Recenzje

Nieśmiertelny Bizet i jego ognista Cyganka w nowojorskiej Metropolitan Opera

O „Carmen” Georges’a Bizeta w reżyserii Sir Richarda Eyre’a w ramach cyklu transmisji “The Metropolitan Opera: Live in HD” pisze Anna Czajkowska

Wszystko zaczęło się od opowiadania Prospera Mériméego i jego tytułowej bohaterki Carmen, energetyzującej cyganki, która uwodzi i śmieje się mężczyznom w twarz, nie boi się nikogo i niczego, nawet śmierci. Historia tak mocno wpłynęła na Georges’a Bizeta, że skomponował muzykę, a tekst Mériméego posłużył za podstawę libretta, które napisali Henri Meilhac oraz Ludovic Halevy. Powstało arcydzieło klarowne, pełne życia i muzycznych kolorów. Choć początki były trudne i Bizet zmarł, nie doczekawszy się sukcesów, które „Carmen” zaczęła odnosić na scenach świata, niezwykłe melodie zawarte w operze wkrótce podbiły serca coraz liczniejszych wielbicieli. Jedna z najpopularniejszych oper na świecie do dziś inspiruje reżyserów i artystów, dlatego nie dziwi fakt, że trzecia transmisja „Carmen” Bizeta z Metropolitan Opera House w Nowym Jorku, podobnie jak wcześniejsze spektakle, zgromadziła w kinowych salach tłumy widzów zakochanych w operowym przeboju. 2 lutego produkcję Sir Richarda Eyre’a miała okazję obejrzeć publiczność w ponad 70 krajach na całej kuli ziemskiej, także w Polsce.  

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w czasach Bizeta. „Radykalny eksperyment”, opera „Carmen” miała premierę w roku 1875 w paryskiej Opéra Comique i początkowo spotkała się z niezbyt dobrym przyjęciem. Paryżanom nie podobała się zabarwiona hiszpańskimi klimatami muzyka, mało wysublimowana ich zdaniem, daleka od panującego stylu „grand opera”; raziły  mówione dialogi zamiast recytatywów i wreszcie treść była zbyt wulgarna, śmiała, z seksualnymi podtekstami i niemoralną główną bohaterką. Publiczność gorszył widok palących papierosy młodych pracownic fabryki oraz nadto współcześni bohaterowie, prości ludzie żywcem wyjęci z codziennego życia: żołnierze, przemytnicy i robotnice. Bizet przełamał panującą wciąż tradycję, która pozwalała czerpać tematy oper jedynie ze świata mitów i legend lub też z dawnych epok. Rezygnując z rozdziału tragedii od komedii, wyczarował na scenie muzyczny, realistyczny świat i zapoczątkował nowy kierunek w rozwoju opery. Jak wiadomo ze źródeł, kompozytor ogromną wagę przywiązywał do dokładnej analizy psychologicznej postaci dramatu, zrezygnował z pełnych sztucznego patosu, stereotypowych bohaterów. Skomponował taką muzykę, która oddała cały tragizm sytuacji, podkreśla atmosferę miłości, zbrodni oraz egzotyki hiszpańskiego i cygańskiego środowiska. Nie ma w niej pustych efektów, a każdy numer muzyczny pozostaje umotywowany akcją dramatu i niejako sam tę akcję tworzy. Nowojorski spektakl jest wznowieniem produkcji Sir Richarda Eyre’a z 2009 roku, z akcją przeniesioną z lat 20. XIX wieku do lat 30. wieku XX. Całość dzieje się w okolicach Sewilli podczas hiszpańskiej wojny domowej, dzięki czemu reżyser podkreśla bolączki trudnego okresu społeczno-politycznych represji i brutalnych prześladowań. Mimo to historia stanowi jedynie tło dla perypetii bohaterów, a reżyserska wersja „Carmen” jest bardzo tradycyjna, z zachowaną logiczną i spójną całością, gdzie różnorodne elementy opery konsekwentnie uzupełniają się i mocno oddziaływają na siebie, pogłębiając obraz prawdziwego życia prostych ludzi targanych namiętnościami. W partiach śpiewanych nie było ani jednej zbędnej koloratury, a wszyscy występujący wykazali się ogromną dojrzałością i sugestywnością. Zachwycili wokalnym mistrzostwem: ariami, ansamblami, partiami chóralnymi w najlepszym wydaniu.

Podczas spektaklu Orkiestrą Metropolitan Opera dyrygował Louis Langree, a gospodarzem programu była sopranistka Ailyn Perez. W tytułową postać ognistej Cyganki wcieliła się francuska mezzosopranistka Clementine Margaine, tenor Roberto Alagna zaśpiewał partię Don Josego, a rosyjski bas Aleksander Winogradow – torreadora Escamillo. Rolę Micaëli po raz pierwszy w Nowym Jorku zachwycająco zagrała nasza wybitna sopranistka Aleksandra Kurzak.

W swojej uwerturze do „Carmen” Bizet wprowadza powracający w kolejnych aktach motyw, który słuchacze niezmiennie wiążą z fatalnym i kapryśnym losem, łączącym Carmen i Don José. Ów żywiołowy wstęp kompozytor kazał grać przy opuszczonej kurtynie (rzecz zwyczajna przy operowych uwerturach), wprowadzając słuchaczy w zmysłowy, pełen pasji, porywający nastrój dzieła. Podczas uwertury w nowojorskiej produkcji na tle krwistoczerwonego rozdarcia w przedniej kurtynie pojawiają się tancerze – Maria Kowroski (mająca polskie korzenie primabalerina z New York City Ballet) i Junio Enrique. Wspomniany symboliczny element powtarza się potem w stroju Carmen jako wyraźna, purpurowa, ukośna kreska na sukience. Przepiękny duet baletowy w choreografii Christophera Wheeldona zawładnie sceną dwukrotnie – podczas nasyconego śmiercionośnym fatalizmem preludium do aktu I i raz jeszcze w nieco lżejszym, miłosnym pas de deux przed aktem III. Jednak choreografia Christophera Wheeldona znacznie bardziej przemawia do mnie w pełnym pasji i cygańskiego duende akcie II. Początek jest bardzo sugestywny – bez muzycznego akompaniamentu, gdy słychać jedynie stukające obcasy, a po kilku minutach step płynnie wtapia się w muzykę Bizeta. Ogniste, energetyczne, temperamentne flamenco, z pulsującym rytmicznym palmasem, z kontratiempo wzbogacającym melodyjność, precyzyjnym dźwiękiem kastanietów i żywiołowymi tancerzami, porywa i intryguje swą siłą.

Reżyser Richard Eyre wyczarowywał przed publicznością bardzo realny świat. Pomógł mu w tym scenograf Rob Howell i jego dekoracje (ich zmiany widzowie mieli okazję obserwować na ekranie, co dodatkowo wzbogaciło transmisję) – monumentalny mur, który można płynnie przesuwać na obrotnicach, aby otworzyć lub zamknąć scenę. Kreujący główne role artyści, a także chór – robotnice z fabryki, żołnierze, dzieci – wspaniale dopasowują się do tego tła, uwypuklają wszystkie osobiste dramaty bohaterów. W pierwszym akcie poznajemy główną postać, piękną, uwodzicielską Cygankę Carmen, zatrudnioną w fabryce cygar. Dziewczyna z lekceważeniem odrzuca wszelkie zaloty, nie liczy się z nikim, jest wolna i ze stanowczością broni swej niezależności. Naprzeciwko fabryki znajdują się koszary, w których swoją wojskową służbę odbywa brygadier Don Jose. Carmen, która drwi z męskich zalotów, postanawia uwieść obojętnego młodego oficera, początkowo bezskutecznie. Don Jose jest nieugięty, ale niepokój w jego sercu budzi kwiat, rzucony mu przez namiętną dziewczynę. Spokój powraca, gdy pojawia się Micaëla, niosąca mu list i pozdrowienia od jego matki. Przepiękny duet „Parle-moi de ma mere” Aleksandry Kurzak i Roberta Alagny wzrusza i fascynuje. Cudne, harmonijne pianissimo w „O souvenirs du pays!” najlepiej obrazuje delikatność głosu naszej sopranistki i umiejętności jej partnera. Roberto Alagna to niewątpliwie mocny, barwny, dramatyczny tenor, ale serca publiczności podbiła w tym momencie Kurzak, choć w operze Bizeta pojawia się tylko dwa razy – w akcie I i III. Wdzięk i elegancka prostota oraz wykwintne frazowanie, a także czystość każdej nuty pozwoliły widzom nacieszyć się miłością odważnej, pełnej dziewczęcego wdzięku Micaëli. Sugestywność roli i świeżość spojrzenia na postać, z którą identyfikuje się na scenie, osiąga artystka dzięki zdolnościom aktorskim i profesjonalizmowi najwyższej klasy, a także emocjonalnemu stosunkowi do swej bohaterki. Niuanse, moc i głębia głosu sopranistki budzą podziw i wyobraźnię słuchających. Roberto Alagna potrafi wykrzesać z siebie całą pasję, pożądanie, wściekłość i morderczą zazdrość, zwłaszcza w akcie III i IV, gdy przeczuwając tragiczny koniec, próbuje nakłonić niewierną kochankę do powrotu i porzucenia torreadora Escamillo. Emocje biorą górę, jednak tenor panuje nad nimi, prezentując doskonałą formę wokalną. Mimo to wolę go nie w roli odrzuconego i zdesperowanego kochanka, ale wiernego swej Micaëli brygadiera.

Clémentine Margaine, czyli tytułowa Carmen, nie jest być może tak zmysłowa, jak jej poprzedniczki (na przykład Elīna Garanča), jednak dzięki głosowi francuskiej mezzosopranistki ma w sobie sporo radości życia. Nie brakuje w nim również uwodzicielskich mocy. Pierwszy akt – z rytmiczną, efektowną, słynną „Habanerą” i żywiołową „Seguidillą” – ujawnia styl i filozofię życia oraz  stosunek do miłości ikonicznej femme fatale. Kiedy chłodzi wodą rozgrzane łydki, jest niesłychanie uwodzicielska. Jej mokra spódnica prowokuje i kusi, a pełna seksualności gra z goździkiem nie pozostawia wątpliwości – Carmen jest i będzie wolna, zbuntowana i niestała, w miłości zaś zaborcza. W każdym momencie pozostaje kobietą nieodgadnioną, żyjącą obecną chwilą. W akcie II, roztańczonym i jeszcze bardziej żywiołowym, Clémentine Margaine pomału przygotowuje widownię do ekstremum możliwości w śpiewie, które niebawem pokaże, nie tracąc ani na chwilę zniuansowanych tonów i wyczucia postaci. Cały czas trzyma się pewnej konwencji, a mimo to oddaje złożoność postaci, która odnajduje również swe odbicie we frazowaniu, nieco odmiennym w akcie III, gdy Carmen wróży z kart i widzi rychłą śmierć. Tragiczny akt IV, przepełniony ciemną namiętnością i zabójczą zazdrością, poraża swą sugestywnością. Reżyser pokazuje wnętrze areny, na której Escamillo stoi nad martwym bykiem, zamiast „sycić” publiczność widokiem klęczącego przy ciele Carmen Don Josego. Symbolika i realizm sceny są teraz jeszcze silniejsze. Obdarzony głębokim basem Aleksander Winogradow, torreador i rywal Don Joségo, świetnie radzi sobie z rolą przeciwnika zakochanego brygadiera. Elegancki, z charyzmą i odcieniem humoru bawi nas arią i utrzymuje tę stanowczość oraz równą siłę głosu przez cały czas. Richard Bernstein jako bezczelny i mało sympatyczny sierżant Zuniga jest równie precyzyjny, zdumiewająco wyczulony na wszelkie niuanse niełatwej roli. Jego głos brzmi znakomicie, podkreśla zarówno zrozumienie warstwy muzycznej dzieła, jak i energię postaci. Drugoplanowe role dopełniają obrazu dramatycznej całości, wnoszą sporo kolorytu i dynamiki do historii tragicznych kochanków. Sydney Mancasola jako Frasquita oraz Samantha Hankey – Mercédès zachwycają pewnością wykonywanych arii, którym nadają indywidualny rys i charakter, oraz żarliwą pasją tańca, eksponowaną umiejętnie w akcie II.

Oczywiście nie byłoby tak pięknego spektaklu, gdyby nie dyrygent Louis Langrée i prowadzona jego pewną ręką Orkiestra Metropolitan Opera. To on nadał odpowiednie tempo i zachował porywający rytm. Niezwykłe efekty kolorystyczne i harmoniczne orkiestry służą akcji i nastrojowi, a widoczna, uważna współpraca dyrygenta z wszystkimi solistami ułatwia doskonałe  wydobywanie dźwięku w trudnych partiach wokalnych. Porozumienie z reżyserem, jedność z dyrygentem, jego rytmem to gwarancja zrozumienia i dopełnienia w muzyce. Wielkie brawa należą się też chórowi dziecięcemu i wszystkim artystom, którzy przyczynili się do pełnego sukcesu nowojorskiej „Carmen”. Przygotowana z rozmachem i smakiem inscenizacja Sir Richarda Eyre’a, tętniąca życiem i pasją, z pięknymi kostiumami i dekoracjami, dopracowanym w szczegółach ruchem scenicznym oraz tańcem i śpiewem najwyższej klasy, na długo pozostanie w pamięci widzów na całym świecie.


Anna Czajkowska – pedagog, logopeda dyplomowany oraz trener terapii mowy. Absolwentka Pomagisterskiego Studium Logopedycznego Uniwersytetu Warszawskiego, a także Podyplomowych Studiów Polityki Wydawniczej Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracuje z wydawnictwami edukacyjnymi (Nowa Era, Edgard) oraz portalem babyboom.pl, dziecisawazne.pl i e-literaci. Instruktor metody PILATES. Recenzje teatralne pisze od 2011 roku.

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , , , , , , ,