Recenzje

Money, money, money

“Dług” wg Davida Graebera w reż. Jana Klaty z Teatru Nowego Proxima w Krakowie na XI Festiwalu Wybrzeże Sztuki w Gdańsku – pisze Magda Mielke.

Zamordowanie lichwiarki przez Raskolnikowa, umowa pomiędzy Mefistofelesem i Faustem, oddanie w zastaw funta swojego ciała, modlitwa Ojcze Nasz w oryginalnym tłumaczeniu, talk show z udziałem muzyków, którzy spalili swoje pieniądze – nowy krakowski spektakl Jana Klaty to teatralny kolaż poświęcony motywowi długu. Podany w wyśmienitej aktorskiej oprawie.

Reżyser planował wystawić sztukę w 2017 roku w Narodowym Starym Teatrze w nawiązaniu do „Głodu” Anety Groszyńskiej według Martína Caparrósa. Dwa projekty miały ze sobą korespondować, tworząc swoisty dyptyk. Wówczas, ze względu na nieprzedłużenie reżyserowi kadencji dyrektorskiej i odejście ze Starego Teatru aktorów zaangażowanych do projektu, spektakl nie powstał. Po dwóch latach udało się wrócić do tego pomysłu i zrealizować „Dług” w Teatrze Nowym Proxima, co odczytywano jako swoiste spłacenie długu wobec krakowskiej publiczności.

Jan Klata – na motywach eseju socjologiczno-ekonomicznego antropologa Davida Graebera – stworzył spektakl błyskotliwy i intrygujący, poruszający odwieczny motyw pieniądza. W swoim eseju „Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat” Graeberg podejmuje się radykalnej rewizji powszechnych poglądów dotyczących mechanizmów rządzących światem. Zauważa, że tytułowy dług towarzyszy człowiekowi od momentu przyjścia na świat, w ciągu życia stale się powiększa, aby na koniec stać się niemożliwym do spłaty.

Dług zostaje na scenie przedstawiony wielorako – poczynając od jego historii, wpływu na losy świata, kończąc na współczesnych polityczno-ekonomicznych realiach. Narracja ta pozwala zauważyć, że historyczny podział na niewolników i panów jest wciąż bardzo aktualny, zmieniło się tylko nazewnictwo – dziś podmioty tego podziału nazywamy dłużnikami i wierzycielami. Niezmienna pozostaje też żądza posiadania pieniądza, która nakręca mechanizm zniewolenia – czy tego chcemy, czy nie, nie jesteśmy w stanie uciec od transakcji, umów, pożyczek, kredytów i innych instrumentów systemu ekonomicznego.

Z eseju Graeberga do spektaklu przedziera się zaledwie garstka cytatów i kilka danych. Klata swoją opowieść opiera na innych tekstach kultury, poświęconych motywowi długu, takich jak „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego, „Faust” Goethego, „Kupiec wenecki” Szekspira, biblijna przypowieść i dialogi sokratejskie. Łączy formułę talk-show i historię zespołu KLF, który w 1995 roku spalił milion funtów czy kredyty frankowe z osobistą opowieścią zadłużonego aktora Marcina Czarnika. Wybiórcze nawiązanie do tak wielu utworów nie pozwala jednak na ukazanie ich złożoności. Potencjał literackich motywów zostaje zdegradowany do wręcz szkolnego przytoczenia przykładów długu, co trywializuje problem. I choć forma spektaklu dramaturgicznie odzwierciedla zasady rządzące wypowiedzią eseistyczną, to nie jest to wybitny przykład takiej stylistyki. Propozycja o tyle oryginalna dla teatralnego języka, co wpisująca się w autorski, wyrazisty styl Klaty – choć znacznie bardziej kameralna niż wcześniejsze realizacje reżysera.

Wybitny jest w „Długu” za to poziom wykonania. Czworo aktorów obecnych na scenie: Bartosza Bielenię, Marcina Czarnika, Monikę Frajczyk i Małgorzatę Gorol można nazwać dłużnikami Jana Klaty. Przed laty dostali oni od reżysera (pełniącego wówczas funkcję dyrektora) angaż w krakowskim Teatrze Starym, dzięki któremu mieli możliwość pracowania z wybitnymi aktorami i rozwijania skrzydeł pod okiem najlepszych reżyserów. Teraz dług ten spłacają z nawiązką. Minimalistyczna scenografia spektaklu pozostawia im wielkie pole do popisu, które w pełni wykorzystują. Wypełniają przestrzeń efektownym dymkiem wydmuchiwanym z elektronicznych papierosów, ale przede wszystkim swoją nieposkromioną energią. Śpiewają kiczowate piosenki, tańczą do nich komiczne układy i wyśmienicie nawiązują kontakt z publicznością. To na ich barkach spoczywa powodzenie całego przedsięwzięcia. Wywiązują się z tego zadania znakomicie – sprawiają, że poszatkowana dramaturgicznie forma spektaklu staje się dla widza atrakcyjna.

Jak zaznaczają na samym początku spektaklu aktorzy – nie chodzi o to, żeby rozumieć, ale żeby było efektownie. I to wychodzi twórcom wspaniale. Począwszy od kostiumów – jeansowych kombinezonów, identycznych z tyłu i przodu, oraz u góry i na dole, podobnie symetrycznych kowbojskich butów, poprzez elektryzującą atmosferę uzyskiwaną dzięki grze świateł i e-papierosowemu dymowi, kończąc na eklektycznym doborze muzyki i wytwarzanej przez aktorów intrygującej sferze dźwiękowej, złożonej z uderzeń, szeptów i szelestów. Mimo, a właściwie dzięki, niespójnej narracji otrzymujemy kilka fantastycznych etiud aktorskich, a wysuwająca się na pierwszy plan zespołowość wykonania, przypomina o najlepszych czasach krakowskiego Teatru Starego.


Fot. Marcin Oliva Soto


Magda Mielke – absolwentka Dziennikarstwa i studentka Filmoznawstwa na Uniwersytecie Gdańskim. Recenzentka filmowa i teatralna, miłośniczka współczesnej literatury.

Komentarze
Udostepnij