Recenzje

LALKA W BETONOWYM BLOKU

O spektaklu LALKA w reż. Wojciecha Klemma w Teatrze Słowackiego w Krakowie pisze Joanna Raba.

Kiedy słyszy się o “Lalce” Bolesława Prusa pierwszym skojarzeniem jakie nasuwa się większości z nas jest zapewne Izabela Łęcka. I choć motywów lalki w powieści jest więcej, to właśnie jej postać zwykliśmy odruchowo łączyć w pierwszej kolejności z tytułem. Jednak Wojciech Klemm, realizując dzieło Prusa w Teatrze im. Juliusza Słowackiego, nie uznał figury lalki za najważniejszy klucz otwierający znaczenie tekstu. Zainteresowało go coś zupełnie innego, mianowicie zaskakująca analogia pomiędzy współczesnością a realiami końca XIX wieku, które zostały w “Lalce” precyzyjnie sportretowane. A jak deklaruje reżyser: „Każde zdanie, które pada u nas na scenie – nie przepisaliśmy i nie dodaliśmy do Bolesława Prusa nic – odbija się w polskiej rzeczywistości.”

Nie powinniśmy się więc dziwić, że Stanisław Wokulski (Mateusz Janicki) wracając z Rosji ze swoim imponującym, świeżo nabytym majątkiem trafia do betonowego bloku, który jest nieukończony. Lokuje się na piętrze tego szkieletu budowli. Zresztą nie tylko on tak pomieszkuje. Dwa piętra niżej, pod sceną, wśród stosu kartonowych pudeł ma swój pokój jego przyjaciel, Ignacy Rzecki (Marcin Kalisz), oddzielony od widowni czerwono-białą taśmą ostrzegawczą. W tej prowizorycznej przestrzeni na rusztowaniu będzie się kąpać w wannie także Izabela Łęcka (Karolina Kazoń), a Kazia (Karolina Kamińska) dyskutować z Kaziem Starskim (Krzysztof Piątkowski) o niesprawiedliwej roli kobiety w świecie. Tam również odbywać się będą wakacje arystokracji oraz wszelkiego rodzaju biznesy, ponieważ do transakcji mogących pomóc Wokulskiemu w zdobyciu Izabeli dochodzą jeszcze interesy mające podźwignąć „biedny kraj” z tej betonowej tymczasowości. A dla wielu Wokulski ze swoimi 300 tysiącami rubli do roli zbawcy ekonomicznego i finansowego nadaje się idealnie.

Jednak nie wszyscy doceniają pieniądze Wokulskiego. Rzecki przy pierwszym spotkaniu ze Stachem kilkakrotnie go policzkuje. Interpretacja jego postaci niektórym może wydawać się nieco zaskakująca, ale w moim odczuciu wychodzi na dobre. Rzecki nie bawi się tutaj nakręcanymi lalkami i nie śmieje się sam do siebie pod wpływem metafizycznej refleksji. Jest o wiele bardziej neurotyczny niż jego powieściowy pierwowzór i jednocześnie mniej uchwytny. Czuje niezgodę wobec tej mieszanki dwóch światów – rzeczywistości Prusa i rzeczywistości Klemma – i funkcjonuje w niej w sposób dużo mniej przewidywalny niż reszta postaci. Może właśnie na tym polega jego potencjał? Na nieoczywistych reakcjach wobec zmieniającego się stanu rzeczy. Na zaciekłej walce o to, aby odsunąć Wokulskiego od tego dynamicznego, przerażającego mechanizmu, w który dobrowolnie wchodzi dla Łęckiej.

Interesująco też została potraktowana przez twórców Helena Stawska (Natalia Strzelecka). Wydaje się być równie neurotyczna jak Rzecki, ale wyraża to w inny sposób. Częściej ulega stanom jakiegoś kompulsywnego oderwania od rzeczywistości. Stawska raz śmieje się niekontrolowanie przy lekcji gry na pianinie, to znów jest na granicy załamania nerwowego, opowiadając nam scenę modlitwy w kościele. A  kiedy w końcu zostaje żoną Węgiełka (Tomasz Augustynowicz), pozwala mężowi ciągnąć się za rękę naokoło sceny ze sztucznym grymasem na twarzy. Już mu się nie podoba, bo choć „kobieta dobra, pracowita” to jednak została „zużyta” przez innych mężczyzn, jak stara lalka. Stawska z powodzeniem mogłaby odziedziczyć główne miano lalki po Izabeli Łęckiej. W odróżnieniu od zabawki, o którą kradzież została oskarżona, nie potrafi za jednym przyciśnięciem guzika powiedzieć „kocham cię”. Jest wykorzystana, uprzedmiotowiona, emocjonalnie zużyta, pusta, niezdolna do miłości. I mimo jej pogruchotanego stanu nadal – aby utrzymać się na powierzchni – potrzebuje małżeństwa, w którym rządzi bezduszna ekonomia.

Bolesław Prus nie pisał wprost o sytuacji Polski, a przynajmniej o tej stronie dotyczącej polityki. W przeciwieństwie do niego Wojciech Klemm nie musiałby się obecnie obawiać cenzury ze strony władzy, a jednak również nie zdecydował się na demonstracyjne uwypuklanie problematyki jaką podejmuje. Zarobek na emigracji, kiczowata figurka Jezusa, pogoń w Kościele za pieniądzem, antysemityzm, czy dyskursy feministyczne prowadzone nieprzerwanie przez Wąsowską – to dane nam wyłącznie punkty, znaki naszych czasów, które możemy odszukiwać w spektaklu, rozpoznawać i analizować lub wręcz przeciwnie – pozwolić im przebrzmieć i skupić się na biegnącej swoim torem historii. Wiele z tych punktów jest rozegranych komicznie i z dużą dozą ironii, inne ze stonowaną powagą, ale wszystkie łączą się drobnymi nitkami w tym niedokończonym bloku, ciągnąc się od czasów pary i elektryczności aż do naszego XXI wieku.


Fot. Michał Ramus


Joanna Raba – studentka teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , ,