Recenzje

KOBIETY O WYSPIAŃSKIM

O “Trzech kobietach” w reż. Magdaleny Miklasz, Renaty Piotrowskiej-Auffret i Ewy Rucińskiej w Teatrze Słowackiego w Krakowie pisze Joanna Raba

Kiedy Marta Waldera zaczyna przy sztaludze parodiować Boba Rossa i tryskając przesłodzonym entuzjazmem pokrywa energicznie blok pastelami olejnymi, jedni  wzdychają, inni świetnie się bawią. Są też tacy, którzy poddają się i wychodzą.

Laboratorium, w którym Magda Miklasz prowadzi badania na temat twórczości Stanisława Wyspiańskiego jest trudne do przetrwania dla niecierpliwego widza. Patrzę, Patrzę, Patrzę… to zbiór mieszających się ze sobą słów, obrazów i działań, poprzez które reżyserka i aktorka starają się odzyskać Kraków Wyspiańskiego jako miejsce pełne melancholii, w którym tworzył artysta, ale również samą materię, którą się posługiwał. Chwilami patetyczna legenda Wyspiańskiego jest rozsadzana przez parodię, kolorowe kredki, termos z herbatą czy makietę Plant służącą do odegrania teatrzyku cieni, to znów w performatywny sposób analizowana przez działania Marty Waldery. Wyniki tych poszukiwań, jakkolwiek złożonych i najwyraźniej przemyślanych, nie dają się jednak wyraźnie dostrzec, a nawet bronią się przed zainteresowaniem widza.

Po tej feerii widownia przeprowadzona zostaje za scenę w małej pielgrzymce, w której każdy z nas drepta stopa za stopą, aby w drodze do foyer minąć Śpiącego Mietka oprawionego w ramę i ustawionego na niskiej sztaludze.

Tam z kolei Ewa Rucińska przygotowała dla nas prawdziwego spadkobiercę romantycznych ideałów – Konrada (Agnieszka Kościelniak). Wyspiański stworzył pochodną całego romantycznego narodowego mitu, który tutaj Rucińska stawia na postumencie jako figurę narodową – eksponat muzealny. Kiedy ów relikt schodzi ze swojego piedestału wyswabadzając się od sztywnej pozy i karabinu przyklejonego do sylwetki, odzywa się w nim/niej zupełnie odmienny głos. W Wyzwoleniu Wyspiańskiego ważne było oswobodzenie Polski i narodu, w Izolatce Konrada Rucińskiej oswobodzenie jednostki. Jej Konrad nieustannie pyta „A co mnie to obchodzi?”, dając do zrozumienia, że roszczeniowość romantycznych ideałów do życia, zdrowia czy duchowości człowieka jest nieprawomocna.

Widownia też ma szansę się wypowiedzieć – na karteczkach… długopisem… wszystko co się chce… – tekstami, które później aktorka odczytuje na muzealnym piedestale Konrada. Szansa ta w dużej mierze przepada, miesza się i rozpuszcza w zażenowaniu widzów albo w ich jowialnym humorze.

W końcu Konrad opuszcza swoją izolatkę z plastikową siatką z napisem „Żabka” w dłoni, zostawiając karabin na postumencie i tym samym rezygnując ze swojej roli. Przynajmniej na razie, dopóki nie wróci i nie zabierze karki z napisem ZARAZ WRACAM pozostawionej na swojej muzealnej tabliczce.

W ostatniej części mamy okazję zobaczyć Wiem, że lubisz zwiędłe kwiaty Renaty Piotrowskiej-Auffret. Tutaj pierwiastek kobiecy, którym sygnowany jest cały tryptyk Trzy kobiety dawał się odczuć najwyraźniej. Aleksandra Osowicz w układzie z pogranicza perfomance’u i choreografii odtwarza hipotetyczne doświadczenie Teofilii, żony Wyspiańskiego. Poprzez pryzmat zarówno jej silnego, nawykłego do życia polskiej chłopki ciała, jak i ciała jej męża – słabego, bladego i znękanego chorobą – konstruuje się na scenie nowy obraz Wyspiańskiego widzianego oczami kobiety o zgoła innym spojrzeniu na świat. Tak często pomijana lub dyskredytowana ze względu na „niezdolność docenienia geniuszu” Teosia w końcu ma prawo wypowiedzieć się we własnym imieniu.


Fot. Michał Ramus


Joanna Raba – studentka teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , ,