Recenzje

Jak wszędzie

Sarah J. Maas: Królestwo popiołów. Część I. Foksal, Warszawa 2019 – pisze Izabela Mikrut.

Bardzo zachowawczo pisze Sarah J. Maas swoje „Królestwo popiołów”. W pierwszej części – zapowiadającej się na monumentalną już przez samą liczbę stron (ponad 700) szybko wychodzi na jaw, że w kwestii świata przedstawionego autorka zbyt dużo do powiedzenia nie ma, a jej pomysł na opowieść będzie sprowadzać się do wymyślnych imion i nazw oraz do zrozumiałych dla czytelników uczuć. Każe Maas swoim bohaterom znosić nieludzkie tortury, brać udział w straceńczych misjach i walkach, ale ani onomastyka, ani bliskość wojny czy zagrożeń, nie wpływają tutaj na dobrą zabawę.

Sarah J. Maas wykorzystuje szablony i chwyty znane twórcom literatury fantasy w wersji pop, ale nie dodaje do tego nic swojego – bo trudno uznać za twórcze szafowanie określeniami, które na początku odbiorcom nic nie będą mówiły. To świat baśniowy i w konstrukcji bardzo prosty, autorka ujawnia tylko tyle, ile jej potrzebne, nie ma wizji całości, automatycznie przestaje też móc wciągać czytelników w przestrzeń nieznaną i godną odkrywania. Owszem, nakreśla silne konflikty – ale to wewnętrzne problemy bohaterów, nieprzekładające się na uczucia czytelników z racji hermetyczności. Brakuje tu punktów zaczepienia, przedstawienia obyczajowości poza wojnami i walkami – tak, żeby odbiorcy najpierw przyzwyczaili się do tego, co trapi postacie, a dopiero potem zostali zaangażowani w skomplikowane intrygi. Sarah J. Maas od początku chce, żeby intrygi wystarczyły, żeby zagwarantowały skupienie uwagi. Tymczasem jeśli nie zachęci odbiorców do śledzenia tekstu – dość szybko ich straci. Nikt nie będzie chciał podążać za bohaterami i kibicować im w codziennych wyzwaniach, jeśli nie zrozumie, po co ma to robić i czym Maas zaprasza do swojej wyobraźni.

Jest w „Królestwie popiołów” rutyna – jak wszędzie w historiach fantasy niezapadających w pamięć (z racji powtarzalnych struktur). Bohaterowie w imię wyższych celów muszą znosić największe niewygody i przykrości, zawiązywać sojusze albo określać się co do swoich sympatii i antypatii, by móc przetrwać. Intryga istnieje – tyle tylko, że ułatwia w ten sposób jednowątkowe prowadzenie narracji. Sarah J. Maas zachowuje się, jakby przygotowywała grę komputerową – zręcznościówkę, w której przejście jednej planszy otwiera możliwość dotarcia do następnej. To za mało, zwłaszcza dla wyrobionej publiczności literatury fantasy. Cały ciężar historii spoczywa tu na relacjach między postaciami – i o ile autorka szuka odejścia od schematów w nazewnictwie, o tyle już w uczuciach bohaterów jest zdumiewająco przewidywalna. Motywacje postaci kryją się w ich wyznawanych lub niewyznawanych uczuciach – stąd bierze się każda decyzja o działaniu. Zachowuje się Sarah J. Maas zupełnie tak, jakby nie miała pojęcia, jak ma wyglądać kontekst akcji – bo jedyne, co ją interesowało, to przekucie na literacką opowieść interpersonalnych kontaktów. Na tym opiera całą kreację świata przedstawionego. I znów: gdyby najpierw poświęciła chwilę na nakreślenie przestrzeni, wprowadzenie odbiorców do rzeczywistości wolnej od bitew, mogłaby jeszcze zdobyć fanów – ale jeśli od początku nastawia się tylko i wyłącznie na eksponowanie szkód oraz przykrości, a do tego w zachowaniach postaci nie trafia na nic magnetycznego, może mieć problem z zatrzymaniem przy sobie czytelników. Przynajmniej tym razem.

Komentarze
Udostepnij
Tags: ,