Tyle, że twórcom nie o karykaturalny obraz chodzi, jak to uczynił Kutz w swoim krakowskim przedstawieniu „Spaghetti i miecz”, opartym na bardzo rzadko wystawianym dramacie Tadeusza Różewicza z 1967 roku.

Wiele we wrocławskim spektaklu, pozbawionym jakiegokolwiek sentymentalizmu w traktowaniu narodowych mitów i znakomicie zrytmizowanym, momentami w intensywności transowo-onirycznym (pomaga w budowaniu takiego nastroju scenografia Anny Trzpis-McLean, której martwa, jakby cmentarna kompozycja zredukowanej przestrzeni skutkuje tym, że cały świat wiruje korowodem ludzkich karłów-widm wokół nas – widzowie siedzą w dwóch sektorach naprzeciwko siebie), można znaleźć wiele scen rozegranych jak gdyby na miarę naszej aktualnej rzeczywistości – nie chodzi jednak tylko o jakąś prymitywną dyskusję polityczną wyzwoloną tematem zdemaskowania partyzanckiego mitu (obsceniczność czy pewien naturalizm w konstruowaniu przedstawianego świata zupełnie czemu innemu tu służy), czy też odniesień do naszej narodowej literatury (Gombrowicz, Wyspiański), ale nie jest to strategia nachalna czy w tym spektaklu obowiązująca. Autorki niczego nam nie narzucają, otwierając widzowi przestrzeń do własnej refleksji i własnego stosunku do historii i osobistych rozrachunków. Udało się w spektaklu na Świebodzkim zachować też na swój sposób materię języka Różewicza, który co i rusz w dialogu się rozpada, a słowa jakby zmieniają czy nawet gubią swój sens. Pomaga w tym struktura przedstawienia, które składa się z serii scenicznych epizodów – ich  tytuły widzimy na ekranie, a nie z linearnie prowadzonej historii. Do tego w pracy z aktorami udało się Streker znaleźć właściwy ton dla różewiczowskiej prozy, odpowiednią perspektywę i ustawić wszystkich w konwencji, która staje się niczym nie sfałszowaną, za to dojmująco tragiczną i paraliżującą partyturą narodowych znaków, symboli i tonów.

Wrocławski „Apokryf”, będący zbiorem bezlitosnych aktów i sytuacji pełnych bezsensu, immobilizmu i absurdu, rozgrywanych na płaszczyznach dosłowności i metafory,  pomimo, że tylko czerpie z twórczości Tadeusza Różewicza, pokazuje jej wciąż ogromną aktualność i uniwersalność.  Spektakl Streker jest w wielu  momentach wstrząsający – a przecież społeczeństwo zawsze o coś walczy, szkoda tylko, że przy okazji w  tak absurdalny sposób znikają bardzo często z pola bitwy ci, których już nikt nie zastąpi. A może ta cała wojna, ze swoim bólem i śmiercią, toczy się już nie tylko wokół nas, ale dopadła i opętała nasze wnętrza?

PS

Spektakl obejrzałem podczas trzydniowej wizyty we Wrocławiu. „Panna Nikt” we Wrocławskim Teatrze Współczesnym grana była przy pełnej widowni, którą stanowiły głównie zorganizowane grupy młodzieży szkolnej, odbierające przedstawienie fantastycznie, ze skupieniem i widoczną empatią. Podobnie było na „Frankensteinie” w Teatrze Capitol. Dlaczego zatem na Świebodzkim na również dobrym spektaklu, dającym możliwość podjęcia dyskusji na temat naszej narodowej mitologii również z młodzieżą, siedziało tylko około dwudziestu osób? Czyżby jednak działania promocyjne Teatru Polskiego wobec tego spektaklu nie były wystarczające? Stawiam głośno takie samo pytanie, jak aktorzy, którzy w tym spektaklu grają. Bo ich absolutnie rozumiem.


Fot. Tobiasz Papuczys

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , ,