Recenzje

Lepiej nie wiedzieć, czyli Życie Pani Pomsel

O spektaklu „Życie pani Pomsel” Christophera Hamptona w reż. Grzegorza Małeckiego w Teatrze Polonia w Warszawie pisze Iwa Poznerowicz.

„Życie Pani Pomsel”, spektakl na podstawie sztuki „German Life” autorstwa Christophera Hamptona, z doskonałym udziałem Anny Seniuk, to historia niemieckiej stenotypistki, która od 1942 roku pracowała w sekretariacie Josepha Goebbelsa – ministra propagandy i oświecenia publicznego w rządzie Adolfa Hitlera. Przedstawienie wyreżyserowane przez Grzegorza Małeckiego to kolejny, po „Zapiskach z wygnania”, monodram wystawiony na deskach Teatru Polonia, który zachwyca i pozostaje na długo w pamięci widzów.

Na prawie pustej scenie stoi wygodny fotel i stolik z filiżanką, z boku komoda, na której ustawiono maszynę do pisania. W delikatnym świetle pojawia się bohaterka spektaklu – Brunhilde Pomsel, drobna, siwa, bardzo stara kobieta w za dużym wełnianym swetrze, siedząca wygodnie na fotelu. Po chwili zaczyna opowiadać historię swojego życia, zaczynając od dzieciństwa, wychowania w starej, porządnej niemieckiej rodzinie i nauki w szkole, bez uzyskania matury. Swoich umiejętności zawodowych w dziedzinie stenotypii uczyła się u kolejnych pracodawców. Jednak to, co najważniejsze dla przyzwoitej, niemieckiej dziewczyny, czyli posłuszeństwo, pracowitość i sumienność młoda Brunhilde wyniosła z rodzinnego domu.

Pomselcia (niem. Pomselchen – tak nazywali ją bliscy) podejmuje pracę sekretarki, stara się pracować jak najlepiej i jest dumna, że z każdym kolejnym zawodowym kontraktem zarabia coraz więcej. Wokół niej rośnie w siłę faszyzm, Hitler dochodzi do władzy, kolejni żydowscy znajomi, żydowscy klienci jej ojca w tajemniczy sposób znikają. Brunhilde jest przekonana, że zostali przesiedleni na wschód, więc pewnie żyje im się tam całkiem znośnie. Jak przystało na uczciwą, niemiecką pracownicę wykonuje polecenia swoich przełożonych bez jakichkolwiek pytań i wątpliwości. Zapisuje się do partii nazistowskiej, bo ktoś powiedział, że to może przydać się w znalezieniu lepszej pracy, jednak nie zastanawia się, co to za organizacja, ani jaki ma program. Bardziej martwi ją to, że wpisowe do partii nadszarpnie jej finanse. Jej decyzja jest tak bezrefleksyjna, że do partyjnego biura przychodzi z Żydówką, swoją najlepszą przyjaciółką.

W 1942 roku praca  Pomsel w rozgłośni radiowej zostaje doceniona i jako doskonała stenotypistka zostaje ona zatrudniona w sekretariacie Josepha Goebbelsa. Ma przepisywać dokumenty i fabrykować codzienne wiadomości z frontu, jako  jedynie prawdziwe informacje dla społeczeństwa. Dziewczyna wykonuje swoje obowiązki bez zarzutu, traktuje je jak niepodważalne rozkazy. W imię obowiązkowości i posłuszeństwa potrafi nawet powściągnąć swoją ciekawość i nie zajrzeć do tajnych akt, które jej powierzono. Wie, że mogłoby to narazić ją na kłopoty i nie chce, jak wielu znajomych z pracy czy sąsiadów trafić na „reedukację” w obozie koncentracyjnym. Cały czas powtarza swoje credo, a może usprawiedliwienie: „…no cóż, mój problem zawsze polegał na tym, że byłam zbyt gorliwa i obowiązkowa”… Po latach nie czuje się winna, przecież ona nic nie wiedziała, nikt z jej szefów nie wtajemniczał stenotypistki w politykę czy zasady przebiegu wojny. A znikający przyjaciele i znajomi? Przecież tak naprawdę nie mogła im pomóc. Nikt nie mógł. Nawet gdy losy wojny są już przesądzone, fala samobójstw wysokich urzędników państwowych wzbudza jej zaskoczenie; do ostatniej chwili nie zdaje sobie sprawy z tego, że Niemcy przegrają wojnę. Później, podobnym zaskoczeniem jest też dla niej pięcioletni pobyt w sowieckim więzieniu.

W rolę Pani Pomsel wcieliła się Anna Seniuk, która  od pierwszego kroku na scenie, od pierwszego słowa pozwala nam zapomnieć o tym, że stoi przed nami aktorka. Widzimy tylko staruszkę, która żyła w nazistowskich Niemczech. I od tej chwili nie można już oderwać od niej wzroku. Anna Seniuk hipnotyzuje widzów. Grana przez nią postać ma ponad sto lat i od dłuższego czasu mieszka w domu opieki, ale ma wciąż bystry umysł i świetnie pamięta lata swojego dzieciństwa i młodości. Aktorka prawie cały czas siedzi w fotelu, popija wodę i niskim, zachrypłym głosem opowiada swoje życie. Wsłuchujemy się w ten głos, bo to on wydobywa chwile radości, nostalgii, zastanowienia, smutku i wzruszenia. O tym, co się działo wokół niej, dowiedziała się, a raczej uświadomiła to sobie dopiero po wojnie. Nawet pobyt w obozach Sachsenhausen i w Buchenwaldzie, które zostały zamienione na sowieckie więzienia, nie otworzył jej oczu na prawdę o dokonanych zbrodniach. Dopiero teraz, jako staruszka, wie i rozumie, co się wtedy działo. Pamięta różne sprawy i wydarzenia, o które wówczas nie pytała, których nie zauważała, a może bała się je zauważyć, bo nie chciała podzielić losu rodzeństwa Schollów – członków antynazistowskiej organizacji Biała Róża. Te fale emocji bohaterki wypływają sugestywnie z Anny Seniuk i wręcz uderzają w oglądających spektakl widzów.

Dodatkowym elementem przedstawienia są projekcje filmowe, pokazujące rozbawiony przedwojenny Berlin, dojście nazistów do władzy, przemówienia Goebbelsa czy wspomnienie żydowskiej przyjaciółki. Z jednej strony są momentami wytchnienia dla artystki, ale też doskonale podtrzymują atmosferę i emocje tego bardzo trudnego spektaklu. Gdy rozbrzmiewa muzyka starego Berlina, kilka drobnych ruchów aktorki sprawa, że czujemy, iż ta stojąca przed nami kobieta nie jest staruszką, nie siedzi w fotelu w domu opieki, ale ma dwadzieścia lat i bawi się wraz ze znajomymi na ulicach swojego miasta.

Nie jestem zwolenniczką tego, żeby każdy spektakl nagradzać owacją na stojąco, co stało się już niemal normą – takie wyrażenie aplauzu powinno być – moim zdaniem – przeznaczone tylko dla wybitnych aktorów i takowych przedstawień. Ale w przypadku Anny Seniuk i wydarzenia, jakim jest spektakl „Życie Pani Pomsel”, ta forma podziękowania aktorce za jej mistrzowską kreację powinna być zawsze długa i burzliwa, bo jest w pełni uzasadniona.

fot. Mat. teatru

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , ,