Recenzje

KLUB JEŻY, CZYLI RZECZ O MĘSKIEJ ZAZDROŚCI

“Cravate Club” Fabrice Rogera-Lacana w reż. Wojciecha Malajkata w Teatrze Polonia w Warszawie – pisze Magda Kuydowicz.

W ostatnim dniu przed zamknięciem teatrów, szóstego listopada, poszłam na spektakl w Teatrze Polonia w reżyserii Wojciecha Malajkata i z nim w roli głównej. „Cravate Club”, francuskiego dramaturga Fabrice’a Rogera-Lacana, to historia pozornie niewinnej kłótni przyjaciół, pokazująca w przewrotny i finezyjny sposób meandry męskiej psychiki.

Na spektakl wybrałam się z odważną przyjaciółką, która – podobnie jak ja – kocha teatr i gotowa była zaryzykować zdrowie, by uczestniczyć w tym  kulturalnym wydarzeniu. Niestety, publiczność zgromadzona najpierw w przyjaznej kawiarni na pięterku, a później zasiadająca zgodnie z reżimem sanitarnym na widowni kameralnej sceny „Fioletowe Pończochy”, daleka była od spokoju. Kłótnie wybuchały co chwila (chodziło o sposób założenia maski przez jednego z widzów i kolorową bandanę zamiast maski założoną przez kolejnego). Emocje sięgały zenitu, gdy wreszcie  przytomnie odezwał się młody, sympatyczny człowiek, pracujący w teatrze, ze znaczącym komentarzem: ”Ależ drodzy Państwo – przecież to przybytek kultury, jesteśmy w teatrze!”. I to otrzeźwiło męskich raptusów na tyle, że można było zaczynać spektakl. I tak publiczność, nie wiedząc o tym sama, zainicjowała  temat tego wieczoru, dotykający roli męskich emocji w burzeniu relacji. I świętego spokoju w świątyni sztuki, jaką dla mnie jest i będzie zawsze teatr.

Sztuka Fabrice’a Rogera-Lacana to kameralny dramat rozpisany tylko na dwie osoby. Wojciech Malajkat i Marcin Stępniak grają w niej dwóch architektów – wspólników prywatnej firmy. W swoje pięćdziesiąte urodziny Bernard (Malajkat) zaprasza na przyjęcie-niespodziankę Adriena (Stępniak). Ten jednak wymawia się z powodu konieczności wyjścia tego samego dnia do tajemniczego i elitarnego  klubu ”Jeży”. Nieuczestniczenie w rytualnej kolacji w pierwszy czwartek miesiąca spowoduje, że przestanie on  być jego członkiem. A na pozostaniu w klubie Adrienowi z jakichś przyczyn bardzo zależy. To z kolei niezwykle denerwuje Bernarda. Od niewinnie zadanego pytania o klub, zaczyna się potężna kłótnia między przyjaciółmi, prowadząca wręcz do zerwania dotychczasowych więzi, w konsekwencji także do kryzysu w małżeństwie Bernarda. Dlaczego tak się dzieje? Otóż okazuje się, że dla mężczyzn przynależność do tajemniczego bractwa jest równie ważna, jak zrealizowanie lukratywnego kontraktu na budowę nowego osiedla czy spokój domowego ogniska.

W klubie mężczyźni rozmawiając o rzeczach pozornie błahych, tworzą jednak pewne grupy wpływu, wspierając się bądź odmawiając kolegom rekomendacji do kolejnych zawodowych planów. Krótko rzecz ujmując, warto w takim klubie być, aby coś w życiu osiągnąć. Bycie „Jeżem” to bycie kimś. Nie bycie nim zaś, wydaje się być Bernardowi szalenie niekomfortowe, wręcz poniżające. Adrien nie chce jednak go tam polecić, mimo iż dentysta Bernarda do tego klubu należy. Jak również ich wspólny kolega – architekt i zarazem największy rywal w wyścigu o intratne projekty. Poza tym zazdrość o to, że ktoś ma coś, czego Bernard nie może mieć, jest silniejszym uczuciem niż… zwykłe poczucie ludzkiej godności. Urok tego klubu polega na tym, że nikt tak naprawdę niczego robić nie musi. Wszystko podlega tam zasadzie wolnej woli. I to jest właśnie dla Adriena tak ważne i istotne.

Ale Bernard jest małostkowy w tym względzie. Zaczyna się podlizywać kolegom z klubu Adriena i wreszcie upragnioną rekomendację do klubu dostaje. Tyle że na naprawę relacji z przyjacielem jest już za późno. Wszelkie siłowe rozwiązania przynoszą odwrotny skutek do zamierzonego. Przewagę biorą gwałtowne emocje. Panowie w odróżnieniu od pań nie przebierają w słowach i walą prosto z mostu. A potem szybko przechodzą do rękoczynów.

Wojciech Malajkat bardzo wiarygodnie kreuje postać Bernarda – pana w kryzysie wieku średniego, który nie umie pogodzić się z odrzuceniem. Adrien Marcina Stępniaka dzielnie mu partneruje, choć to Malajkat narzuca rytm i poziom gry. Rola zagubionego inteligenta wydaje się być dla Malajkata wymarzoną. Cierpliwość i empatia nie są jednak cechami charakteru, którymi może się jego bohater pochwalić. Pomimo to Malajkat  swojego bohatera obronił. Bernard budzi sympatię, współczucie i żal. Ma u widza ogromy kredyt zaufania. Dlaczego? Wszyscy przeżywamy chwile słabości czy bezradności i dokonujemy złych wyborów. Tak samo jak Bernard. Morał z tej historii jest taki – nie należy za wszelką cenę walczyć o to, by być częścią grupy, która nas do swego grona zaprosić nie chce. Należałoby także, nim wszystko postawimy na jedną kartę, zastanowić się, czy warto poświęcić przyjaźń, małżeństwo i firmę dla faktu posiadania krawata z emblematem zabawnego jeża.


fot. Katarzyna Kural-Sadowska

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , ,