Recenzje

Lekcja miłości

O spektaklu BOŻE MÓJ! Anat Gov w reżyserii Jacka Orłowskiego z Teatru Jaracza w Łodzi na XXV Zderzeniu Teatrów w Kłodzku pisze Wiesław Kowalski.

Na inauguracyjny wieczór jubileuszowy XXV Zderzenia Teatrów w Kłodzku, obecny dyrektor festiwalu, Marek Mazurkiewicz, nie bez powodu wybrał spektakl „Boże mój!” z Teatru Jaracza w Łodzi w reż. Jacka Orłowskiego. W przedstawieniu obok Mileny Lisieckiej występuję bowiem Bronisław Wrocławski, który jest zdobywcą Grand Prix jednej z poprzednich edycji tych teatralnych spotkań, zapoczątkowanych przez wciąż żywego w pamięci nie tylko samych Kłodzczan – Mariana Półtoranosa.  

Dramat Anat Gov, na co dzień grany w bardzo kameralnej przestrzeni w Łodzi, na scenie Kłodzkiego Ośrodka Kultury nabrał nieco innej perspektywy i dobitniej niż zwykle doprowadził do skonfrontowania świętości z ludzkością. Aktorzy siłą rzeczy musieli grać jakby gęściej i szerzej, tak, by oddzieleni rampą widzowie mogli zobaczyć to wszystko, co miedzy głównymi bohaterami dzieje się w najdrobniejszym spojrzeniu, geście czy tonie głosu. Spektakl nic nie stracił ze swojej urody aktorskiej, bo w każdym działaniu i sytuacji widać, że między aktorami jest chemia, a rozłożenie akcentów interpretacyjnych przez Jacka Orłowskiego, jak i przetransponowanie ich na wzajemne relacje postaci jest tak precyzyjne, że nikt nie może sobie pozwolić na wyjście z trajektorii emocjonalnych wyrażających się tutaj w słowie i dialogu. Lisiecka i Wrocławski zagrali koncertowo, byli zabawni, ale i wzruszający jednocześnie w próbach przebaczania, eksponowania złości czy współczucia.

Oparty na dość prostych strukturach werbalnych tekst Anat Gov, w samej lekturze nieszczególnie absorbujący, dzięki kreacjom wybitnych aktorów zyskuje na wartości w dotarciu do pokazania Boga w procesie rozkładu i jakby psychicznego bankructwa. Stąd też łódzki spektakl, zagrany – trudno się temu dziwić – już ponad sto razy, nie zatrzymuje się na poziomie banalnej alegorii, ale sięga głębiej, wychodzi poza mogącą irytować deklaratywność, czy banalność co poniektórych sformułowań. Bronisław Wrocławski i Milena Lisiecka znaleźli sposób na pogłębienie swoich protagonistów, chętnie też nadając im rysy nieco komediowe, co szczególnie widoczne jest w postaci Boga i co skrzętnie w każdym niuansie wychwytywała kłodzka publiczność. Precyzja reżyserskiego konceptu jest tu w pełni sprzężona z ustawieniem relacji między bohaterami, którzy nie boją się niekiedy nawet lekkich przerysowań, inteligentnie artykułowanych w zuchwałości i neurotycznośći Boga (kłania się Woody Allen) – artysty, celebryty, czy nawet w delikatnym, momentami nieco cynicznym i pozbawionym braku skrupułów dydaktyzmie Elli. Milena Lisiecka jako pani psycholog znakomicie, choć dużo bardziej skromnymi środkami od swego partnera, zwyczajnie i po ludzku maluje swoje poirytowanie i rozgoryczenie, w poszukiwaniu argumentów na to, jak wiele w naszym życiu zależy od nas samych, od tego jaką wizję Boga kreuje nasza myśl i jak go postrzegamy w potrzebie wiary. Potrafi zaskoczyć niepowierzchownością badawczego spojrzenia, ale i intelektualnym podejściem do tego, co można przeczytać w Biblii i jak interpretować losy postaci w niej zapisanych. Kiedy pada z jej ust słowo miłość, to choć bez wątpienia okupione cierpieniem, jest ono czymś znacznie więcej niż tylko terminem zaczerpniętym z samej teologii. Doceniła to podczas pospektaklowej dyskusji kłodzka publiczność, dziękująca aktorom za przedstawienie owacją na stojąco.


Fot. Janusz Skrobot

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , ,