Recenzje

Personal Takashi Fakaito

O spektaklu 20 lexusów na czwartek w reż. Marcina Zbyszyńskiego w Teatrze Potem-o-tem w Warszawie pisze Szymon Białobrzeski.

Już z opisu 20 lexusów na czwartek wynikało, że spektakl może być imitacją czegoś w rodzaju sesji terapeutycznej. Nic więc dziwnego, że jeszcze przed rozpoczęciem sztuki jeden z pacjentów, mianowicie Karol, grany przez Piotra Piksę, przysiadł się do mnie i zaczął nonszalancko narzekać na swoje położenie, formę sesji i „pierdolniętych” uczestników (mowa tutaj o innych aktorach, a nie widzach). Po kilku minutach rozmowy już wiedziałem, że czwartkowy wieczór nie pójdzie na marne.

Warto najpierw jednak zarysować fabułę całości. Coach Ela już w pierwszym akcie staje się spadkobierczynią technik japońskiego mistrza Takashiego Fakaito. Mnich przez całe życie pokazywał, jak poprzez zaklinanie rzeczywistości osiągnąć pożądany cel (sam w swoim życiu zdobył w taki sposób 20 lexusów przywiezionych na lawecie). Bohaterka, grana przez Agatę Różycką, idąc śladem autorytetu, zaprasza widzów do wspólnej sesji terapeutycznej, w której główne postacie – Marta (Eliza Rycembel), Alex (Maria Sobocińska), Mariusz (Filip Kosior), Dariusz (Jan Marczewski) i wcześniej wymieniony Karol – mają szansę wyśpiewać swoje traumy i uzależnienia.

Dzięki zawrotnemu konceptowi dane mi było usłyszeć ze sceny coming out weganina, ukrywającego się przed rodzicami, entuzjastę hulajnóg skrywającego swój prawdziwy lęk do samego końca spektaklu czy pracoholika, który nawet listę zakupów zapisuje w excelowskiej tabelce. Podobnie jak w Gluten sexie Marcin Zbyszyński poprzez mix groteski i tragizmu wystawia trafną ekspertyzę dotyczącą człowieka XXI wieku. Bohaterowie są skonfliktowani, z jednej strony chcą dobra planety czy finansowej stabilizacji, z drugiej ich działania są nierzadko autodestrukcyjne. W świecie, w którym absolut staje się archaizmem, pomóc im może tylko Coach Ela – postmodernistyczna mieszanka mesjasza i współczesnego coacha za dwa złote. A jednak nawet stricte coachowska odsłona bohaterki daje nam oprócz banałów nadzieję i zrozumienie, coś, czego zabrakło bohaterom na ich wyboistych drogach życiowych.

Należy podkreślić, że Agata Różycka od początku oprócz nadziei, płynącej ze spektaklu, dała i tę wypływającą z jej umiejętności aktorskich. Ekspresja, tonacja i zaradność Coach Eli trzymały spektakl w ryzach. Należy to podkreślić tym bardziej, że często występ aktorki nie ograniczał się do przedstawiania teatralnej rzeczywistości, kobieta komunikowała się z publicznością, co wymagało od niej dużej elastyczności. Reszta obsady nie była gorsza. Filipowi Kosiorowi udało się idealnie połączyć aktorstwo ze śpiewem; Piotr Piksa popisał się niebywałym basem; Alex zaprezentowała nam ciekawy występ przypominający trochę piosenki Mister D; Eliza Rycembel idealnie poruszała się między konwencjami, dostosowując się do przeznaczonych jej piosenek czy wypowiedzi; Jan Marczewski w pewnym momencie zaskoczył nie tylko mnie, lecz także chyba wszystkie osoby na widowni.

Tak więc nie mam praktycznie żadnych zarzutów wobec aktorów, co innego z samymi piosenkami. Oczywiście, niektóre z nich zaskoczyły mnie nad wyraz pozytywnie (tutaj znowu historia młodego weganina), natomiast ogólnie zabrakło mi szeroko rozumianej chwytliwości. Były to utwory wpasowujące się idealnie w historię, realizujące ciekawy koncept musicalu-terapii, wykonane niezwykle kunsztownie, ale jednak niedziałające jako w pełni autonomiczne twory muzyczne. Jestem świadomy, że osiągnięcie idealnego balansu pomiędzy płaszczyzną dramaturgiczną a muzyczną jest niezwykle trudne, aczkolwiek wiem, że bywa wykonalne. 

Pokazuje to chociażby wspaniałe Inside Bo Burnhema, który paradoksalnie używa wielu podobnych narzędzi co ekipa z Potem-o-tem, aczkolwiek to jego album mam ochotę zapętlać przy każdej kolejnej podróży samochodem. Utwory ze spektaklu są dobre do sesji terapeutycznej, ale po wyjściu z niej powoli zanikają. Moja ocena nie może być jednak w pełni wiarygodna, a to wynika z kolejnego minusa całości – akustyki pomieszczenia/jakości sprzętu. Domyślam się, że niezależnej grupie teatralnej może być trudno znaleźć wymarzoną przestrzeń do występu, niestety, nie mogę przemilczeć tego, że w Enklawie wyraźnie coś nie grało, a jeżeli już grało, to było mocno stłumione. Problem dawał o sobie znać zwłaszcza przy występie Piotra Piksy czy Filipa Kosiora. Głos skrajnie niski bądź też wysoki nie mógł pokazać pełni swojego potencjału w tego rodzaju miejscu.

Często szansy nie miała wybrzmieć też sama historia. Nie chciałbym jednak być źle zrozumiany, była ona naprawdę dobra, jednak o dwa poziomy gorsza niż w Gluten Sexie. Nie chodzi tutaj nawet o ograniczenia, jakie nadał twórcom warszawski klub, a raczej o dramaturgię. Pojedyncze historie bohaterów są niezwykle angażujące, ale nie ma jednej wiodącej historii, przez co przedstawienie cierpi pod względem dramaturgicznym. Jest w nim mnóstwo absurdalnych gagów językowych, grania kliszą czy po prostu mową ciała. Do tego dochodzi klasyczna już dla Potem-o-tem zabawa przedmiotami codziennego użytku. W wyniku nagromadzenia okołokomediowych elementów wychodzi w sumie niezły kawał komedii, który prześciga większość polskich filmów tego gatunku, ale któremu też brakuje czasu na zbudowanie konfliktów z krwi i kości. Były w momenty, gdy zakręciła mi się łza w oku, ale niestety było im też bardzo blisko do kliszy, a nie bohaterów, na których powinny się opierać.

Mimo niedoskonałości dramaturgicznych na nudę jednak nie można narzekać. Twórcy ponownie zadbali o imersję uczestników. Każdy z nas otrzymał tzw. totem i karteczkę z imieniem. De facto na 170 minut stałem się uczestnikiem rzeczywistej terapii. Co więcej, pod koniec ja, jak i każdy z pozostałych uczestników, miał szansę zwieńczyć wieczór radosnym tańcem i nawet mimo tego, że nie wyszedłem na środek, to patrząc na ludzi „grających” w muzycznej scence, wiedziałem, że nie żałuję spędzonego czasu, byłem pewien, że wrócę do domu z nieopisywalnym spokojem i nadzieją, która pod koniec występu wybrzmiała chyba najbardziej.

fot. Pola Kardas

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , ,