Recenzje

Nie ludzie nami rządzą, lecz własne słabości

„Mąż i żona” Aleksandra Fredry w reżyserii Krzysztofa Kopki w Teatrze Ad Spectatores we Wrocławiu – pisze Jarosław Klebaniuk.

Ad Spectatores nareszcie sięgnęli po klasykę, a więc wypadałoby zaprosić pobożne rodziny z dziatwą, aby zobaczyły, jak ongiś wyglądały stosunki w wyższych sferach, jak realizowane były szlacheckie wartości przez jaśnie państwo. Warto tylko przestrzec, że Bóg i ojczyzna, jeśli w ogóle były, to mocno w tle, zaś na pierwszy plan bynajmniej nie wysunęły się ani honor, ani lojalność, ani nawet wstrzemięźliwość. Owszem, dużo było specyficznie rozumianej miłości, może i piękna. Mądrość i dobroć czekały zaś na inną okazję. Nade wszystko zaś nad tymi abstrakcjami górował konkret.

Aktorki występujące w przedstawieniu były atrakcyjne, aktorzy chyba też. Ela w rzędzie, w którym siedzieliśmy dostrzegła nawet kobietę namiętnie spijającą z ust słowa jednego z nich (tego nieżonatego z aktorką Ad Spectatores). A było co spijać, bo tekst Fredry, choć dzisiaj wydaje się dosyć archaiczny, jest rytmiczny, rymowany, pełen uroczych stylizacji, a nawet trafnych sentencji takich jak perełka, którą pozwoliłem sobie zacytować w tytule. Czworo komediantów podało go w sposób sprawny, energiczny i – według naszej oceny – bezbłędny. A było gdzie popełniać błędy, zwłaszcza przy takim szalonym tempie. Niektóre linijki dramatu dzielone były między trzy postaci, co wymagało nie lada synchronizacji. W dodatku, choć mowa toczyła się nieustannie, towarzyszyło jej intensywne sceniczne dzianie się. Nie tylko wchodzenie i wychodzenie – przez dwa otwory drzwiowe i jeden okienny – zresztą mam na myśli, lecz i sceny obłapiania, gniewu z użyciem rzucanych przedmiotów, kuszenia z wykorzystaniem wstępnych elementów striptizu, małżeńskiej przemocy czy histerycznych wyrzutów.

Nie zabrakło w inscenizacji wyreżyserowanej przez Krzysztofa Kopkę pomysłów, które mogły spodobać się. Elę zachwycił moment, gdy Elwira (Aleksandra Dytko) podniosła za szyję Wacława (Marcin Chabowski), co było możliwe bez pozbawienia go życia dzięki temu, że w porę wskoczył na odpowiedni mebel. Mnie z kolei ujęło wszechstronne wykorzystanie jednego z rekwizytów. Skóra pluszowego białego niedźwiedzia służyła jako podkładka pod miłosne akty i tarcza przed pociskami miotanymi przez zeźloną żonę. Najbardziej jednak uroczym jej zastosowaniem było, jak mniemam, całowanie nim, niedźwiedziem, Justysi (Anita Balcerzak) przez hrabiego (znów ten Chabowski). Zabawne też było, jak urażona Elwira (znów Dytko) zwracała się z pretensjami do mężczyzn na widowni, widząc w nich potencjalnych niewiernych mężów i kochanków. Jednym z nich był Maciej Masztalski, tutaj bardziej jako widz, a więc i mąż, bo tym razem przecież nie on reżyserował.

Jeśli doszukiwać się w „Mężu i żonie”, także tym wystawionym na scenie przy Hubskiej, poważniejszych treści, to warto wskazać jego swoisty emancypacyjny potencjał. Służąca okazała się najsprytniejsza, podobnie jak – na co zwróciła uwagę Ela, która w odróżnieniu ode mnie ceni też śpiewane wersje sztuki scenicznej – w „Weselu Figara” czy „Cyruliku sewilskim”. Od szlachetnie urodzonych nie dostaliśmy szlachetnych przykładów, za to od urodzonej pospolicie – niezłą lekcję adaptacji do warunków pełnych ucisku. Ale to wydawać się musiało zupełnie marginalnym aspektem spektaklu aż do finałowej sceny, do której taka interpretacja może przystawać.

Frywolna komedia Fredry wymagała komediowej konwencji i takąż dostaliśmy. Eli ta zabawność wydała się jednak zbyt przerysowana, nadmierna. Pewnie mogło być nawet więcej opuszczonych spodni, klapsów w gołą pupę czy rozkładania kolan, jednak sam fakt, że miały miejsce określił graniczne punkty konwencji. Nie wiem, jak to można było inaczej rozegrać, więc powstrzymam się od krytyki. Zapewne, jak sugerowała Ela na fotelu pasażera po mojej prawej, nie zaszkodziłoby puścić oko do widza czy zabawić się konwencją, jak to nieraz bywało w Ad Spectatores, zamiast grać tak grubo. Zresztą, jak sobie teraz myślę, nie jest wykluczone, że znów czegoś nie zauważyliśmy z naszego kąta.

Widownia nagrodziła twórców brawami na stojąco. Gdy show trwał, nie wszyscy jednak, jak zauważyła Ela, dobrze się bawili. Być może, jak się domyślała, gdy w drodze powrotnej mijaliśmy Dworzec Główny, odnaleźli w nim własne zdrady lub padanie ich ofiarą, a może, jak zauważyła słusznie przy Pasażu Zielińskiego, dostrzegli, że „Mąż i żona”, jak choćby i „Zemsta”, pomimo bycia komedią nie jest wcale wesołą sztuką. Nie zabrakło w niej gorzkiej refleksji nad ludzkimi wadami i wyeksponowania ich smutnych konsekwencji. W oryginale Fredry na zakończenie byli już przyjaciele po prostu się rozchodzą. Na scenie w Browarze Mieszczańskim finał okazał się znacznie bardziej dramatyczny. Co się wydarzyło, gdy prawda wyszła na jaw? Sami zobaczycie.

Dla tych z Was, którym napięcie związane z czekaniem na spektakl wydaje się nieznośne mam kilka cytatów z dramatu wielkiego Aleksandra:

“Hola! stój pan, nie przysięgaj, proszę! // Gdzie przysiąg trzeba, tam nikną rozkosze” – mówi jedna z kochanek do Alfreda (Jakub Giel).

“To rzecz nieznośna, a nawet i zdrożna, // Że w swoim domu nic robić nie można” – narzeka gospodarz, któremu druga połowa przedwcześnie wróciwszy z kościoła przerwała miłosne igraszki z pokojówką.

“Na co jej walczyć z naturą? (…) Była niegdyś jaszczurką, teraz jest jaszczurą” – komentują dżentelmeni zabiegi upiększające przedsiębrane przez jedną ze znajomych pań z society.

A gdy już nadejdzie to długo oczekiwany czas, będziecie mogli powiedzieć sobie, niesłusznie zresztą oczekując aż tylu części od jednoaktówki:

“Trzeba więc jechać, bo moda minęła, // Z piątego aktu sądzić o dobroci dzieła”.


foto: Księżar


Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , ,