Recenzje

Mechanizmy władzy

O spektaklu „Miasto we krwi” Teatru Miejskiego w Gliwicach w reż. Jacka Głomba pisze Kamil Bujny

Ostatnie trzy premiery Teatru Miejskiego w Gliwicach dobrze oddają różnorodność sceny zarządzanej przez Grzegorza Krawczyka: śląska publiczność tylko od marca mogła bowiem uczestniczyć w przedstawieniu poruszającym kwestie ekologiczne („Tchnienie” w reżyserii Rafała Szumskiego), w przewrotnej komedii („Wieczór kawalerski” w reżyserii Giovanny’ego Castellanosa), a teraz – na koniec sezonu – w „Mieście we krwi”, widowisku zrealizowanym na podstawie kronik Szekspira, wyreżyserowanym przez Jacka Głomba, dyrektora Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy.

To, od czego należy zacząć, pisząc o „Mieście we krwi”, to podkreślenie znaczenia przestrzeni, w której przedstawienie zostało wystawione. Na miejsce inscenizacji wybrano bowiem ruiny dawnego Teatru Victoria, spalonego przez żołnierzy Armii Czerwonej (niebędących być może, jak wynika z opisu zamieszczonego w programie, nigdy wcześniej w teatrze) w 1945 roku. Już pierwsze wrażenia z pobytu w tym miejscu okazują się istotne w kontekście recepcji pokazu – duży, raczej mroczny, spektakularny budynek, umieszczony przy głównej ulicy Gliwic, napawa silnym poczuciem niepokoju (wszak wnętrze jest bardzo surowe i zaciemnione) i żalu (z powodu brutalnego i troglodyckiego potraktowania tak ważnej dla kultury instytucji). Nie mniej jednak Ruiny Teatru Victoria intrygują. Nie tylko – co należy podkreślić – aspektami historycznymi, ale również wymową społeczną: oglądanie spektaklu traktującego o mechanizmach bezwzględnej walki o władzę, prowadzącej do rozlewu krwi w miejscu, które ucierpiało w trakcie wojny, nie pozostawia widza obojętnym. Na myśl przychodzą przy tym inne przedstawienia, których miejsca wystawień ukierunkowywały znaczenia lub poszerzały pola interpretacyjne – między innymi „Hamlet” Jana Klaty w Stoczni Gdańskiej oraz „Państwo” Teatru Polskiego w Podziemiu zrealizowane w chłodnych przestrzeniach wrocławskiej zajezdni tramwajowej (po pozbawieniu dawnego zespołu Teatru Polskiego możliwości pracy w komfortowych warunkach). W każdym z tych wystawień kontekstualizacja za sprawą miejsca odgrywa niemałą rolę, a w wypadku gliwickiej inscenizacji okazuje się ona o tyle istotna, o ile nadaje „Miastu we krwi” lokalnego znaczenia – związanego z zabieraniem głosu w sprawach „małej ojczyzny”, wchodzenia w dialog nie tylko z uniwersalnymi problemami, ale również z tymi o proweniencji regionalnej.

O nadawaniu przedstawieniu lokalnej wartości świadczy jednak nie tylko miejsce, w którym spektakl został wystawiony, ale również relacja, jaka zachodzi zarówno między postaciami scenicznymi, jak i publicznością a aktorami. Po pierwsze, co też uruchomiło we mnie skojarzenia z przywołanym „Państwem” Teatru Polskiego w Podziemiu, już na początku zostaje skutecznie zniszczona czwarta ściana – aktorzy podchodzą do widowni, witają się, zauważając, że w budynku jest zimno. Chwilę później – podczas sceny „politycznej”, w której ścierają się ze sobą kandydaci do objęcia władzy – wychodzi na jaw, że kilku aktorów (praktyka znana choćby z gliwickiego „Tchnienia”) znajduje się na widowni. Okazują się oni „głosem ludu”: mówią kogo i dlaczego mogą poprzeć – jak na prawdziwy wiec przystało. W ten sposób publiczność, chcąc czy nie, staje się nie tyle obserwatorem tytułowego miasta, pozostając na bezpiecznej i zdystansowanej pozycji, ile uczestnikiem wydarzeń – co też nie pozostaje bez znaczenia dla emocjonalnego odbioru. Po drugie, w trakcie pokazu dochodzi do wielu bezpośrednich nawiązań do rzeczywistości – przedstawienie rozpoczyna się wyświetleniem filmu, w którym wojsko dokonuje przemarszu przez miasto (Gliwice?), a w dialogach daje się usłyszeć wątki pochodzące z aktualnej debaty społeczno-politycznej (m.in. niedawne słowa Jarosława Kaczyńskiego skierowane do środowisk LGBT). Twórcy jednak – co istotne – nie zdecydowali się na uprawianie doraźnej publicystyki czy politycznego moralizatorstwa. Jeżeli „Miasto we krwi” jawi się jako aktualne i „na czasie”, to tylko dlatego, że przedstawione problemy (brutalna walka o wpływy i władzę, bunt przeciwko rządzącym, dochodzenie do głosu radykalnych i fanatycznych ugrupowań, pogwałcanie praworządności, nieszanowanie inności, triumf – jak w „Tangu” Sławomira Mrożka – prymitywnej siły) okazują się boleśnie współczesne i wpisane w naszą polityczną codzienność.

Jacek Głomb, wykorzystując potencjał Ruin Teatru Victoria, postawił na spektakularność i widowiskowość. Obie te cechy okazują się znamienne dla „Miasta we krwi” – to one stanowią o charakterze pokazu. Ciekawa wydaje się w związku z tym „zamiana” układu przestrzennego sali teatralnej – tam, gdzie normalnie znajduje się widownia, umiejscowiona została scena; z kolei tam, gdzie została wydzielona przez architektów scena, posadzeni zostali widzowie. Oczywiście zrozumiałe wydają się powody takiej decyzji (potrzeba większej ilości miejsca i wykorzystania widowiskowego potencjału balkonu), jednak nie sposób nie odnieść wrażenia, że zamiana porządku również wpisuje się w proces przełamywania czwartej ściany i zacierania różnic między rzeczywistością sceniczną, a prawdziwym światem. Poszerzona przestrzeń – za sprawą opisanej zamiany właściwie wertykalnie nieograniczona – została przez twórców całkowicie zagospodarowana i wykorzystana: aktorzy pojawiają się zarówno na parterze, jak i na balkonie (wygląda to bardzo widowiskowo, zwłaszcza, że umiejętnie oraz klimatycznie zostało dopasowane i zrealizowane oświetlenie!), a także wykorzystują technikę (na przykład za sprawą podciągania jednej z postaci na lince). Poza tym klimat szekspirowskich dramatów oddano pochodniami, ogniem i ukazaniem głośnego, zbuntowanego tłumu.

Choć na wielu polach gliwicka inscenizacja uwspółcześnia Szekspira, to „Miasto we krwi” pozostaje mimo wszystko w uniwersalnej przestrzeni, traktuje o stałych problemach ludzkości i o niezmiennych przez wieki mechanizmach. Mam na myśli oczywiście żądzę władzy i walkę o wpływy. Jackowi Głombowi udaje się w związku z tym poprowadzić portret socjologiczno-psychologiczny zbiorowości w taki sposób, by widzowi umykały pojedyncze postaci i sylwetki – reżyser bowiem skupia uwagę na krwawym procesie zmagań o przywództwo. Na tym poziomie – co też, niestety, okazuje się boleśnie aktualnie – ciekawie zostaje przedstawiona kategoria „innego” i polityczny potencjał szczucia na obce, nieznane – w tym wypadku na sprowadzoną dla króla zza oceanu żonę. To ona – a za nią cały szereg wartości i pluralizm – staje się obiektem nienawiści i agresji, perfidnie wykorzystywanym w walce o wpływy.

Czy reżyserowi udało się znaleźć metodę na opowiedzenie o kulisach walki o władzę w sposób odkrywczy lub zaskakujący dla widza? „Miasto we krwi” przypomina raczej (czy też utwierdza w przekonaniu), że tam, gdzie w grę wchodzi możliwość rządzenia, budzą się najgorsze demony. Przedstawienie zatem – jakkolwiek widowiskowe i celne – okazuje się ostatecznie dość oczywiste, jeśli chodzi o portretowanie ludzkiej natury. Nie udało się także zespołowi utrzymać stałego napięcia – trzeba przyznać, że niektóre sceny wydają się przegadane, zdecydowanie za długie (zwłaszcza w pierwszej godzinie przedstawienia). Należałoby również zastanowić się nad tym, czy odpowiednio wybrano sposób domykania wielu z nich – głównie pod koniec widowiska, kiedy kilka razy widz obserwuje taką samą strategię inscenizacyjną –  stopniowe zgaszanie świateł i rozchodzenie się aktorów na wszystkie strony sceny.

Nie można jednak powiedzieć, że uczestnictwo w „Mieście we krwi” nuży czy pozostawia widza obojętnym. Wręcz przeciwnie. Na uwagę zasługują przede wszystkim sceny z Łukaszem Kucharzewskim, grającym Ludwika – to postać, która wydaje się mieć najwięcej energii i kreatywności. Jego rola okazuje się nie tylko najbardziej intrygująca, ale również znacząco wiążąca uniwersalny przekaz kronik Szekspira ze współczesnym dyskursem politycznym, życiem społecznym oraz panującymi w Polsce lękami. Podczas obserwowania jego postaci przychodzi na myśl Edek – bohater przywołanego już wcześniej „Tanga” Sławomira Mrożka. W obu przypadkach prymitywna siła i brutalność pozwalają przezwyciężyć to, co kulturowo uznajemy (a może chcielibyśmy uznać?) za słuszne. Choć ostatecznie Ludwik przegrywa, „Miasto we krwi” nie stawia optymistycznych diagnoz.


Fot. Jeremi Astaszow

Komentarze
Udostepnij