Wywiady

Jubileusz Teatru Sztuka Ciała – 15 lat mówienia ciałem

Na początku istnienia naszego teatru nawet nie myślałyśmy o robieniu spektakli dla dzieci. Gdy w 2011 roku zostałam mamą, zaczęłam zastanawiać się nad tym jak by to było robić teatr dla dzieci. Od rodziców, którzy chodzili z dziećmi do teatru, słyszałam, o granych wtedy spektaklach, że są niezwykle infantylne i oni zwyczajnie się na nich się nudzą. Doszłam do wniosku, że skoro można robić filmy animowane kierowane i do dzieci i do dorosłych, to dlaczego nie można tego samego zrobić z teatrem? Wyprodukowałam wtedy mój pierwszy spektakl najnajowy czyli dla najmłodszych dzieci „Wombat nie śpi”, który z czasem ewoluował sposobem gry w stronę trochę starszego odbiorcy. Zaczęłam przekonywać dziewczyny z zespołu do produkcji rodzinnego, pantomimicznego spektaklu i tym oto sposobem powstały „Ważne sprawy”.

Z okazji 15-lecia teatru jego początki, momenty zwrotne, sytuacje podniosłe jak i anegdotyczne wspominają Agata Brzozowska, Anna Ługowska, Katarzyna Markowska, Joanna Płóciennik i Katarzyna Wróbel – wieloletni trzon zespołu. Rozmawia Stanisław Siemiński.

Jak to się wszystko zaczęło?

J.P: Teatr Sztuka Ciała właściwie powstał z pragnienia niezależności. Chciałyśmy robić sztukę autorską, tworzyć teatr związany z mówieniem ciałem. Myślę, że powstał po prostu ze spotkania kilku kobiet, które wspólnie działały i uczyły się pantomimy. Chciałyśmy razem robić spektakle, pragnęłyśmy możliwości realizacji własnych priorytetów i aspiracji. I tak też się stało. Nasz pierwszy spektakl został stworzony specjalnie z myślą o kobietach, bo też właśnie z kobiet składa się nasz zespół. „Kobieta Kalendarz”, taki właśnie nosił tytuł, był początkiem tego działania.

Większość teatrów wybiera słowo mówione. Wy jednak postawiłyście na gesty. Dlaczego właśnie sztuka pantomimy? 

JP: Jest to właśnie wypadkowa tego, że poznałyśmy się wszystkie ucząc się pantomimy. Natomiast tak poza zupełnym pragmatyzmem, ja widzę działanie poprzez ciało jako działanie, które ma szansę przemawiać do każdego. Żeby treści związane ze słowem docierały do odbiorcy trzeba je usłyszeć, użyć świadomości i racjonalnego myślenia Natomiast kiedy patrzymy na drugiego człowieka i on się w jakiś określony sposób zachowuje, to po prostu działają inne ośrodki percepcyjne. Chcąc, nie chcąc, odczytujemy treści. Organicznie, intuicyjnie. I tak generalnie jest w relacji z ludźmi i myślę, że tak samo działa nasz teatr. Że wystarczy po prostu popatrzeć i to działa na różnych poziomach, na różne zmysły i treści przechodzą w inny sposób, po prostu. 

I tym sposobem narodził się narodził się latający teatr Sztuka Ciała, który tworzy…? No właśnie. Ile osób liczy wasz teatr? I dlaczego latający”?

JP: Nazwałyśmy go tak, ponieważ oblatujemy z naszymi spektaklami kilka zupełnie różnych miejsc  Warszawie. Od domów kultury, po występy plenerowe. Jesteśmy teatrem wychodzącym do widza, budującym most między kulturą a rozrywką. Jego filarem jest pięć aktorek. Przez lata działałyśmy też z różnymi osobami między innymi przy pojedynczych projektach. Są także muzycy, którzy nagrywają dla nas utwory albo grają podczas spektakli na żywo. Teraz jest z nami jeszcze Grzegorz, który zajmuje się oświetleniem i szerzej techniką. Także myślę, że w sumie to jest nas ponad dziesięć osób. Dziesięcioro dorosłych, każdy z codziennym życiem, z rodziną.

Bycie rodzicem to już wyczerpująca rola. Skąd bierzecie energię na prowadzenie teatru? 

KW: Z pasji! Nie wyobrażam sobie robić czegoś innego. Granie i performowanie, a przede wszystkim czucie, że widzowie wchodzą w nasze działania, przeżywają emocje, że „coś im to robi” ładuje moje „bateryjki”. A wiecie kto jest „najważniejszy” w teatrze? Reżyser? Aktor? – Nie! Najważniejszy jest widz. Bez widzów nie ma teatru. Zatem tak, gdy jestem na scenie energię dają mi widzowie, za to po zejściu ze sceny moim „zasilaniem” moja rodzinka, która zawsze mnie wspiera i kibicuje każdemu artystycznemu i szalonemu projektowi.

Czy Wasze doświadczenie rodzicielskie zainspirowało Was do napisania jakiejś sztuki? 

JP: Na początku istnienia naszego teatru nawet nie myślałyśmy o robieniu spektakli dla dzieci. Gdy w 2011 roku zostałam mamą zaczęłam zastanawiać się nad tym jak mogłoby to wyglądać. Od rodziców, którzy chodzili z dziećmi do teatru, słyszałam, o granych wtedy spektaklach, że są niezwykle infantylne i oni zwyczajnie się na nich nudzą. Dla dzieci może i w porządku, ale dla rodziców to droga przez mękę. Wówczas doszłam do wniosku, że skoro można robić filmy animowane kierowane i do dzieci i do dorosłych, to dlaczego nie można tego samego zrobić z teatrem? Wyprodukowałam wtedy mój pierwszy spektakl najnajowy czyli dla najmłodszych dzieci „Wombat nie śpi”, który z czasem ewoluował sposobem gry w stronę trochę starszego odbiorcy. Zaczęłam przekonywać dziewczyny z zespołu do idei zrealizowania rodzinnego, pantomimicznego spektaklu i tym oto sposobem powstały ,,Ważne sprawy”. 

Angażujemy nasze dzieci,w tworzenie teatru, który będzie podobać się zarówno najmłodszym, jak i dorosłym, przede wszystkim obserwując je i sprawdzając co im się podoba.

A czy Wasze dzieci, wychowując się w artystycznych rodzinach, potrafią być obiektywne?

KM: Nasi bliscy faktycznie niejedno już widzieli, są przyzwyczajeni do naszych charakteryzacji, czy do ćwiczenia choreografii między domowymi obowiązkami. Czasem w zabawnych sytuacjach doświadczam, że ludzie z zewnątrz mają inne standardy. Pamiętam jak wracałam prosto z Powsina, ze „Spaceru z Botaniczką”, gdzie grałam rolę Kolczurki – cała na zielono. (Nasz latający teatr musi czasem dojechać do garderoby). Spieszyłam się na urodziny bratanicy, miałam poniekąd być tam atrakcją. Niestety na rondzie potrąciła mój samochód Pani, nomen omen, w aucie oznaczonym zielonym listkiem. Huk był straszny. Żal mi było pojazdu, ale jeszcze bardziej byłam niepocieszona perspektywą rozmowy z policją, w tej fikuśnej charakteryzacji. Wyszłam, żeby obejrzeć auto, wlokąc za sobą wielki zielony liść. Samochody się zatrzymywały, ludzie kręcili filmiki, pytali czy coś paliłam, było bardzo zabawnie. Pani złożyła mi tylko lusterko, obyło się bez policji. Odbierając tort na imprezę słuchałam komentarzy typu: „Co to za akcja polityczna?”. Musiałam jeszcze zatankować i jakież było moje zdumienie, gdy okazało, że na stacji nikogo nie ma. Po 2 minutach wyjrzał nieśmiało pracownik, mówiąc, że owszem widział mnie na monitorze i słyszał moje „dzień dobry”, ale myślał, że mu się przywidziało… Także nasze rodziny na pewno nie są w pełni obiektywne, a Kolczurką obiektywnie łatwiej być na scenie, niż w ruchu drogowym (śmiech).

15 lat przyniosło pewnie sporo takich zdarzeń. Potraficie je przywołać? Najśmieszniejsza sytuacja na próbie albo podczas spektaklu? Jakaś wpadka, nieoczekiwany zwrot akcji? 

JP: Każda próba przynosi takie sytuacje. Zdarza się, że przerzucając się pomysłami dotyczącymi nowej sztuki, ktoś zrobi coś tak absurdalnego, że nie możemy powstrzymać się od śmiechu. Przy tworzeniu postaci jest podobnie. Nasze próby przypominają czasem jeden ze skeczy Monty Pythona „Ministerstwo dziwnych kroków”. Bardzo lubimy komedię ciała i często testujemy nowe gesty i głupkowate ruchy, które mogłybyśmy wykorzystać w danej scenie. Mamy ten przywilej, że wydurnianie się jest częścią naszej pracy. Ponieważ zostawiamy sobie przestrzeń na improwizację, bywa, że zaskakujemy się także na scenie…

AŁ: Np. podczas ,,Klaunady”, jednego z naszych spektakli, Asia szepnęła mi za kulisami, żebym zabrała ze sceny jeden z rekwizytów. ,,Tak, żeby Cię było widać!” – usłyszałam. Zdziwiłam się, ale z życzeniem reżysera się nie dyskutuje, zwłaszcza, że dość często dajemy sobie prawo sprawdzać nowe rozwiązania scenariuszowe już na żywym materiale. No to wchodzę tanecznym krokiem na scenę, wymijam grające tam koleżanki, zabieram tę lalkę i niespiesznie, celebrując każdy krok, znikam z oczu widowni. Potem dopiero okazało się, że Asi chodziło o… „tak, żeby Cię NIE było widać ”.

J.P: Tak, a my wtedy tylko stałyśmy jak zamurowane i zastanawiałyśmy się po co wychodzisz i robisz te dziwne ruchy na scenie.

K.W: Ja dla odmiany pamiętam jak nasz dźwiękowiec – Rafał zamienił się rolą z jedną z aktorek.

Agata złamała nogę na krótko przed przedstawieniem, wydawało się, że jest za późno, by odwołać je i poinformować odbiorców. Jej miejsce zgodził się zająć Rafał. Spektakl został uratowany, a my za kulisami skręcałyśmy się ze śmiechu, obserwując jak rosły facet pociesznie podryguje na scenie w kusej piżamce. Agata w tym czasie zajęła się muzyką. Oboje spisali się na medal, bo doskonale znali spektakl.

Takie momenty pokazują jak bardzo jesteście zgranym organizmem. Właśnie, jubileusz to także powód do dumy. Co w historii Teatru Sztuki Ciała uważacie za największe sukcesy?

JP: Nasz teatr odniósł faktycznie kilka „obiektywnych” sukcesów. Największego splendoru dostarczyło nam „Mam talent”, gdzie dałyśmy się poznać widzom z całej Polski. Otrzymałyśmy Warszawską Nagrodę Edukacji Kulturalnej, w 2020 roku, w zeszłym roku zostałyśmy docenione przez rodziców, zostając laureatkami plebiscytu ,,Słoneczniki”. I chociaż są to konkretne osiągnięcia, to jednak najbardziej dumna jestem z tego, że udaje nam się grać nasze spektakle przez wiele lat. Obserwuję na przykład, że na scenie teatru tańca bardzo dużo energii idzie w sam eksperyment i długą pracę przygotowawczą do dzieła, a następnie te spektakle przeważnie grane są jeden lub trzy razy i znikają. Natomiast nasze spektakle, nawet te, które powstały dziesięć, piętnaście lat temu, nadal są aktualne i wciąż je gramy. Często odświeżamy warstwę wizualną, tworzymy nowe kostiumy albo nową scenografię, ale mamy takie poczucie, że szkoda jest samego scenariusza, tej historii, ułożonej choreografii. Staramy się podejmować uniwersalne tematy, które można grać w nieskończoność, dla coraz to nowych widzów. Czuję, że to jest taka bazowa, podstawowa rzecz, z której jestem bardzo dumna.

AŁ: Na pytanie o sukcesy teatru, ja mam ochotę przytoczyć momenty, kiedy nasze pomysły działania zostały wysoko ocenione przez środowisko branżowe – tak było z spektaklem „Wdech – wydech” w reż. Marii Seweryn, który powstał w ramach konkursu im. Jana Dormana organizowanego przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie. Takim momentem było też Grand Prix Festiwalu Lalka Też Człowiek.

AB: Dla mnie największe sukcesy to: „Mam Talent!”, fakt, że tak długo ze sobą działamy i „siła kobiet”, której tu doświadczam.

JP: Tak, a jeszcze innym tematem jest po prostu rodzaj satysfakcji z tego, że udało się z czegoś, co jest fantastycznym zajęciem, zrobić naszą pracę – włączyć pasje, pomysły, kreatywność, zwyczajnie, w życie zawodowe.

Jak zamierzacie świętować jubileusz? 

JP: No właśnie, długo mam nadzieję. Wyobrażam sobie, szczerze powiedziawszy, że cały rok może być świętowaniem. Tak to sobie wymyśliłam. Już w kwietniu zagrałam pierwszy z naszych spektakli „Wombat nie śpi”, który jak mówiłam, był naszym debiutem dla dzieci. W maju gramy „Ważne Sprawy”, które z kolei były drugim spektaklem, który zrobiłyśmy, to nasz bezkonkurencyjny familijny klasyk, zagrany setki razy. Już samo to sprawia, że zaczęliśmy świętowanie i do końca tego, a może i do przyszłego roku będziemy kontynuować. Wyobrażam, że będziemy znajdować coraz to nowe wspomnienia związane z kolejnymi, granymi przez nas spektaklami, które będziemy mogły przypominać sobie nawzajem, a także naszym widzom.

fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska; „Kobieta – kalendarz” (debiut grupy) sprzed 15 lat

Komentarze
Udostepnij