Recenzje

Lenuta czy Lentilky? Zbrodnia i kara

O spektaklu Ostatnie dni Eleny i Nicolae Ceaușescu Julii Holewińskiej w reż. Wojciecha Farugi w Teatrze Polskim w Bydgoszczy pisze Aram Stern.

22 grudnia 1989 roku berlińscy abiturienci z młotkami w dłoniach wykuwają ostatnie kawałki Muru Berlińskiego i wreszcie mogą przechodzić swobodnie przez dopiero co otwartą Bramę Brandenburską. W Warszawie maturzyści tłoczą się w kinach na filmie Ryszarda Bugajskiego Przesłuchanie, a w Pradze spotykają się na wiecach z Vàclavem Havlem, który tydzień później zostanie prezydentem Czechosłowacji. Także w Budapeszcie radość – absolwentki i absolwenci szkół średnich swój egzamin dojrzałości będą zdawać jako pierwsi już nie w Ludowej, lecz w Węgierskiej Republice. Jesień ludów (wyjątkowo ciepła tamtej zimy) jeszcze wszystkich rozgrzewa emocjami wolnościowymi i dodaje każdemu wiatru w żagle, tylko w Bukareszcie przyblokowała się mrokiem komunizmu. Po brutalnej pacyfikacji demonstrantów, którzy dzień wcześniej wygwizdali dyktatora Nicolae Ceaușescu w trakcie wygłaszania jego przemówienia z balkonu Komitetu Centralnego, licealiści i studenci zaczynają budować barykady na ulicach rumuńskiej stolicy. Dyktator ucieka, w stolicy rozpoczyna się krwawa rewolucja. Do demonstrujących strzela Securitate, do końca wierna „geniuszowi Karpat”…

Ten rys historyczny we wstępie jest przeznaczony dla pokolenia niepamiętającego tych wydarzeń, dla osób, które w Teatrze Polskim w Bydgoszczy zasiądą na ustawionej z dwóch stron widowni Małej Sceny i najpierw ujrzą postaci leżące w śniegu. Prominentów przeszłości, choć tak niedawnej i przekładającej się na współczesne pragnienie, by takie sceny zobaczyć dziś w transmisji internetowej z Moskwy, Mińska czy Pjongjangu. To nie ofiary pacyfikacji ani bombardowania: w śniegu leżą: rozstrzelany dyktator i jego żona Elena nazywana powszechnie w Rumunii „naukowcem światowej sławy”, a w spektaklu Ostatnie dni Eleny i Nicolae Ceaușescu także „karpacką Nefretete”. W wyśmienitym tekście napisanym przez Julię Holewińską nie tylko tytułowi bohaterowie, ale i wszystkie postaci dramatu od pierwszej sceny wydają się już nie żyć, jakby rozpływały się w sennym niebycie, tak grobowo smutnym (ich los jest przesądzony) i niewspółmiernym egipskim wierzeniom o „śmierci – wiecznej radości”. 

Sednem fabuły bydgoskiego spektaklu wyreżyserowanego spektakularnie przez Wojciecha Farugę nie jest jednak odtwarzanie ostatnich dni życia pary rumuńskich dyktatorów i ich egzekucji retransmitowanej przed Sylwestrem 89/90 przez wszystkie światowe stacje, ale raczej utopijna penetracja najbliższej świty tego despotycznego „stadła”. Reżyser i autor „królewskiej” scenografii osadził ich świat w poetyce sennego koszmaru, nie ma w nim jednak żadnej dowolności czy niedbałej chaotyczności. To cisza przed burzą, niecodzienne napięcie mikroświata pospolitych ludzi, których otaczał dotąd kult jednostki. Jak w ich snach przesuwają się tu obrazy pomieszane w czasie, zbudowane z okruchów tamtej rzeczywistości, partyjnej nowomowy i przekleństw rzucanych w stronę protestujących. Odsuwają się we mgle i znów występują z niesłychaną ostrością. Podczas gdy to Elena (Małgorzata Witkowska) w spektaklu jest wszechpotężną władczynią kraju pomiędzy Karpatami i deltą Dunaju, zimną i prymitywną, choć ubraną niczym egipska nesti (królowa), jej mąż (Mirosław Guzowski) – przecież prezydent Rumunii – w niczym nie przypomina faraona (przedstawianego we wspomnieniach innych przywódców bloku wschodniego jako aroganckiego i butnego starszego pana). Nicolae jakby instynktownie wyczuwał, że nic nie zniszczy jego jedynej racji tkwiącej w sile dyktatury komunistycznej zbudowanej nie tyle na wzór tych stalinowskich, ile wedle schematów dalekowschodnich. Za oknami złotego pałacu ważniejsze są dla niego czeskie Lentilky (choruje na cukrzycę) niż to, co się dzieje nie tylko w zachodniej części kraju, ale i całkiem już blisko, prawie pod nosem, na barykadach pod hotelem Intercontinental. Nicolae Ceausescu stracił kompletnie kontakt z rzeczywistością, ufa tylko rodzinie, a decyzję o pacyfikacji tłumu młodych ludzi pozostawi sumieniu Generała („boleśnie ogołocony”, przedni, a jakże inny niż dotychczas, do tego jąkający się Damian Kwiatkowski) oraz niegodziwości Eleny i… wyleci do Teheranu odwiedzić innych dyktatorów – ajatollahów.

Kreacja Małgorzaty Witkowskiej w roli Eleny (Lenuty) Ceaușescu to przykład znakomitej synergii warsztatu i osobowości scenicznej i jedna z najlepszych ról aktorki w ostatnich sezonach, wiodąca ją do sukcesów na festiwalach wszelkich. Charyzma władania złem, manipulowania mężem, poniżania córki i kompletnym brakiem empatii wchodzą u Eleny w wykonaniu Witkowskiej na najwyższe rejestry, pozostając jednocześnie stale „uśpionymi”, by eksplodować w najmniej spodziewanym momencie. Także wtedy, gdy Małgorzata Witkowska śpiewa, co nie jest zjawiskiem częstym w jej scenicznym dossier.  

W Ostatnich dniach Eleny i Nicolae Ceaușescu śpiewa również Karol Franek Nowiński grający zarazem przejmująco i urzekająco chorego na AIDS Studenta – jedną z ofiar polityki „Matki Narodu”. Jak wiadomo z historii, Elena Ceaușescu kierowała m.in. komisją ds. zdrowia, która zaprzeczała istnieniu w Rumunii zachorowań na AIDS, co doprowadziło do znacznego wzrostu śmiertelnych przypadków. Słowa „(…) Pozwól mi, pozwól mi, pozwól mi, pozwól mi ponownie zamarznąć… Pozwól mi, pozwól mi zamarznąć znowu na śmierć!” z arii What Power Art Thou z opery Król Artur Henrego Purcella (w aranżacji Radosława Dudy, autora muzyki ilustracyjnej) brzmią jak memento ku czci wszystkich ofiar Eleny, zaś wierszem Bóg opuszcza Antoniusza Konstandinosa Kawafisa aktor wróży prezydenckiej parze pożegnanie z krajem, który niebawem utracą. „Wybitna chemiczka” obwiniana jest w spektaklu również o ograniczenie programu kontroli urodzeń, co doprowadziło do pojawienia się w ostatnich dwóch dekadach jej „panowania” znacznej liczby niechcianych dzieci, podrzucanych przez rodziców do potwornie zaniedbanych rumuńskich sierocińców. Ten problem dotyka także córkę dyktatorskiej pary, Zoję (wyśmienita Michalina Rodak), której każdy kolejny ukochany staje się dla jej rodziców potencjalnym wrogiem. Zakładniczce dziejów nie pomoże nawet Opiekunka/Urzędniczka (równie kapitalna Małgorzata Trofimiuk) kontrolowana przez demonicznego Szefa Securitate (stężony do maksimum posłuszeństwem Marcin Zawodziński).

„Granitowy drogowskaz promiennej przyszłości” wśród przywódców państw Układu Warszawskiego wyróżnił się wśród nich rzeczą niezwykłą – był bodajże jedynym, który spłacił całość długów swojego kraju, wpędzając przy tym w skrajną nędzę większość obywateli i na koniec samemu płacąc za to głową… Oprócz katastrofalnej sytuacji gospodarczej pozostawił do tego swój kraj we wszechobecnym strachu, konformizmie i zupełnym zaniku elementarnej empatii. A przecież rumuński „conducător” był, podobnie jak kilka dekad później Putin, przyjmowany wszędzie na równi nie tylko przez przywódców bloku wschodniego, ale i całego świata demokratycznego. Cóż, historia się powtarza: próby przejmowania kontroli nad życiem prywatnym obywateli i tępieniem nawet najmniejszych przejawów nieprawomyślności stały się ostatnio także zagrożeniem i w naszym kraju, dobrze, że w porę zablokowanym przez demokratyczne wybory. Rumuńscy obywatele za rządów Ceaușescu nie mieli takiej szansy, mogli tylko zamknąć jesień ludów 1989 roku krwawą rozprawą z dyktatorem w jego ulubionym kolorze. 

„Jos Ceaușescu, moarte dictatorului, jos comunismul!”

(„Precz z Ceaușescu, śmierć dyktatorowi, precz z komunizmem!”)

fot. Natalia Kabanow

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , , ,