Recenzje

Odnaleźć nasz wiśniowy sad

O spektaklu „Wiśniowy sad” Czechowa Teatru Latarnia w reżyserii Mateusza Tymury pisze Rafał Górski.

Wieczorem – ósmego i dziewiątego września – białostocki Teatr Latarnia zaprezentował swój najnowszy spektakl w ramach stypendium artystycznego Prezydenta Miasta Białegostoku dla twórców profesjonalnych, przyznanego aktorce Magdalenie Czajkowskiej – adaptatorce dramatu. Tym razem niezależna grupa teatralna wystawiła „Wiśniowy sad” – ostatni utwór klasyka literatury rosyjskiej, Antoniego Czechowa. Zainteresowanie wzbudziła sama sztuka, ale najbardziej intrygowało miejsce wystawienia tego ponadtrzygodzinnego spektaklu w reżyserii Mateusza Tymury. A była nim łąka przy ulicy Grunwaldzkiej 72 w Białymstoku, otoczona właśnie tytułowym wiśniowym sadem, który prawdopodobnie niedługo zamieni się w plac budowy.

Pomysł na tak odważną scenerię stał się szansą na obcowanie z jednym z ostatnich drewnianych miejsc w mieście, a także możliwością głębszego utożsamienia się z bohaterami, szczególnie z postacią wdowy Raniewskiej. Ta przestrzeń, połączona ze sceniczną historią, wywołała wspomnienia, poczucie, że wiele przyjemnych zdarzeń z naszego życia nigdy nie wróci. Skłoniła do refleksji nad zmianami i upływem czasu, przywołała tęsknotę za ukochanymi miejscami, najbardziej za dzieciństwem spędzonym na wsi oraz ludźmi, z którymi często nie ma się już kontaktu.

Przed opóźnionym rozpoczęciem pojawiła się wątpliwość, czy długo trwający spektakl – na podwórku, w dość chłodne wieczory i w dodatku bez nagłośnienia – to dobre rozwiązanie. Jednak, jak się okazało, obawy szybko zniknęły, a czas oczekiwania zrekompensowało interesujące artystyczne widowisko z niespodziankami w postaci między innymi wiśniówki, ciepłej herbaty i szampana, serwowanymi przez jedną z aktorek. Na naturalnej scenie wystąpili: Ewa Palińska, Magdalena Czajkowska, Magdalena Dąbrowska, Paula Czarnecka, Sylwia Maciejewska, Błażej Piotrowski, Błażej Twarowski, Rafał Pietrzak, Zbigniew Rusiłowicz, Dominik Gorbaczyński, Krzysztof Pilat oraz Mateusz Tymura.

Uwagę przyciągała oszczędna, ale wymowna i doskonale wkomponowana w otwartą przestrzeń scenografia (koncepcja reżysera), która nadawała przedstawieniu, w połączeniu ze zmrokiem i światłem reflektorów, pewnej tajemniczości. Ten przedziwny efekt potęgowały kostiumy z epoki projektu Sylwii Maciejewskiej. Natomiast drzewa i krzaki posłużyły za kulisy. Ważne miejsce zajęła nastrojowa muzyka Tomasza Tulpana, Magdaleny Dąbrowskiej i Zbigniewa Rusiłowicza, wykonywana na żywo przez aktorów. Ciekawym zabiegiem okazała się interakcja z publicznością, dzięki której osoby zaproszone przez aktorów na scenę miały okazję potańczyć.

Ryzykowne, jak się zdawało, przedsięwzięcie rozkręcało się z każdą następną minutą i – zaskakująco – nie dłużyło się. Z zainteresowaniem, za sprawą aktorów, czekało się kolejnych scen. Każdy z nich wnosił do przedstawienia inną energię, czyniąc swoją rolę fascynującą. Dla przykładu należy wymienić kilka. Bijący szczerością i dynamiczny Łopachin Rafała Pietrzaka oraz zabawny i urokliwy Leonid Błażeja Piotrowskiego. Aktor wyróżniająco ucharakteryzowany, z odpowiednio dobranym kostiumem, prezentował się efektownie. Natomiast Krzysztof Pilat – jako Firs – zachwycił nośnym i dynamicznym głosem, czystością dykcji, a także urzekającą interpretacją. Z kolei wyrafinowana i intrygująca tajemnicą młoda aktorka, Magdalena Czajkowska, swoją Warię uczyniła dość spokojną i wycofaną. Jednak – z drugiej strony – bohaterka wykazywała się sporą dojrzałością z dozą surowości. Własne racje potrafiła dosadnie wyrazić stanowczym tonem oraz dramatycznym głosem odtwórczyni.

Ale aktorskim zaskoczeniem okazała się Ewa Palińska, na co dzień związana z białostockim Teatrem Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki, gdzie ostatnio nie grała większych ról. Tym razem, poza murami teatru, zaprezentowała się wszechstronnie w pełnowymiarowej roli. Palińska, zazwyczaj charakteryzująca się scenicznym patosem i chłodem, w interpretacji Raniewskiej zredukowała te cechy do minimum. Wszystko wyważone celnie eksponowała w swojej grze. Przyniosło to bardzo dobry efekt w postaci plastycznej, interesującej i znaczącej kreacji. Ewa Palińska – od pierwszych chwil na scenie – imponowała wysoko impostowanym głosem, majestatyczną posturą, subtelnymi gestami oraz idealnie noszonym kostiumem – długą, czarną i szeroką suknią. Świetnie oddawała dumę z pochodzenia bohaterki, lekkie szaleństwo i radość, miłość do sadu, pewne oderwanie od rzeczywistości czy rozpaczliwe reakcje na wspomnienie o tragicznie zmarłym przed laty synku. Płynne przechodzenie aktorki z jednych stanów i emocji w drugie nadało Raniewskiej niezaprzeczalnej autentyczności, wyrażanej trafnie między innymi za pomocą mimiki i głosu. Pociągające, z racji nieprzeciętnych umiejętności wokalnych, były momenty, w których artystka delikatnie nuciła i podśpiewywała do granej muzyki. Bez wątpienia można stwierdzić, że stworzona przez Ewę Palińską rola to jeden z największych atutów tego spektaklu.

Przedstawienie Teatru Latarnia to godne uznania przedsięwzięcie, przejawiające się nieprzeciętnymi walorami artystycznymi – reżyserskimi, aktorskimi, muzycznymi i scenograficznymi. Pomysł reżysera, aby zaprezentować spektakl wśród natury okazał się sukcesem. Widać było w tej inscenizacji twórczy zamysł, a także konsekwencję oraz oczytanie i inteligencję – tak bardzo ważne czynniki w pracy reżyserskiej. Między innymi za sprawą tych elementów przedstawienie oglądało się ze skupieniem i przyjemnością. Podkreślić należy, że aktorzy nie zostali wyposażeni we wspomagacze takie jak mikroporty. Mimo to byli słyszalni, momentami jedynie powiew wiatru zakłócał odbiór wypowiedzi. Jawili się nie tylko jako warsztatowo sprawni rzemieślnicy, ale przede wszystkim jako artyści. Z pewnością takie wydarzenie to miłe doświadczenie i dla aktorów, i dla widzów.

Jak widać można – bez kontrowersji i publicystyki – zainteresować, wzruszyć i skłonić do myślenia publiczność. A ta za szacunek i uczciwość na pewno się odwdzięczy sympatią i uznaniem. Teatr Latarnia potwierdza, że do stworzenia spektaklu na poziomie, który posłuży wykonawcom, a przede wszystkim odbiorcom, nie potrzebne są wielkie gmachy, promocja często z nie do końca oddającymi prawdę treściami i duże pieniądze, które nierzadko trafiają na wątpliwe projekty. W przypadku białostockich twórców widać zaangażowanie, chęci, współpracę, determinację, wytrwałość, wiarę, skromność, pokorę, pasję i miłość do teatru – pomimo trudności z jakimi mierzą się teatry nieinstytucjonalne. Na pewno „Wiśniowy sad” pozostanie w pamięci widzów na długo ze względów artystycznych, metaforycznych, ale przede wszystkim pozwolił głębiej spojrzeć na ważne społecznie kwestie.


Fot.: Krzysztof Kadziewicz, archiwum Teatru Latarnia

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , ,