Recenzje

Koncert Życzeń

O spektakli A MIAŁ BYĆ CUD w reż. Jana Szurmieja w Mazowieckim Instytucie Kultury w Warszawie pisze  Agnieszka Supińska.

Jest taki typ sceny teatralnej, który niezależnie od spektaklu gwarantuje zadowalający poziom wykonawczy i rozrywkę na sobotni wieczór, jednak nie można się po nim spodziewać spektakularnych odkryć i przemyśleń. Taka właśnie zdaje się przestrzeń w Mazowieckim Instytucie Kultury, co tylko potwierdza ostatnia premiera ze sceny na Elektoralnej – „A miał być cud” – ciepła miniatura na kanwie piosenek Osieckiej w reżyserii Jana Szurmieja.

Piosenki Agnieszki Osieckiej stanowią wdzięczne tło do snucia opowiadań na temat miłości i wewnętrznych przeżyć człowieka, z czego chętnie korzystają teatralni twórcy. Realizatorzy co i rusz podejmują się wyzwania pracy z jej tekstami, z różnym skutkiem. Popularność Osieckiej w ostatnich latach urosła do tego stopnia, że uparci amatorzy jej twórczości mogą przebierać w repertuarze teatrów i domów kultury.

Osiecka ze sceny na Elektoralnej nie zaskakuje niczym nadzwyczajnym – ot, prosta historia dwojga ludzi, którzy skazani na tymczasową rozłąkę wymieniają się listami. Ona z dala od domu, w pracy na emigracji, rozpościera skrzydła i złorzeczy na zaściankowość dotychczasowego życia, on zdaje się tęsknić i nie tęsknić jednocześnie, powoli przyzwyczajając się do rzeczywistości bez wymagającej atencji żony. Jest już starszym panem, ma kumpla do szachów i naleweczki, dorabia sobie, bo oboje są biedni jak myszy kościelne.

Pod osłoną listów ukrywają swoje niezrealizowane oczekiwania i zawody – próbują sami sobie siebie napisać, wymyślić, w oczach swoich i najbliższej osoby. Wraz z rozwojem akcji wychodzi z nich niezgoda na dotychczasowe życie, które jest takie, jakie jest: mnóstwo niespełnionych marzeń i wyciszonych do tej pory emocji.

Podczas przedstawienia oglądamy dwoje ludzi, którzy od lat są ze sobą i tak naprawdę nigdy nie zastanawiali się, czy za ich codziennym życiem stoi miłość czy przyzwyczajenie. W momencie rozłąki odnajdują się w sytuacji, która wybija ich z letargu funkcjonowania z dnia na dzień. W przypadku spektaklu “A miał być cud” punktem zwrotnym jest wyjazd, ale przecież równie dobrze zastygnięty w rutynie związek może wywrócić nowo poznany znajomy jednej ze stron, choroba, czy zmiana pracy. Wyrwanie z kontekstu wzbudza w człowieku pytania, które podważają wszystko i przegrywają z próbą czasu.

Koncepcja spektaklu, oparta na motywie pisania listów, daje aktorom pole do popisu – przez całe przedstawienie grają obok siebie, odczytując naprzemiennie otrzymane od partnera wiadomości. Momentami odległość między bohaterami zamazuje się być może zbyt namacalnie, jednak sam zamysł z pewnością zasługuje na uznanie.

Tekst sztuki współgra z piosenkami Osieckiej, czyniąc z nich integralną część przedstawienia. W “A miał być cud” nie doświadczamy zgrzytów, związanych z brakiem płynności pomiędzy prowadzoną historią a wstawkami muzycznymi, których słuchanie wiąże się z ogromną przyjemnością przede wszystkim przez fantastyczny akompaniament Mikołaja Hertla. Postacie są dobrze poprowadzone, nie ma tu niepotrzebnych ruchów, zagrywania się czy wymyślnych – nikomu niepotrzebnych – dopowiedzeń.

Widzom z pewnością po spektaklu pozostanie w pamięci wykonanie “Kiedy mnie już nie będzie” Jacka Kawalca – uczciwie trzeba przyznać, że nie jest on mistrzem śpiewu, jednak braki emisyjne nadrabia z nadwyżką ekspresją i magnetyzującym głosem. Z ogromnym rozczarowaniem odkryłam, że nigdzie poza spektaklem na Elektoralnej nie jest możliwe wysłuchanie tego wykonania, czego szczerze nie potrafię odżałować.

Jacek Kawalec w roli Franciszka jest przekonywujący i zabawny, jego partnerka, grająca Annę Halina Rowicka, dotrzymuje mu kroku, dzięki czemu spektakl stanowi ciekawą propozycję dla amatorów lekkiej rozrywki. Muzyka na żywo i drobna, acz niebagatelna rola Mikołaja Hertla oraz jego fantastyczna gra dopełniają przedstawienie i sprawiają, że z pewnością jest ono warte polecenia.


Fot. Rafał Latoszek

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , ,