Recenzje

Lekcja alternatywy

O 27. Alternatywnych Spotkaniach Teatralnych „Klamra” w Toruniu pisze Bartłomiej Oleszek.

Atrakcyjność programu tegorocznych Alternatywnych Spotkań Teatralnych „Klamra” zbudowały spektakle weteranów scen offowych. 27. odsłona toruńskiego festiwalu zaprezentowała głównie przedstawienia stałych bywalców „Od Nowy”, wielokrotnych laureatów nagród publiczności oraz spektakle kilku nowych na festiwalu grup niestety gorzej wypadających na tle legend. Tegoroczna „Klamra” nie pokazała też – z jednym wyjątkiem – nowych odsłon alternatywy, nie zaprezentowała publiczności reprezentantów ciekawego fermentu odbywającego się gdzieś na peryferiach życia teatralnego. Zabrakło też po raz kolejny – mimo zmienionego kilka edycji temu terminu festiwalu – przedstawień plenerowych, które zawsze omijały „Klamrę” z uwagi na marcowe kaprysy pogody. Nie dziwi więc nagroda publiczności, którą w tym roku otrzymała znana i uznana marka – Teatr Chorea, który wraz z Warszawskim Towarzystwem Scenicznym przygotował „Tragedię Jana”.

Zeszłoroczny laureat (powstały w 2014 r. Teatr Papahema), który w 2018 r. wygrał ciekawą „Skłodowska. Radium Girl” w tym roku mierzył się z „Procesem” Franza Kafki. Zderzenie z arcydziełem XX-wiecznej literatury nie przyniosło tak interesujących rezultatów jak zeszłoroczna reinterpretacja biografii polskiej noblistki. Zorientowany na bierność Józefa K. spektakl zagubił ducha Kafki, a absurd i plątanina urzędniczych labiryntów nie zaistniała w przedstawieniu, które było serią jednostajnych scen. Kafkę w innej odsłonie pokazał Teatr Usta-Usta, który zaprezentował „Geometrię” w reż. Wojciecha Wińskiego na podstawie „Zamku”. Tutaj absurd stał się kluczem do inscenizacji, w której żonglerka rolami, maskami i realnością (w którą wplątana jest również widownia) doskonale współgrała z prozą autora „Procesu”. Teatr Usta-Usta, który przyzwyczaił nas do bardzo śmiałych gier z teatralną formą (jak w „Alicji 0700” czy nagrodzonym na „Klamrze” 2011 przedstawieniu „777”) tutaj zachował rygor i zagrał spektakl w tradycyjnym układzie sceny i widowni, z realistyczną scenografią i świetnymi rolami (między innymi Ewy Kaczmarek). To pokazało, że doskonale znają machinę teatru, którą czasem trzeba wstrzymać, by sięgnąć po głębsze treści.

Teatr Porywacze Ciał, kolejni weterani „Klamry”, również zmienił stylistykę i przede wszystkim ton przedstawienia. Katarzyna Pawłowska i Maciej Adamczyk zagrali w tym roku prostą z pozoru historię zatytułowaną „Zrobię co zechcę”. Oto przy lokalnej drodze w ludowych strojach ludowi twórcy sprzedają ludowe produkty. Przekomarzają się przy tym, podjadają i podpijają swoje specjały, narzekają na zmniejszenie obrotów spowodowane nową obwodnicą, wzdychają do dawnych czasów, szydzą z mody na przedrostek „eko-”. Wszystko w kabaretowym klimacie, z niezwykłą vis comica Macieja Adamczyka w roli głównej. To trochę obraz ich samych, Porywaczy na teatralnym aucie, z ciągłymi problemami organizacyjnymi podnoszonymi na pospektaklowych rozmowach. Dopiero finał przypominał o tym, że mamy przed sobą teatr z dwudziestopięcioletnim stażem, który w kilka minut potrafił sprowadzić spektakl z drogi sitcomu w kierunku szerokich pasm aluzji i ciekawych tradycji teatralnych. W pijackim szale aktorzy oddają się rubasznemu tańcowi z chochołem, który przaśnej ludowej scenerii nadał nowego kontekstu wielkich narodowych mitów. „Zrobię co zechcę”, ale widma przeszłości nadal nad nami wiszą – zdają się mówić Porywacze – nawet jeśli wpatrujemy się w serialową scenkę i przysłuchujemy rubasznym żartom. A może właśnie wtedy przybierają najpotworniejsze oblicze? Kiedy mówimy słowami Jaśka z „Wesela”: „Nic nie słysom, nic nie słysom, ino granie, ino granie”?

W korowód innego tańca – tym razem spod znaku danse macabre – zabrał widzów Teatr Kana. Trzykrotny laureat nagrody publiczności (za „Geist” w 2008, „Lailonię” w 2010 i „Projekt: Matka” w 2016) zaprezentował przejmujące przedstawienie „Gęstość zaludnienia. Historia wybuchu” zainspirowane historiami z fenomenalnej książki Swietłany Aleksijewicz „Czarnobylska modlitwa. Kroniki przyszłości”. Przedstawienie do scenariusza i w reżyserii Krzysztofa Popiołka odeszło od opowiadania historii zaczerpniętych z literackiego pierwowzoru w stronę aktorstwa cielesnego i żmudnych performansów bardzo sugestywnie pokazanych przez świetny zespół. Pokazały one ból fizyczny (objawy chorób popromiennych błyskawicznie i okrutnie zabijających wystawionych na śmiertelne dawki pierwszych strażaków gaszących pożar reaktora), jak i psychiczny (bezsens walki z niewidzialnym przecież wrogiem). Największa w tym zasługa zgranego zespołu, który zapętlone sekwencje powtarzał z chłodną konsekwencją, pokazując zarazem pełnię emocji. Nie wytrąciła ich nawet techniczna przerwa w spektaklu, swój zatraceńczy taniec prowadzili do kresu sił, oddani prostym działaniom prowadzonym w rytm folkowego utworu. Fizyk w roboczym stroju (Piotr Starzyński), dziewczyna (Karolina Sabat), lekarka (Bibianna Chimiak), mężczyzna (Dariusz Mikuła); każdy z bagażem innej traumy – wszyscy równi wobec mrocznych doświadczeń i śmierci. A wszystko osiągnięte prostymi środkami. Na scenie stanęła tylko sześcienna metalowa rama – mieszkanie opróżnione pospiesznie na wstępie, lokum jakich setki pozostały w wyludnionej Prypeci. Nad nim zawieszono radioaktywną chmurę, w środku pozostawiono akwarium, niemy symbol jeszcze jednego dramatu, zwierząt, których nie objął plan ewakuacji. To na Kanę oddałem pierwszy głos w plebiscycie publiczności. Głównie dlatego, że doskonale opisanym historiom z książki Aleksijewicz dodali autentycznego, cielesnego i bolesnego wymiaru oraz za to, że pokazali, iż za modną dziś atrakcją dla urban explorerów stoi tragedia wielu ludzi. A wcześniej śmiały gest budowy elektrowni atomowej, placówki badawczej i nowoczesnego miasta. Stworzonych w zbyt szybkim tempie i ewakuowanych zbyt późno.

Z trudnymi tematami nie poradziły sobie dwa inne spektakle. Pierwszy to „Ja Sendlerowa” Teatru Barakah pokazujący losy Sprawiedliwej wśród Narodów Świata, którą dla tego świata odkrył zresztą teatr. Reżyserka Ana Nowicka – znana toruńskiej publiczności z „Porucznika z Inishmore” Martina McDonagha, który długo nie schodził z afisza Teatru im. W. Horzycy – tu nie domknęła swojego pomysłu połączenia dwóch historii. Przejmujący obraz osoby, która uratowała i ukryła Żydów, by stopniowo stawać się ich oprawcą nie doczekał finału, rozbudowy psychologii i intencji działań. Trudno uniknąć porównań do spektaklu „The Hideout / Kryjówka” w reż. Pawła Passiniego, który wygrał Klamrę w 2015 r. Widowie tamtego przedstawienia atmosferę schronień przed zagładą odczuwali niemal na własnej skórze. Kryjówka Teatru Barakah była zbyt odległa, choć dzieją się w niej rzeczy równie straszne, jak to przed czym ofiary się w niej schroniły. Podobnie z drugim planem samej Sendlerowej (zainspirowanej książką Anny Bikont „Sendlerowa. W ukryciu”), która w płomiennych monologach wypowiada wojnę złu tego świata. Choć ciekawa w zamyśle (jak z filmów Tarantino), to jest chyba osobnym pomysłem na monodram. Ciężaru innego ważnego tematu, pedofilii w kościele, nie udźwignął też spektakl Teatru Niebopiekło „Ludzie mówią”. Przedstawienie rozbiło się o powagę tematu, któremu wciąż potrzeba teatralnej dyskusji. Trudno pisać o tym spektaklu, minimalistycznym i scenograficznie, i aktorsko, w którym gubi się autentyczna historia ofiary, a wymowę osłabiają długie chwile przerw między scenami i zbyt gęste monologi.

Mój drugi głos powędrował do lekcji alternatywy, którą dosłownie i w przenośni udzieliła Komuna Warszawa w spektaklu „7 pieśni o awangardzie”. W czterdziestopięciominutowym przedstawieniu zmieściła ona wiele charakterystycznych dla swojej estetyki form. Są tu kukiełkowe rozmowy prezydenta Andrzeja Dudy z Grzegorzem Laszukiem, są sekwencje ruchowe i taneczne obrazujące kolejne postulaty awangardy (teatr ruchu to kolejny z braków tegorocznej „Klamry”, był to kiedyś mocno reprezentowany nurt), wreszcie małe laboratorium – otoczony kamerami stół, na którym prezentowano (nie)możliwe do realizacji postulaty awangardystów. No i same założenia-tematy pieśni: koncepcje Wandurskiego o aktorze, Pronaszki o scenografii, Witkacego o tekście, Schillera o czwartej ścianie, dekonstrukcje czasu, instytucji teatru i wreszcie samej awangardy. Każdy wygłaszany w podobny sposób (zaczynany od słów: „największym wrogiem awangardy…”), komentowany retrofuturystycznym głosem z offu, obrazowany scenami tanecznymi. Laszuk w finale płynnie przeszedł od spraw artystycznych do społecznych, z historii do współczesności, ze sceny na ulicę. Ostatni wykład-epilog zilustrował ujęciami z demonstracji i narracją o cenzurze teatrów oraz festiwali. Być może współcześnie „największym wrogiem teatru” jest jego bezimienna opresja organizacyjna?

Z inną tematyką z pierwszych stron gazet mierzył się spektakl Bartłomieja Miernika i Huberta Dyla (pod szyldem Fundacji Banina). To wspomniany na wstępie jedyny wyjątek od braku nowych form na tegorocznej „Klamrze”. „Kolorowa. Czyli biało-czerwona”, z którą duet wędruje po polskich szkołach, nie miał szans na powodzenie w festiwalowych warunkach, ale pokazał śmiałość pomysłu, którego podjął się Miernik. To jest lekcja nie tylko tolerancji, ale też samego teatru, prowokacyjnego i świeżego w formie. Choć zamiast w szkole siedzieliśmy w zaaranżowanej klasie, a zamiast koleżanek i kolegów z liceum byli współfestiwalowicze, to i tak udało się wydobyć sedno eksperymentu Fundacji Banina. Polemizujący z bohaterem widzowie wpadali w pułapki retoryczne i riposty świetnego w swojej roli Huberta Dyla. Dało się uchwycić koncepcję, która zakładała wprowadzenie do klasy nowego kolegi, który kandydując do samorządu sprawnie manipuluje słuchaczami i płynnie przechodzi od haseł tolerancyjnych do nacjonalistycznych. W pospektaklowej dyskusji Bartłomiej Miernik podsumowując kilkaset spektakli odegranych w całej Polsce, długo opowiadał o młodzieży podatnej na manipulację (większość), a także tej heroicznie przeciwstawiającej się tym hasłom (mniejszość). To był niezbędny epilog historii tego spektaklu, który w Toruniu miał jeszcze jeden kontekst. Tegoroczna „Klamra” odbywała się bowiem w czasie ogólnopolskiego strajku nauczycieli. Kiedy siedzieliśmy w zaaranżowanej naprędce szkolnej sali i spieraliśmy się z młodym człowiekiem, to media prześcigały się w relacjonowaniu gorącego konfliktu, z którego chyba nikt nie wyszedł zwycięsko. Trzeci i ostatni głos oddałem na „Kolorową” Za alternatywną lekcję i lekcję alternatywy.


Fot. Tomasz Dorawa


Bartłomiej Oleszek – z wykształcenia teatrolog, z zawodu promotor kultury i nauki.

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,