Recenzje

Horror i śmiech

O spektaklu „Wrócę przed północą” w reż. Marcina Sławińskiego w Teatrze Kwadrat w Warszawie pisze Wiesław Kowalski.

Dramat „Wrócę przed północą” Petera Colley’a, zanim pojawił się na scenie Teatru Kwadrat w Warszawie, miał swoje polskie prawykonanie w Teatrze Żeromskiego w Kielcach. Spektakl w reżyserii Mirosława Bielińskiego określano różnie – mówiono o kryminale nawiązującym do telewizyjnej „Kobry” sprzed lat, o horrorze, komedii, a nawet czarnej komedii, dreszczowcu, wreszcie o sensacyjnym „Harlequinie”. Oglądając warszawską realizację Marcin Sławińskiego, miałem nieodparte wrażenie, że reżyser nie do końca wiedział na jaką konwencję się zdecydować, co widać głównie w prowadzeniu aktorów, z których każdy jest jakby z innego teatru. Najlepiej radzi sobie Marek Siudym, tworząc sympatyczną postać farmera George’a Willowby’ego, intrygujące momenty pojawiają się w grze Anny Karczmarczyk jako Jenny Sanderson, drażnić natomiast może jakikolwiek brak dystansu w postaci Krzysztofa Kwiatkowskiego (gościnny Greg Sanderson), zaś absolutnym nieporozumieniem jest obsadzenie w roli Laury Sanderson Marty Żmudy Trzebiatowskiej.

Nie jest łatwo rozłożyć akcenty w tekście, który próbuje łączyć horror z komedią, a tak właśnie się dzieje  w utworze kanadyjskiego dramaturga,  który opowiada historię młodego małżeństwa, próbującego odbudować swój związek po psychicznym załamaniu żony. W tym celu Greg wynajmuje stary dom na odludziu, by móc wspólnie z Jenny rozkoszować się spokojem i naturą, a także uprawiać poranny jogging i pracować nad swoimi kolejnymi archeologicznymi doświadczeniami i pracą doktorską. Mogą liczyć jedynie na wizyty samotnego sąsiada, który ze stoickim spokojem i ze szklaneczką nieodłącznej whisky w ręku odkryje przed nimi mrożące krew w żyłach tajemnice staroświeckiego mieszkania, z którego uciekali kolejni lokatorzy. Niespodziewanie dla Jenny pojawi się jeszcze przyrodnia siostra Grega, pod pozorem naprawy chłodnych stosunków z bratową. Peter  Colley, prowadząc powikłaną intrygę pełną zwrotów akcji (ich apogeum następuje w drugiej części), wciąż myli tropy, pozwala protagonistom nawigować swoje gry, które ujawniają skomplikowane, niekiedy mocno toksyczne stosunki rodzinne, a także za sprawą George’a niecodzienność okolicznych  wydarzeń. W spektaklu Sławińskiego dzieje się jednak tak, że sceny rodem z horroru są tak samo śmieszne, nawet wtedy gdy gęsto trup się ściele,  jak sekwencje będące nośnikiem czystego komizmu, czyli te z udziałem Marka Siudyma. To on, ze swoim swoistym podejściem do życia i prowincjonalną filozofią stwarza w warszawskim spektaklu zarówno przekomarzaniem się, jak i  sposobem przywoływania zbrodni i duchów przeszłości postać najpełniejszą i najbardziej wyrazistą, wnoszącą w duszną atmosferę rodzinnych niesnasek element prostej, naturalnej i zwyczajnej zabawy.  Z pozostałymi bohaterami, gdyby chcieć je rozpatrywać w kategoriach scenicznej prawdy, jest już znacznie gorzej, a jedyną postacią, której możemy sekundować, a nawet współczuć, jest wciąż pozostająca na lekach (one też staną się w pewnym momencie ważnym ogniwem prowadzonej przez rodzeństwo intrygi) Jenny, nagrywająca krótkie monologi informujące o przebiegu choroby w nowym miejscu. Anna Karczmarczyk jest w tych momentach,  pozbawionych na chwilę wewnętrznego rozdarcia, szalenie autentyczna i stąd pewnie publiczność zawsze będzie po jej stronie. Szkoda że Marta Żmuda Trzebiatowska w swojej postaci poprzestała na jednym beznamiętnym tonie zimnej femme fatale, co skutkuje potworną sztucznością, brakiem choćby odrobiny wdzięku, w rezultacie aktorstwem drewnianym i nawet dla ucha nieprzyjemnym. A przecież Laura to kobieta, podobnie jak wszyscy pozostali bohaterowie, poddana również – niczym w  rollercoasterze – gwałtownym i stromym zwrotom, zakrętom i inwersjom. Aż żal, że do Teatru Kwadrat przychodzi tak niewielu krytyków i recenzentów, bo mieliby murowaną kandydatkę do Złotej Maliny 2019.

Dużo bardziej skomplikowana jest sprawa z oceną postaci granej przez Krzysztofa Kwiatkowskiego. Myślę – a piszę to ze smutkiem, bo to w moim przekonaniu jeden z najbardziej utalentowanych młodych aktorów, sprawdzony również w wielkim klasycznym repertuarze na scenach warszawskiego Teatru Polskiego  i krakowskiego Teatru Stu – że nie do końca wiedział jak ma tę postać „ugryźć”, stąd sporo w niej niepotrzebnych przerysowań na granicy szarży, nieznośnych tonów serio jakby zupełnie nie z tej sztuki, nadmiernej ekspresji czy wręcz krzyku, który pojawia się w sposób tyleż zaskakujący, co mało umotywowany. Szkoda, bo w ten sposób opowiadana historia i wywoływanie napięcia, a także mocno pogmatwane relacje między protagonistami nie wychodzą poza postaciową jednowymiarowość w rysunku aktorskim i osłabiają to wszystko, co w sobie kryją, a co pozostaje zawoalowane, utajone, czasami zupełnie przemilczane i niedopowiedziane .

„Wrócę przed północą” w mało udany sposób stara się łączyć rzeczywistości, które w teatrze nie dają się tak łatwo miksować jak w filmie. Może próba bardziej pastiszowego potraktowania materii i większego dystansu do opowiadanej historii byłaby w tym przypadku zbawienna.


fot. Piotr Gamdzyk


Wiesław Kowalski – aktor, pedagog, krytyk teatralny. Współpracuje m.in. z miesięcznikiem „Teatr”, z „Twoją Muzą” i „Presto”. Mieszka w Warszawie.

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , ,