Recenzje

Oprócz samej siebie nie znam innej dali

„Camille” – spektakl Kamili Klamut  w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu – pisze Jarosław Klebaniuk.

Camille Claudel była jedną z tych tragicznych artystek, której wielkość znawcy dostrzegli wprawdzie za jej życia, jednak nie zapewniło jej to ani dostatku, ani nawet możliwości godnego życia. Przemocą wtrącona do szpitala psychiatrycznego przez wpływowego i sławnego brata, wbrew swojej woli spędziła tam niemal pół życia. Opuszczona przez siostrę i matkę, która pomimo  licznych propozycji lekarzy nie chciała zabrać jej do domu, cierpiała i zapewne wspominała tamte siedem lat miłości i nadziei, podczas których Rodin był jej partnerem w sztuce i kochankiem. Ciąża, poronienie, depresja, porzucenie i rozpacz – oto, co znamy z historii.

W przedstawieniu zobaczyliśmy kobietę, która wspomina tamte szczęśliwe chwile, ale też ma pretensje do rodziny o to, że ją skazała na taki los, aby ograniczyć rozmiary skandalu. Podwójna moralność katolika Paula Claudela („Kim jest twój Bóg, Paul?”) pozwoliła mu użyć przemocy wobec siostry, której „zachowania kładły się cieniem na honorze rodziny”, bo używała wulgarnego języka. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mieszczańska hipokryzja żywiła się w tym przypadku także i tym, że Camille była kochanką mężczyzny związanego z inną kobietą i źle zniosła rozstanie z nim.  Przemoc męskiego świata wobec kobiet przybierała i takie formy. Pamiętamy reakcję komitetu noblowskiego na ujawnienie romansu Marii Skłodowskiej-Curie.

Pomysł inscenizacyjny na opowiedzenie znanej historii francuskiej rzeźbiarki w zasadzie polegał na pokazaniu jej ostatnich dni, choć mogły to być także i ostatnie lata. Wspomnienia tak bardzo dynamicznie przeplatały się z rzeczywistością czasu teraźniejszego, że trudno nawet powiedzieć, co przeważało. Jednak rezygnując z chronologii wydarzeń, a nawet jakiegoś emocjonalnego porządku dwie aktorki osiągnęły piorunujący wprost efekt. Zostaliśmy na niespełna godzinę wrzuceni w świat tak intensywnych przeżyć, że trudno było po nich ochłonąć ani na wrocławskim Rynku, ani w gasnących wnętrzach Galerii Dominikańskiej z parkingiem, ani później, gdy wieczór powinien przykryć wszystko, co działo się za dnia. Półmrok i światło rzucane punktowo, często z góry wyostrzało w dawnej sali prób Teatru Laboratorium nie tylko rysy twarzy, lecz i szczegóły aktorskiej gry Kamili Klamut.

Ela, której rzadko coś się w teatrze naprawdę podoba, a chodzi ze mną, bo „wiesz, że z tobą pójdę wszędzie” tym razem uznała przedstawienie za „wybitne”. I mnie się ono takim wydało. Przywróciło wiarę w teatr, w jego wyzwalającą siłę, w potęgę obrazowania istotnych dla człowieka spraw, w możliwości, jakie stwarzają sceniczne środki, w to, że aktorstwo nie zawsze jest tylko rzemiosłem, że bywa też sztuką. W jakimś sensie duch Grotowskiego przetrwał w murach Laboratorium. Aktorstwo Kamili Klamut było w najlepszym tego słowa znaczeniu ekstremalne. Za pomocą subtelnej gry twarzą oddała całą plejadę kontrastujących ze sobą uczuć. W przekonujący sposób przechodziła od zachwytu do żalu, od rozczulenia do złości. Taka zmienność sugerować mogłaby brak emocjonalnej równowagi postaci, jednak wyzwalała nie tylko zaciekawienie, lecz zrozumienie i współczucie. Oto widzieliśmy kobietę skrzywdzoną, cierpiącą, rozgoryczoną, pełną pretensji do świata, lecz jednocześnie świadomą swojej wartości, domagającą się swoich praw. Oscylowanie pomiędzy bezruchem i milczeniem typowym dla depresji i atakami furii aktywizującym u widza schemat szaleństwa nie było bynajmniej absurdalną kreacją. W psychologii owo „sad – mad” („smutny – wściekły”) znane jest od bardzo dawna. Carroll Izard pisał o nim w klasycznym już dzisiaj dziele „The Psychology of Emotions”. Energia, którą smutek pozwala zachować i kumulować od czasu do czasu ulega rozładowaniu w gwałtowny sposób. Widzieliśmy to w jednej z końcowych scen, gdy artystka z impetem niszczyła rzeźby. Jednak i wcześniej, gdy zamieniła się niejako miejscami z bratem i weszła na kawalet, z którego zdjęła wprzódy jego popiersie, pokazała niezgodę na uwięzienie i towarzyszącą jej złość.

Czy wspólne imię ułatwiło Kamili Klamut identyfikację z francuską rzeźbiarką? Czy miało swój udział w zajęciu się na scenie tą właśnie postacią? Bez względu na to, jakie byłyby odpowiedzi na te pytania, okazała się piękna w tym utożsamieniu i to nie tylko dzięki żywości mimiki i subtelnych zmianach w wilgotności oczu, umiejętności, którą uważam za jedną z najwyższych i nie wszystkim aktorom dostępną, bo tak właśnie bezwiednie wyrażane są niektóre emocje w życiu, a zrobienie tego w kontrolowany sposób jest nie lada sztuką. Z rzeczy drobniejszych kręcenie kulek z nieistniejącego chleba było nadzwyczaj sugestywne. Zastanawiałem się, czy może jednak ten chleb istnieje. Również w scenach dynamicznych: tańca, kręcenia się wokół okrągłego podestu, przybierania póz była aktorka przekonująca i perfekcyjna. Nagie plecy długiej sukni pozwoliły na eksponowanie własnego ciała niczym rzeźby. Jednak na tym nie koniec. W jednej ze scen zagrała nawet własnego znienawidzonego brata, a w innej bezradnie zwracała się do widzów o materialną pomoc. Gdyby to się działo naprawdę, któż z nas nie pożyczyłby pieniędzy biednej Camille?

Ekspresywnemu aktorstwu odtwórczyni głównej roli towarzyszyła równie niesamowita Ewa Pasikowska. Akompaniowała na pianinie, na skrzypcach, na smyczku, na kieliszku wina, a także własnym głosem, którego używała nie tylko do śpiewu czy melorecytacji, lecz i do wokalizacji tworzącej niejako dodatkowy instrument. Robiło to wielkie wrażenie, zwłaszcza że towarzyszyły temu popisy wokalizacji i pantomimiczne występy drugiej aktorki.

Uniknięto w „Camille” nadmiaru tekstu. Zdarzały się chwile ciszy, a pewne kwestie powtarzane były po wielokroć. Jednak niektóre z nich zapadały w pamięć. Spektakl niemal zakończył się pięknym wierszem Zuzanny Ginczanki „Wyjaśnienie na marginesie”, z którego pochodzi tytuł tej recenzji. Niemal, bo potem padały jeszcze, stłoczone z głośnym brzmieniem gitar i perkusji, niezrozumiałe słowa wokalisty trash metalowego zespołu. Muzyka urwała się nagle. Upadek artystki do tyłu mógł oznaczać śmierć. Skamandrytka żydowskiego pochodzenia nie dożyła nawet trzydziestu lat. Przez tyle francuska rzeźbiarka była więziona w domu dla obłąkanych, by podczas niemieckiej okupacji umrzeć z głodu i wycieńczenia.


Fot. Maciej Zakrzewski


Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski

Komentarze
Udostepnij
Tags: , ,