Recenzje

Niech pierze nie myśli o sławie

“Baba-Dziwo” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej w reż. Ewy Domańskiej w Teatrze Polskim w Warszawie, pokaz online na żywo – pisze Kamil Bujny.

Wszystko od jakiegoś czasu układa mi się w jeden wielki komentarz do aktualnej sytuacji społeczno-politycznej w Polsce. Nie inaczej było z ostatnią – internetową – premierą Teatru Polskiego w Warszawie, czyli ze spektaklem „Baba-dziwo” w reżyserii Ewy Domańskiej. Oglądając teatralną adaptację sztuki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, cały czas myślałem o strajkach kobiet oraz poprzedzających je decyzjach rządu i Trybunału Konstytucyjnego, choć samo przedstawienie, jeśli wyraża polityczne ambicje, to robi to w sposób nieśmiały, zdecydowanie daleki od energii i determinacji protestujących.

Dramat dwudziestowiecznej poetki o żądzy pełnienia całkowitej, totalitarnej władzy zyskuje dziś na znaczeniu, choć sposób, w jaki autorka tłumaczy owe pragnienie, odwołując się wyłącznie do freudowskiej psychoanalizy, nie wydaje się współcześnie przekonujący. W przedstawieniu jednak wszystkie uproszczenia pozwalają głośniej wybrzmieć tragediom, stojącym za poszczególnymi bohaterami – także tymi, którzy z początku wydają się niezłomni, silni. Postaci w spektaklu można zasadniczo podzielić na dwie grupy: stwarzających opresję i ofiary. Ci pierwsi, reprezentujący apodyktyczny system władzy, na którego czele stoi Jej Macierzyńska Wysokość Valida Vrana, stale przesuwają zasięg swoich wpływów na coraz to nowsze płaszczyzny życia obywateli – w tym tak intymne, jak możliwość decydowania o wydaniu na świat potomstwa. To, co w spektaklu w dzisiejszych czasach mogłoby wydawać się wyłącznie symbolicznym przejaskrawieniem, w trakcie protestów po wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji nie uchodzi za nierealne czy wyolbrzymione. Wręcz przeciwnie – oglądając „Babę-dziwo”, można odnieść wrażenie, że nasza rzeczywistość w sposób widoczny indeksuje się do świata przedstawionego na scenie. Władczyni domaga się od obywatelek rodzenia dzieci, tłumacząc to koniecznością pracy na rzecz narodu, przedstawionego przez nią – na pozór głupio, a jednak w sposób demaskujący różne banialuki wygłaszane przez polityków – jako pierzynę, z której żaden kłaczek pierza nie może fruwać i „wznosi[ć] się ponad (…), wyobrażając sobie, że jest orłem”, bo „jego rzeczą nie jest (…) unosić się w przestworzach – ale pracować w pierzynie! Z całym ogółem pierza!”. Retoryka wspólnotowego obowiązku brzmi znajomo? Ano, właśnie. Ileż to razy w ostatnich miesiącach, czy to z ust polskich polityków, czy zagranicznych, słyszeliśmy wypowiedzi, w których pomiędzy wolą rządzących a wolą narodu stawiano znak równości, nawet jeśli obywatele – co pokazywali choćby w formie protestu – uważali inaczej? Przykładów nie trzeba szukać daleko: wystarczy wyjrzeć na ulice, poczytać o tym, co dzieje się na Białorusi, czy zaobserwować powyborcze zachowania Donalda Trumpa.

Piszę tu tyle o polityce, bo siłą spektaklu Domańskiej jest przede wszystkim jego „lepkość” na różnego rodzaju konteksty związane z postawami osób, które sprawują władzę. Sztuka Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, z założenia uwikłana w politykę, bo opublikowana jako satyra na rządy Adolfa Hitlera, dobrze i bardzo czytelnie ujmuje różne społeczne mechanizmy: stwarzania opresji, funkcjonowania w państwie, w którym władzę sprawuje apodyktyczny, nienawistny człowiek, przyzwyczajania ludzi do niewoli i ograniczenia, stopniowego zabierania obywatelom kolejnych praw, aż wreszcie – upadku panującego (co zawsze, prędzej czy później, następuje). Wprawdzie spektakl Teatru Polskiego pokazuje cały proces wzrastania w nienawiści do innych dość jednoznacznie i literalnie (Valida Vrana sama nie zaznała miłości, dlatego postanowiła zgotować wszystkim kobietom taki los, jaki jej sam przypadł w udziale), równie oczywiście przedstawia porażkę Jej Macierzyńskiej Wysokości (przyznanie się do bycia nieszczęśliwą, psychoanalityczne wyjaśnienie jej motywacji), jednak spektakl Ewy Domańskiej nie jest, co trzeba podkreślić, nastawiony na nowatorstwo czy eksperymentowanie, tylko na odwoływanie się do aktualnej ogólnopolskiej dyskusji. Wiele ze scen dramatu Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej wydaje się jakby idealnie napisanych pod to, czego od 2015 roku – czyli od momentu, gdy władze w Polsce przejęła Zjednoczona Prawica – jako społeczeństwo doświadczamy. Najbardziej wymowny pod tym względem wydaje się moment, gdy postaci zastanawiają się nad tym, jak to możliwe, że kobieta, Valida Vrana, jest tak obojętna na los innych kobiet, zupełnie nie poczuwając się do żeńskiej solidarności. Oglądając tę scenę, można przeżyć déjà vu z 2016 roku, gdy właściwie takie samo pytanie było podnoszone w debacie publicznej po tym, jak rząd, na którego czele stała wówczas premierka Beata Szydło, pozytywnie rozpatrywał pomysł zaostrzenia przepisów aborcyjnych.

Nie wiem, czy „Babę-dziwo” z Teatru Polskiego w Warszawie można odbierać inaczej niż poprzez uwzględnianie społeczno-politycznych kontekstów. To pokaz na wskroś związany z polityką, choć funkcjonujący nie tyle jako indywidualny, zdecydowany głos w sprawie aktualnych wydarzeń w Polsce (ale nie tylko, co Klementyna Suchanow, aktywistka, reporterka i biografka Witolda Gombrowicza, ukazuje w książce „To jest wojna. Kobiety fundamentaliści i nowe średniowiecze”, udowadniając, że dyskusja wokół praw kobiet toczy się w podobnym tonie w wielu krajach), ile jako ich echo, pogłos. Domańska przygotowała bowiem prezentację, która odwołując się do bieżącej debaty publicznej, jednocześnie nie zabiera w niej głosu, absolutnie stroni od politycznych deklaracji i wartościowania. To spektakl znajdujący własne miejsce gdzieś po środku, taki, którego obejrzenie ani nikogo nie oburzy (na przykład za sprawą radykalności osądów), ani nie podbuduje, dając poczucie wspólnoty i reprezentowania jego wartości. Jeśli twórcy rościli polityczne ambicje, to ukierunkowali je nie tyle w stronę wyrażania własnego zdania czy opowiadania się za konkretnym punktem widzenia, ile podpinania się pod ważny dla opinii publicznej temat (być może wyłącznie dla zasady).

„Baba-dziwo” w reżyserii Domańskiej to przedstawienie przyzwoicie zrobione i przygotowane (także jeśli chodzi o jego internetową prezentację), zwłaszcza na poziomie aktorskim. Uwagę widza zwraca przede wszystkim postać Jej Macierzyńskiej Wysokości (Ewa Makomaska), która, choć z założenia przerysowana i przejaskrawiona, wydaje się autentyczna i przekonująca. Wprawdzie wszystko to, co dotyczy jej losu – obecne od wczesnej młodości poczucie samotności i bycia niekochaną, późniejsze dojście do władzy i serwowanie obywatelom wszystkich nieszczęść, których sama doświadczyła, a także ostateczne załamanie i upadek – jest przewidywalne i oczywiste (wyświechtany schemat opowieści o złym władcy, którego postępowanie wynika z traumatycznych przeżyć w dzieciństwie), to rola Makomaskiej intryguje. Grana przez nią Valida Vrana bynajmniej nie jest oczywista (pomimo wpisania jej przeżyć w dobrze znany szablon), gdyż przez długi czas, właściwie niemal do końca pokazu, trudno ją rozgryźć: wydaje się bowiem jednocześnie realna i nierealna, komiksowa (przez przerysowanie) i historyczna, silna i delikatna, podła i wyrozumiała (za sprawą jej przyjacielskiej relacji z Baronową Leliką Skwaczek, w którą wciela się Anna Cieślak). Tak więc o ile sama historia o jej straszliwych rządach i ich finale może uchodzić za mało zaskakującą, o tyle nie sposób powiedzieć, że przedstawienie jej osoby nie wydaje się ciekawe. Wręcz przeciwnie. Postać Makomaskiej jest do tego stopnia intrygująca i przyciągająca uwagę, że widz, oglądając „Babę-dziwo” z Teatru Polskiego w Warszawie, może zapomnieć, że nie znajduje się na widowni, tylko przed ekranem własnego komputera.


fot. Katarzyna Chmura

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , ,