Recenzje

Geniusz, aliści

O spektaklu „Geniusz”  Tadeusza Słobodzianka w reż. Jerzego Stuhra w Teatrze Polonia w Warszawie pisze Tomasz Flasiński.

Po polskiej premierze „Geniusza” Tadeusza Słobodzianka na usta ciśnie się jedno pytanie: nie można było tak od razu?

Przecież pierwsza sztuka, jaką słynny autor wystawił w Teatrze Dramatycznym objąwszy jego dyrekcję, traktowała o tej samej postaci. „Młodego Stalina” recenzenci schlastali wówczas równo, niemiłosiernie i słusznie; poza może początkowym weselem nie było jednej udanej sceny w tym dziele, ulepionym z banałów i komunałów, w swojej plakatowości wręcz szkolarskim. Gdy go porównać z nowszym utworem wystawionym obecnie przez warszawską Polonię, wady widać jeszcze lepiej: wręcz nie sposób sobie wyobrazić, jak tamten gruziński rozbójnik, w istocie nieciekawy mruk, miałby się nagle przepoczwarzyć w charyzmatycznego autokratę. Cynika i zbrodniarza, to pewne, ale też człowieka, który umie myśleć, obserwować, narzucać innym swoją wolę.

Spekulowano wówczas, że Słobodzianek nie dopracował tekstu, bo koniecznie chciał pokazać coś dużego w pierwszym sezonie, by odeprzeć krytyczną nawałę (dziś to prehistoria, ale wówczas połączenie kilku scen w jednym ręku budziło prawie takie emocje, jak niedawna awantura przy okazji „Heks” Moniki Strzępki). Ten spadek formy nie był jednak tak znowu krótki. Dało się wręcz odnieść wrażenie, że dyrektorowanie Słobodzianka przeciążyło, że na pewien czas ujęło mu talentu, a on – z godnym podziwu szacunkiem! – powoli, miarowo dźwigał się z tego dołka.

Pamiętając, do czego twórca trylogii wierszalińskiej jest zdolny, obserwowałem każdy etap tego dźwigania. Był więc niedoceniony „Niedźwiedź Wojtek” z uroczą rolą Michała Pieli, przez recenzentów właściwie nieruszony, bo nikomu nie pasujący do żadnych sporów. Słobodzianek tym tekstem, nie pierwszy ani ostatni raz, w jakimś sensie dawał krytykom prztyczka: ja tu opowiadam historię, nie musi ona odwoływać się do Wielkich Pytań, musi być ciekawa. I była ciekawa, chociaż „Wojtek” miejscami jednak wciąż okazywał się literacko niezgrabny, w porównaniu z najlepszymi dziełami dramatopisarza nieco ociężały, niczym tytułowy miś przy Idze Świątek.

Dalej „Historia Jakuba”, też chyba niekoniecznie tak odebrana, jak by sobie autor życzył – ton nadała recenzja Witolda Mrozka, który orzekł: satyra na Kościół trafia w punkt, w drugim akcie, tym w Izraelu, klisza goni kliszę. Już wtedy korciło mnie, by napisać, że ta opinia więcej mówi o Mrozku i jego priorytetach niż dramacie Słobodzianka. W rzeczywistości osią dzieła był, moim zdaniem, symetryzm: ani Kościół, ani Izrael nie chcą zaakceptować tożsamości Jakuba jako katolickiego księdza żydowskiego pochodzenia, próbują go nagiąć i uformować do swoich wyobrażeń, demonstrując przy tym ksenofobię i syndrom oblężonej twierdzy, że niech to licho weźmie! Ale ponieważ wtedy modnie było narzekać na kler, a niemodnie na Izrael, znów nie zrodziła się z tego większa dyskusja, inaczej niż przy „Naszej klasie”. Swoje zrobiły też mielizny dramatu, w którym klisze faktycznie były, część osób i sytuacji ulepiono ze stereotypów, które Słobodzianek w innym okresie życia mocniej chyba poddałby swojej woli. Zaznaczam, że nie byłem w Ateneum na nowej wersji dzieła, przerobionego na monodram: może tam podobne zmiany się pojawiły.

Następnie „Fatalista”. Recenzowałem go już na tych łamach, przypomnę więc tylko bardzo zwięźle. W pierwszej wersji była to jednoaktowa, brawurowa farsa z akcją osadzoną we wczesnych latach trzydziestych; w odpowiedzi na kpiny krytyków gardzących „niepoważnym” dziełem Słobodzianek doprowadził akcję do czasów powojennych, uśmiercając większość bohaterów, a resztę łamiąc tak bezlitośnie, jak okupacja złamała Tadeusza Borowskiego. Autorowi „Merlina” i „Proroka Ilji” wreszcie wróciła przewrotność z lat dziewięćdziesiątych. „Inną historię dziś wam opowiemy”. W takiej konwencji, w jakiej żeście się nie spodziewali.

I wreszcie pod koniec dyrekcji Słobodzianek na nowo wzniósł się na wyżyny, uciekając od mielizn banału i plakatowości, gnębiących jego styl przez poprzednią dekadę. Wreszcie był w stanie mówić o rzeczach frapujących i często znanych nie powtarzając oczywistości, utrafił na nowo we właściwy ton. „Sztuka intonacji”, złożona z trzech jednoaktówek należących do cyklu „Kwartety otwockie” (podobnie jak „Geniusz”), które łączyła osoba Jerzego Grotowskiego, była arcydziełem – przyznawali to półgębkiem nawet krytycy „progresywni”, dla których sam temat był kolejną fangą w nos. Bo to nie dość, że teatr zajmuje się sam sobą, że odmawia podejmowania modnych lewicowych tematów (choć powiedzmy sobie wprost: Słobodzianek to też lewica, a jeśli dzisiejsza lewica nie przyznaje się do niego, fakt ten wystawia jej tylko złe świadectwo), ale w dodatku głosi prymat „konwencjonalnego aktorstwa wcieleniowego” nad „aktorstwem performatywnym” (uważnym obserwatorom życia teatralnego nie muszę mówić, kogo cytuję).

Wystawiony w Polonii „Geniusz” to dzieło podobnego typu, bo zresztą też stanowiące część „Kwartetów otwockich”. Tyle że inaczej niż w „Sztuce intonacji” polityka wkracza tu na scenę przednimi, nie tylnymi drzwiami. Wokół zmyślonej wizyty Konstantina Stanisławskiego u Stalina 20 grudnia 1937 r. Słobodzianek osnuł dzieło znakomicie wyważone – tragikomedię historyczną, która jest przy okazji rozważaniem nad polityczną kuchnią i sednem warsztatu teatru, w tym teatru życia.

Weźmy taką scenkę, do której dochodzi pod koniec spektaklu: Stalin nagle wyznaje Stanisławskiemu, że jako biedujący młokos widział go w 1901 w granej gościnnie na Kaukazie „Mewie”, że właśnie jego kreacja Trigorina natchnęła przyszłe życiowe wybory gruzińskiego rewolucjonisty, że wbrew głosom krytyki to Trigorin Stanisławskiego, a nie Trieplew Wsiewołoda Meyerholda, był prawdziwie wielką rolą – magnetyczny samiec alfa, nie hamletyzujący ciapciak. Przeciętnego widza guzik obchodzi, czy Jakow Dżugaszwili rzeczywiście kupił wówczas za ostatnie pieniądze bilet na Czechowa i kto stworzył wspanialszą kreację w objazdowym spektaklu 123 lata temu; ważniejsze jest to, że historia i jej figury zostają w ten sposób natychmiast uczłowieczone, że w tej parominutowej sekwencji tętni życie i prawda sceniczna, której ani kapki nie było w kilku godzinach „Młodego Stalina”. „Geniusz” jest prawie cały ulepiony z takich wariackich, nęcących przetworzeń dziejów, z własnych refleksji Słobodzianka wkładanych w usta Stalina i Stanisławskiego tak, że dziwnie pasują, z rzeczy, które jeśli się nie wydarzyły, to na pewno powinny. Bo porywają.

Porywa też Jerzy Stuhr jako Stanisławski. To jedna z nielicznych sytuacji, w których media nie mylą się zapowiadając jeszcze przed premierą Wydarzenie. Do stworzenia takiej kreacji trzeba niebywałej scenicznej samoświadomości, tym bardziej, że Stanisławski Słobodzianka ma do odegrania wiele ról – od pokornego suplikanta przez uniesionego na chwilę emocjami śledczego po nauczyciela scenicznej metody, tłumaczącego spokojnie, jakie znaczenie może mieć na scenie każdy gest: finta w fincie w fincie, jak mawiano w „Diunie”. Stuhr naturalnie wchodzi w każdą z nich, nie przerysowując żadnej – i spajając logicznie w jedną całość: starego człowieka, genialnego, ale i zmęczonego, przybitego słabością i grozą czasów, a jednak gotowego na ryzyko, by ratować kolegów. Ucząc Stalina, co można osiągnąć mądrze pracując ciałem, uczy i nas w taki sposób, że wchodzi to do głowy niejako naturalnie – iskra Boża, której zabrakło mi we wspaniałej skądinąd „Sztuce intonacji”.

O ile rola Stuhra-aktora to majstersztyk, wspaniale nadający się na spektakularne pożegnanie ze sceną, można mieć pewne wątpliwości co do pracy Stuhra-reżysera. Mam wrażenie, że pod jego kierunkiem spektakl skręcił ciut za mocno w stronę komedii: gdy w scenie przesłuchania Kierżawcewa ton utworu zmienia się w taki sposób, by za gardło znienacka chwytała groza – mistrzowski chwyt przywodzący na myśl biczowanie snopa z „Proroka Ilji” – reżyseria podążyć za nim nie potrafi. Środki, które wybrał tu Stuhr – przygaszenie światła i opuszczenie z sufitu lampy – nie wystarczają, by gabinet Stalina zmienił się nagle w katownię, tym bardziej, że i gra aktorów nie realizuje zamysłu należycie. Idzie przede wszystkim o Jacka Braciaka, który (może dlatego, że gra na ogół w komediach) świetnie radzi sobie z pokazaniem Stalina jako dobrotliwego wujka czy przewrotnego polityka, lecz mało przekonuje, gdy sowiecki dyktator ma z woli Słobodzianka na chwilę stać się nieokiełznanym brutalem. Tu nie wystarczy wrzask. Chciałoby się przewrotnie dodać, że Braciak ma jeszcze kilka lekcji do odrobienia z metody Stanisławskiego.

Łukasz Garlicki zagrał swojego Kierżawcewa znakomicie – nie jego wina, że autor napisał mu postać jednowymiarową, lizusowskiego krytyka-oportunistę, który trzech zdań nie potrafi złożyć bez wtrącania „aliści”. Rafał Węgrzyniak, który nie dożył premiery w Polonii, twierdził, że to satyra na wieloletniego szefa „Dialogu” Jacka Sieradzkiego, który często posługuje się tym wyrazem. Byłbyż Słobodzianek tak małostkowy? Abstrahując od jego prywatnych porachunków – i od faktu, że „aliści” Sieradzkiego brzmi w jego tekstach zupełnie normalnie jako część bogatej a wielobarwnej polszczyzny, że posługują się tym słowem bez kłopotu również inni, łącznie z niżej podpisanym – Kierżawcew, na którego autor kieruje wszystkie dostępne mu armaty scenicznej złośliwości, wydaje się ucieleśnieniem krytyków w ogóle, tych, co to z jednej są parafii z eunuchem. Strach po czymś takim pisać recenzję, bo ewentualne zarzuty mogą zostać wzięte za dowód narcystycznej obrazy, a i lęk człowieka zdejmuje, że następnym razem sam wpadnie pod ogień tej artylerii. Będąc bardziej podejrzliwym pytałbym wręcz, czy aby nie o to autorowi dramatu chodziło?

Na koniec Paweł Ciołkosz jako sekretarz Stalina Poskriobyszew – za wiele do grania nie dostał, ale z tego, co dostał, wycisnął sporo. Milczący zwykle świadek, służący częściej operujący drobnymi gestami niż słowem – trzeba się postarać, by zagrać taką rolę i zostać zapamiętanym. Ciołkoszowi się udało: w pamięci zostają jego krótkie a wymowne ukłony wobec gości dyktatora, szybki ruch wyłączania świateł, gdy Stalin zamyśla sobie wziąć Kierżawcewa w obroty, mechaniczne, ale bynajmniej nie bezmyślne raporty składane matowym głosem kapryśnemu władcy. Można? Można. Spośród wielu grup, którym warto polecić „Geniusza”, studenci AT byliby z pewnością nie najmniej ważną.

Gdybym miał wskazać, co prócz gry aktorskiej i świetnego tekstu złożyło się na sukces tego spektaklu, nie byłyby to reżyserskie zabiegi Stuhra, ale dwie inne rzeczy. Po pierwsze, scenografia Natalii Kitamikado. Co prawda nie poradziła ona sobie z trudnym (zwłaszcza w specyficznej przestrzeni Polonii) zadaniem prawidłowego rozegrania nieszczęsnego sądu nad Kierżawcewem, inne jednak pomysły zasługują na piątkę. Gigantyczne bukiety przysłane na urodziny, między którymi Stalin musi się błąkać, by dotrzeć od biurka do stołu; schowany z boku przy pulpicie Poskriobyszew, zawsze obecny, choć zawsze w cieniu; Stuhr-Stanisławski siedzący przed kurtyną w oczekiwaniu na audiencję już wtedy, gdy bileterzy zaczynają wpuszczać widzów – to wszystko buduje nastrój w sposób godny tego niezwykłego dramatu.

I jeszcze coś, co realizatorzy dostali, by tak rzec, wraz z budynkiem. Dopiero po spektaklu połapałem się, że nie chodziło o świadomy reżyserski zabieg, że to, co było słychać przez cały spektakl w momentach ciszy na scenie, to po prostu klimatyzacja Polonii. Ta sala ma specyficzny pogłos i system regulacji temperatury brzmi tam jak szmer lodówki – albo jak wyciszone dźwięki z prologu „Burzy” Warlikowskiego (dla tych, którzy to pamiętają): świdrujący szum w ciemności, złowieszczy pomruk turbulencji przed katastrofą lotniczą, kroki bestii z przedsionka piekła. I w tych dźwiękach kąpie się przycupnięty na krześle, nieruchomy Stuhr, a my słyszymy je coraz lepiej w miarę, jak ściemnia się sala i milkną rozmowy; wystarcza chwila, by efekt ten nadał ton całemu przedstawieniu, grozie pokazanych na scenie kremlowskich sal, z których o wiele trudniej wyjść niż na nie wejść.

Geniusz miejsca? Ba, ale kto wie, czy ten sam geniusz nie wpłynął na wspomniane już komediowe skrzywienie. Tym razem nie chcę się zajmować sprzężeniem zwrotnym między sceną a widownią, bo reakcje premierowej publiki, złożonej z VIP-ów, krytyków oraz krewnych i znajomych Królicy („gdzie jest królowa?” – pytał ktoś w foyer pracowników o Krystynę Jandę; Polonia to jednak Polonia!), nie mogą być w tej sprawie realną miarą. Bilety jeszcze przed premierą wyprzedały się do końca sezonu, sporo więc osób będzie miało okazję sprawdzić, czy niżej podpisany dobrze ujął wady i zalety spektaklu.

Ale swoją drogą, Tadeuszu Słobodzianku: skoro znalazłeś czas, by zająć się krytykami, którzy za recenzje dostają od polityków większe mieszkanie, w następnym dramacie chciej wygospodarować pod jakimś pretekstem miejsce i dla tych, którzy w ogóle nic nie dostają!

fot. mat. teatru

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , ,