Recenzje

Nadchodzi strata

Nadchodzi chłopiec” wg powieści Han Kang w reż. Marcina Wierzchowskiego w Narodowym Starym Teatrze – pisze Agata Łukaszuk.

Po świetnym i wielokrotnie nagradzanym „Sekretnym życiu Friedmanów”, którego poszczególne sceny rozgrywały się w przestrzeniach sceny Stolarnia nowohuckiego Teatru Ludowego, Marcin Wierzchowski zaprasza widzów w podróż przez główny gmach Starego Teatru. By wziąć udział w tej niezwykłej teatralnej przygodnie, trzeba zarezerwować sobie sporo czasu — spektakl trwa pięć godzin. Warto też wyposażyć się w ciepłe ubrania, by z teatru nie wyjść z przeziębieniem.

Pierwsza, „chodzona” część spektaklu zrealizowana została na podstawie niepublikowanej dotychczas w Polsce powieści koreańskiej pisarki Han Kang (przekład: Justyna Najbar-Miller, polskie wydanie książki ma ukazać się w przyszłym roku). Wędrówka przez kolejne przestrzenie budynku przy Jagiellońskiej, również te niedostępne na co dzień i nieznane widzom, to podróż w czasie do odległej Korei lat osiemdziesiątych, okresu dyktatury Chun Doo-hwana i związanych z nią licznych demonstracji. Podczas jednej z nich ginie Tong-Ho (Maciej Sajur) — młody chłopak, w tłumie poszukujący swojego przyjaciela (Szymon Czacki). Poznajemy okoliczności jego śmierci, uczestniczymy w identyfikacji ciał ofiar manifestacji, przygotowaniach do pogrzebu, poznajemy rodzinę i przyjaciół zmarłego. Oglądamy też archiwalne zdjęcia masakry w południowokoreańskim mieście Gwangju.

Kameralny, pięciogodzinny spektakl to właściwie teatralne doświadczenie, w którym uczestniczyć może zaledwie kilkadziesiąt osób. Ta niewielka grupa widzów gromadzi się przed dużym ekranem w górnym foyer. Przez kolejne przestrzenie teatru poprowadzi nas przewodniczka (Beata Paluch). Poznajemy ją, gdy komentuje zdjęcie przedstawiające kolegów i koleżanki uczące się z nią w podstawówce. Opowiada o swoich szkolnych przyjaciołach, o przedłużających się wspólnych powrotach do domu po lekcjach, gdy trudno było się rozstać, a spędzanie czasu razem było najlepszą rozrywką.

Podążając jej śladem, trafiamy na salę gimnastyczną, ciekawie zainscenizowaną w Sali Modrzejewskiej (bardzo dobra scenografia Anny Marii Karczmarskiej). To tutaj zwożone są ciała kolejnych ofiar. Nie widzimy jednak samych ciał, a porozrzucane ubrania, które pracujące tutaj dziewczyny starają się uporządkować i przypisać do poszczególnych ofiar. Głównodowodzącą tej tragicznej operacji jest Sôn-Ju (Urszula Chrzanowska), która zdaje się nie ulegać emocjom, jako jedyna potrafi trzeźwo ocenić sytuację i pokierować pomagającymi jej koleżankami. W głębi sali ustawiono trumny okryte flagą i choć widoczne są tu koreańskie barwy narodowe, a postaci zwracają się do siebie koreańskimi imionami — z przedstawienia nie dowiemy się za dużo o koreańskiej historii. Wydarzenia lat osiemdziesiątych, w tym masakra w Gwangju, są dla twórców spektaklu pretekstem, by zająć się uniwersalnymi tematami i snuć rozważania o niesprawiedliwym losie, niekończącej się żałobie, nieprzepracowanej traumie i poczuciu winy. Ta posępna i poważna opowieść o trudnych doświadczeniach życiowych i próbach poradzenia sobie z nimi może przytłaczać nadmiarem smutku, bólu i cierpienia.

Przejmująca jest scena rozmowy matki (świetna Dorota Pomykała) i braci zmarłego Tong-Ho w kuchni zorganizowanej na zapleczu Sceny Modrzejewskiej. Kobieta nie może pogodzić się ze stratą ukochanego syna i każdą kolejną rocznicę jego śmierci traktuje tak, jakby była pierwszą. Sama utraciła chęć życia i pogrąża się w apatii. Każdy z dwóch braci z żałobą radzi sobie na swój sposób. Ka (Zbigniew W. Kaleta) sięga po alkohol i rzadko trzeźwieje. Yu (Juliusz Chrząstowski) na co dzień mieszka z żoną w odległym Seulu i etap żałoby zdaje się mieć już za sobą — ciągle jednak ma pretensje do Ka, że nie uchronił Tong-Ho przed śmiercią. Poruszająca jest także scena rozgrywająca się w przestrzeniach MICETU — wchodzimy do szarej i ponurej sali komputerowej, w której pracuje Sôn-Ju — niegdyś odważna aktywistka organizująca pomoc podczas demonstracji. Teraz – wskutek traumatycznych doświadczeń — jest kobietą, w której nie ma już chęci życia, a jedynym sposobem na przetrwanie staje się nudna, ale bezpieczna praca w biurze. Bez życia w sobie jest niczym lalka (projekt i wykonanie Olga Ryl-Krystianowska), którą ktoś musi wprawiać w ruch — warto docenić pracę Urszuli Chrzanowskej, która tak animuje lalkę, że trudno oderwać od niej wzrok.

Druga, „siedząca” i dopisana część przedstawienia (scenariusz: Marcin Wierzchowski i Daniel Sołtysiński) rozgrywa się natomiast na Dużej Scenie. Widzowie zajmują miejsca na widowni, by na kolejne dwie godziny znów przenieść się w czasie — tym razem w nieodległą przyszłość. Oto Polska w roku 2028, siedem lat po tragicznej śmierci młodego mężczyzny, który zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Jego matka (Lidia Duda) nie może poradzić sobie z bólem i pustką po śmierci syna. Tajemnicza tragedia nie daje też spokoju jego siostrze (Paulina Puślednik), która przyjeżdża zza granicy na ekshumację, identyfikuje ciało brata i postanawia ustalić, co naprawdę wydarzyło się przed laty. Ta część spektaklu jest nieco mniej posępna, bardziej zniuansowana i podszyta odrobiną czarnego humoru, co daje trochę wytchnienia.

Pozornie niezwiązane ze sobą historie: jedna – o minionych wydarzeniach z odległego zakątka świata, druga — wymyślona opowieść z niedalekiej przyszłości w Polsce, łączy temat traumatycznych doświadczeń, które mogą stać się udziałem każdego, przyjść nagle, wyrwać ze strefy komfortu i pozbawić poczucia bezpieczeństwa, by bezpowrotnie odmienić życie. Gdy nadchodzi strata, trudno o instrukcję postępowania. W spektaklu również próżno szukać odpowiedzi. W obliczu sytuacji beznadziejnej każdy ma własną drogę do przejścia.

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , , , , ,