Recenzje

Gorzkie lato na Placu Teatralnym

“Letnicy” Maksima Gorkiego w reż. Macieja Prusa w Teatrze Narodowym w Warszawie – pisze Wioleta Rosłoniec.

„Letnicy” to tekst znany od ponad wieku. Nie jest on wystawiany często, ale śmiało możemy stwierdzić, że w repertuarze Teatru Narodowego pojawił się w nieprzypadkowym momencie. Inscenizacja Macieja Prusa koresponduje ze współczesnymi czasami, sytuacją polityczną kraju, stawia również pytanie o to, jaka jest rola inteligencji. Nie dziwi więc fakt, że premiera odbyła się 9 listopada – na dwa dni przed 101. rocznicą odzyskania niepodległości. Bo czy można być niepodległym, będąc więźniem własnego lęku i norm społecznych, którym podlegamy, mimo iż się z nimi nie zgadzamy? 

„Ironiczno-gorzki portret dzisiejszych trzydziesto-, czterdziestolatków”, jak zapowiada spektakl sam teatr, ironiczny nie jest, a przynajmniej nie mamy możliwości tego usłyszeć. W niektórych scenach umykają nam słowa, wypowiedziane przez bohaterów, zwłaszcza tych kreowanych przez młode aktorki, co sprawia, że odbiór przedstawienia staje się gorzki.

Kilka pierwszych minut spektaklu zapowiada, że zostaniemy przeniesieni w opowieść, która niczym przypowieść, ponadczasowa, bez określenia miejsca i czasu, dotknie nas, poruszy problemy, z którymi każdego dnia przychodzi nam się mierzyć. Być czy mieć? Żyć w zgodzie ze sobą czy narzuconymi zasadami? Dzielić się troskami czy budować obraz idealnego życia? Szybko jednak tracimy nadzieję. Próbę odnalezienia wspólnego mianownika porzuciłam gdzieś między 5 a 15 minutą spektaklu, ponieważ zabrakło mi wiarygodności przekazu. Dominika Kluźniak w roli Warwary Michajłowny nie przekonała mnie. Nie wierzę, że od ludzi woli książki, że tęskni za życiem, które porzuciła na rzecz małżeństwa – pełnym pasji, opartym na pędzie ku wiedzy. Szkoda, gdyż to właśnie jej postać wypowiada słowa: „Inteligencja to nie my! My jesteśmy czym innym. My jesteśmy letnikami w swoim własnym kraju”. Słowa kluczowe dla spektaklu i wciąż aktualne.

Niestety, letnikami jest również kilka osób na scenie. W scenografii, zaczerpniętej niczym z działu ogrodowego marketu budowlanego, młodzi aktorzy i aktorki, studenci bądź absolwenci Akademii Teatralnej w Warszawie, próbują odnaleźć przestrzeń dla siebie, wypowiedzieć kwestię niczym wiersz podczas konkursu recytatorskiego i schować się w kulisie, jak gdyby nie chcieli budować roli drugo-, trzecioplanowej w sposób zauważalny dla widza, godny zapamiętania. Odnoszę wrażenie, że nawet wspaniałe, skrojone na miarę kostiumy, dostojne, osadzone w epoce oraz stanowiące najlepszy element przestawienia, nie pomagają w budowaniu roli. Jak gdyby można było grać lub wyglądać, lecz nie jednocześnie.

Wróćmy zatem do scenografii. 
W ostatnim czasie twórcy coraz chętniej sięgają po prostą formę, lubują sięw minimalizmie. Jan Jerzy Połoński w spektaklu „Na wschód od Hollywood” za pomocą czerni i bieli opowiada o kulisach teatralnego światka, w „Mieście Białych Kart” w reż. Ewy Rucińskiej dzięki trzem kolorom (niebieski, różowy, pomarańczowy) poznajemy trzy spojrzenia na rzeczywistość: prawicy, lewicy i środka; jednak tym razem był to nieudany chwyt. Ogromna przestrzeń sceny jest pusta  ̶ kilka wiklinowych foteli ustawionych na proscenium nie wypełnia jej głębi. Ponadto, brak pracy światłami sprawia, że mimo społecznie istotnych treści podejmowanych na scenie czujemy się lekko, letnio, gdyż tak właśnie działa na odbiorcę ciepłe światło. Teatr Narodowy nie bez powodu nazwany jest Narodowym. To na jego deskach oglądać możemy wielkie dzieła rodzimych twórców, takich jak Gombrowicz, Mickiewicz, Słowacki. To miejsce, które od wielu lat buduje historię teatru w Polsce. Jest chlubą i dumą. Po realizacjach takich jak chociażby Kordian, w którym możliwości techniczne sceny wykorzystane są w sposób zadziwiający (akcja spektaklu rozgrywa się na kilku poziomach jednocześnie), spodziewałam się czegoś więcej niż kawałka sztucznej trawy na rampie… Chociażby gry świateł, imitującej gwiazdy podczas czytania poezji w ich blasku.

Spektakl zaskakuje, czasami jednak pozytywnie! Jednym z nielicznych poprowadzonych do końca wątków jest relacja łącząca lekarkę Marię Lwowną (Beata Ścibakówna) z Własem (Michał Rusin). Tych dwoje dzieli znaczna różnica wieku, ale łączy uczucie, które rodzi się na oczach widzów. Oni naprawdę budują relację prawdziwą, opartą na wzajemnej fascynacji, chęci poznania, ale też strachu przed spełnieniem fantazji, rozczarowaniem. Ścibakówna w roli nieszczęśliwej lekarki, która po raz pierwszy kocha, wypada niezwykle wiarygodnie. Jak gdyby wchodząc na scenę, zakochiwała się naprawdę, schodziła zaś ze złamanymi marzeniami, gdyż miłość tych dwoje pozostała niespełniona.

W spektaklu inteligencja boryka się z konfliktami, wewnętrznymi dramatami: kochać czy być kochanym? Kierować się sercem czy normami społecznymi? Czy kobieta może związać się z młodym mężczyzną? Czy młoda kobieta może być nieszczęśliwa? Czy każdy musi mieć dzieci? Czy mając dzieci można chcieć od nich odpocząć? Na wiele z tych pytań nie znajdujemy odpowiedzi. I właśnie to  ̶  poszukiwanie  ̶  łączy nas, ludzi współczesnych, z ówczesną inteligencją. Wszyscy podlegamy jakimś normom… choć próbujemy być niepodlegli.


Fot. Krzysztof Bieliński

Komentarze
Udostepnij