Recenzje

Kochali się we troje

O spektaklu „Co po nas zostaje” Martyny Matoliniec i Aleksandra Maciejczyka w ramach przeglądu „Teatr na faktach” w Instytucie Grotowskiego we Wrocławiu pisze Jarosław Klebaniuk.

Rzadko zdarza się, aby przedstawienie, w którym użyto tak wielu wysokiej klasy środków artystycznych, nie zrobiło porażającego wrażenia. Teatr dokumentalny ma jednak, jak widać, to do siebie, że sama, najbardziej nawet wybujała, teatralność nie zrekompensuje niedostatków tekstu. Bez frapującego tematu dbałość o formę nie wystarczy. Tak właśnie stało się w przypadku „Co po nas zostaje”.

Rozpoczęło się to widowisko od odpowiedzi z offu na pytanie zadane w tytule. Dzieci bardzo przytomnie, materialistycznie odpowiadały o pośmiertnym rozkładzie. „Zostają z nas kości” brzmiał pierwotnie tytuł tej recenzji. Ta realistyczna konstatacja pochodząca od – jak dowiedziałem się z ładnie wydanego programu przeglądu „Teatr na faktach”– Bianki, lat 9, napawa jednak smutkiem. Nawiasem mówiąc, w psychologicznym paradygmacie teorii opanowywania trwogi wyobrażanie sobie własnych zwłok w miesiąc po śmierci jest postępowaniem zgodnym ze standardową instrukcją eksperymentalną, mającą wzbudzić lęk egzystencjalny. Byliśmy tego blisko na początku przedstawienia. Pod wpływem takiego lęku stajemy się zazwyczaj bardziej normatywni, skłonni bronić wartości typowych dla naszej kultury i surowiej oceniać osoby, które postępują niezgodnie z nimi. Zapewne jednak sceniczne dzianie się przykryłoby ten efekt, bo stymulacja ze strony aktorów, skrzypaczki i z ekranu mogła całkowicie pochłonąć uwagę widza.

Osią konstrukcji fabularnej, jeśli można tak nazwać prezentowane treści, były wypowiedzi, a niekiedy filmowe lub odgrywane wizerunki członków rodziny. Przedstawiani byli jako: córka Hanna, wnuk Aleksander, syn Rafał i inni. Sam pomysł mógłby okazać się funkcjonalny, gdyby te rodzinne opowieści były oryginalne, dowcipne, czy choćby pełne emocji. Tymczasem zapewne najbardziej zainteresowały żyjących członków rodziny, ich przyjaciół i znajomych. Dla obcych, do których z Elą się zaliczaliśmy, te fakty z życia, charakterystyczne wypowiedzi, wspomnienia osób, opisy ich ról społecznych, charakteru, miejsca pochodzenia i tak dalej nie miały większego znaczenia.

W „Co po nas zostaje” ujawniła się słabość mało przetworzonych, niewystarczająco zredagowanych wywiadów i rozmów jako tworzywa teatru dokumentalnego. Chwilami słyszeliśmy wypowiadane przez Aleksandra Maciejczyka banalne pytania i banalne odpowiedzi, jakby realizację jakiegoś zadania domowego. Pisałem kiedyś podobne w ramach zajęć w SLA w Krakowie, ale ponieważ chodziło o mojego dziadka, którego nigdy nie poznałem i o którym nic nie wiedziałem, było to wartościowe doświadczenie. Pozwoliło mi parę spraw dotyczących mojej rodziny zrozumieć. Ale do teatru bym tego nie dał, będąc przekonanym, że dla obcych ludzi te okruchy wspomnień byłyby raczej mało zajmujące.

Radości dostarczyła mi natomiast śpiewana przez Martynę Matoliniec jedna z oryginalniejszych piosenek dla dzieci, jaką słyszałem jeszcze dawno temu, gdy bardziej przemawiała do wyobraźni. „Króla zjadł pies / Pazia zjadł kot / Królewnę myszka zjadła (…) Z cukru był król / Z piernika paź / Królewna z marcepana”. Nuciłem ją wracając przez wrocławski rynek, a Ela przypominała sobie każde słowo, bo ona znała kiedyś na pamięć wszystkie teksty bajek, wierszyków i dziecięcych piosenek. W spektaklu lalkowa królewna była znacznie większa niż jej dwóch wspólników w miłości. Prawdę mówiąc mogłaby ich obu zjeść. Jednak wszystkie trzy kukiełki były piękne, a przynajmniej tak wyglądały z kilku metrów.

Estetycznych detali można było oglądać zresztą wiele. Należały do nich: duże koronkowe formy rozwieszone na ramach (Matka była krawcową), białe stateczki na stole i podwieszone z sufitu, kapelusz, stare książki, maska (prawdopodobnie dziadka), a nawet matowa szyba, na której aktorzy rysowali lub przecierali domki, słoneczka i inne typowe dla dziecięcej sztuki różności.

Eli podobały się stare, złej jakości filmy z rodzinnych spotkań wyświetlane na dużym ekranie z tyłu sceny. Mnie najbardziej utkwił w pamięci ten, na którym tańczono twista do melodii „Umówiłem się z nią na dziewiątą” granej na żywo na skrzypcach. Aktywna obecność wiolinistki z tyłu sceny wzbogacała zresztą przedstawienie i była zapewne pomyślana jako katalizator emocji właściwych dla klimatów sentymentalnych i rzewnych.

Mnogość użytych w spektaklu środków artystycznego wyrazu była nadzwyczajna. Oprócz tych opisanych powyżej mieliśmy też modyfikowane powtórzenia w scenie, w której tekst kończył się słowami o demencji. W innej scenie niektóre słowa wypowiadane na pierwszym planie były powtarzane innym głosem z głębi. Część rekwizytów, nieobecna fizycznie, zaprezentowana została z projektora. Zapewne za najbardziej znamienną można uznać maszynę do szycia, należącą do matki – krawcowej. Na ekranie widzieliśmy też stare zdjęcia, dzięki którym osoby obecne w opowieści poznaliśmy nie tylko z cytatów i opinii. Wspominałem już o maskach, kukiełkach i koronkach, ale nie tylko wizualność w przedstawieniu obrodziła. Muzyka na żywo oraz efektowne wykorzystanie mikrofonu położonego na stole zapewniły także oryginalną stronę akustyczną.

Pomimo tych wszystkich, pojedynczo świetnych, a i razem niezgorszych zabiegów spektaklu nie uznaliśmy za udany. Zadecydowała zapewne miałkość tekstu. Jednak i forma pozostawiła niedosyt. Poszczególne artystyczne starania nie złożyły się w olśniewającą całość, na jaką zasługiwały.

„Co po nas zostaje” kończyło serię oglądanych przez nas przedstawień. „Instrukcja montowania dzieci” Marcina Zabielskiego w ostatniej chwili została przełożona na później i ta niezrozumiała zmiana w programie ogłoszona, jak wszystko inne, na klatce schodowej Teatru Laboratorium, przez Jakuba Tabisza z Instytutu Grotowskiego, uniemożliwiła nam niestety obejrzenie najlepiej zapowiadającej się części wieczoru. Pozostałą sceniczną część przeglądu (w czytaniach nie braliśmy udziału) oceniam pozytywnie, choć poziom poszczególnych premier był zróżnicowany. Trud organizatorów przyniósł wartościowy efekt warty kontynuacji.


Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , ,