Wywiady

Poczucie bezpieczeństwa

Rozmowa z Piotrem Bułką

cykl: rozmowy na 30-lecie Korezu

– Standardowo na początek: skąd wziąłeś się w Korezie?

Piotr Bułka: Z matki. Dosłownie i w przenośni (śmiech). Jako że moja mama rozpoczęła swoją przygodę z Korezem spektaklem Cholonek, to ja również, chyba już jako licealista, rozpocząłem swoją przygodę z Korezem najpierw jako widz. Później, w trakcie szkoły aktorskiej, wracając z Łodzi, bardzo często robiłem krótki przystanek w Katowicach, przyjeżdżałem do Korezu, czekałem, aż mama skończy grać spektakl i wracaliśmy razem do domu. To podwaliny tego, skąd wziąłem się w Korezie.

– Co Cię w tym teatrze zaskoczyło, kiedy poznałeś go od środka?

B.: Że jest inny niż wszystkie. Znałem od dziecka Teatr Polski w Bielsku-Białej i to był dla mnie zawsze widok „normalnego teatru”. Kiedy poznałem Korez, zrozumiałem, że w tym teatrze jest całkiem inaczej, właściwie odwrotnie. To bardzo wąska grupa ludzi, która się bardzo dobrze zna – i ta grupa ludzi tworzy społeczność, dzięki której powstają fajne i ciekawe, kameralne i pozytywne rzeczy. To chyba zaskoczyło mnie najbardziej, że jest tu tak swojsko, tak normalnie. Nie chcę mówić, że w teatrach instytucjonalnych nie jest normalnie: tam jest inna normalność. Mały teatr, który tworzy różne rzeczy dzięki wąskiej grupie ludzi – która to grupa się bardzo dobrze zna i sobie ufa scenicznie i pozascenicznie również – daje poczucie bezpieczeństwa. Tu można sobie pozwolić na różne rzeczy, nie myśląc o tym, czy zostanie się ocenionym czy nie. To mnie zaskoczyło w Korezie, że jest tu tak fajnie. Po prostu – tak miło.

– Najlepsza improwizacja, jaka zapadła Ci w pamięć?

B.: Ohoho… Na pewno jest związana z Wiwisexią. Moment, który wszedł już na stałe do spektaklu, czyli słynne „wypierdalać” w trakcie snu, kiedy mówię przez sen po weselu. To rzecz, która najbardziej zapadła mi w pamięć, bo do dziś kojarzę, jak wszyscy się z tego na scenie gotowaliśmy, ze mną włącznie. Ogólnie lubię improwizacje, mam z nich bardzo dużo radości i zabawy, a nie ma lepszego partnera do improwizacji na scenie niż Mirek Neinert. Nie ukrywam, że lubimy sobie pojazzować czasem, w scenach pijaństwa, rodziców, prezesa telewizji… to momenty, które bardzo lubię.

– Czego na scenie nie lubisz i nie chciałbyś robić?

B.: Z jednej strony to trudne pytanie, z drugiej łatwe. Nie lubię na scenie tego, gdy aktorzy są samolubni. Jestem jednym z tych aktorów, którzy doceniają partnera i zawsze w partnerze widzą dużo więcej niż w sobie. Partner jest ciekawszy ode mnie, tylko z niego mogę czerpać. Jeśli to jest monodram, to oczywiście naszym partnerem jest widz. Nie lubię samolubności. A czego nie chciałbym robić? To trudne, ale chyba nie chciałbym politykować. W takim sensie, że nie ma problemu, aby zrobić spektakl o ludziach, którzy mają pewne przekonania, pod warunkiem, że to spektakl o ludziach, a nie o tych przekonaniach. To ludzie są ciekawi, zawsze człowiek i jego historia jest ważna.

– Co w Korezie zyskałeś, a czego się nauczyłeś?

B.: Zyskałem ogromną pewność siebie w tym, że lubię grać komedie, bo dzięki Korezowi faktycznie: lubię grać komedie. Za każdym razem, gdy gramy Wiwisexię, to jest świeże i nowe, zawsze staram się bawić samym faktem, że mogę w tym spektaklu grać. Tak samo jest z Mrożoną papugą, gdzie również gra z moimi kolegami na scenie sprawia mi ogromną przyjemność. Czego się nauczyłem? Kawału rzemiosła. Korezowa nauka to jest nauka rytmów. To przede wszystkim nauka tego, że musisz wiedzieć, gdzie przystopować, kiedy żart już nie powinien iść dalej. Czasami, oczywiście, za długo ciągnę żart, później sam rozumiem, że może było troszkę za długo, staram się później do tego odnieść i poprawiać. To się przenosi na całe życie zawodowe, bo poczucie humoru jest ważne zawsze i wszędzie, czy to jest sztuka dramatyczna, czy to jest sztuka komediowa. Poczucie humoru u postaci jest bardzo ważne. Tego mnie Korez uczy.

– Jaki masz wpływ na swoje role tutaj?

B.: Bardzo duży, bo to ja je tworzę. Tu nie jest tak, że ktoś ci mówi jednoznacznie, jak rola ma wyglądać, bo sam potencjalnie wiesz to lepiej. Jeśli tylko zostajesz nakierowany w odpowiednie rejony, dowiesz się, gdzie szukać, to dochodzi do ciebie postać i ty dochodzisz do tej postaci. Sądzę, że mam bardzo duży wpływ na swoje role w Teatrze Korez.

– Wolisz reżyserów ze swoją wizją postaci, czy jesteś twórczy i samodzielny jako aktor?

B.: To się łączy ze sobą. Lubię reżyserów, którzy mają swoje wizje postaci, bo to znaczy, że reżyser dobrze wie, czego chce. Mimo wszystko jestem samodzielny i twórczy jako aktor, bo reżyser daje jedynie kierunek, a ja wypełniam tę postać swoją wyobraźnią, poczuciem humoru, zachowaniem, więc to się bardzo równoważy i to mi się podoba.

– Co chciałbyś zagrać? Na jaką rolę czekasz?

B.: O… to jest ciekawe pytanie. Konrada-Gustawa w Dziadach już zagrałem dzięki mojemu koledze z Teatru Śląskiego, Grzesiowi Przybyłowi, bo, na szczęście dla mnie, nie mógł tego zagrać ze względu na inne ważne zobowiązanie i zostałem poproszony przez Grzesia i przez dyrektora Talarczyka, by zrobić za niego zastępstwo na kilka spektakli – więc moje największe marzenie zostało spełnione. Ale gdzieś po głowie chodzi… Makbet, Hamlet… wiadomo, to takie podstawy. Chociaż, nie ukrywam, że z takich wymarzonych ról to ostatnio – Jakub Szapiro w Królu Szczepana Twardocha, cudowna postać, pięknie by się go grało. A tak poza tym… nie czekam na żadne role, taka jest prawda. Co los przyniesie, lub co sami sprowokujemy, jest najciekawsze.

Jaki moment na scenie był dla Ciebie do tej pory najtrudniejszy?

B.: Zdarzyło mi się, dosłownie raz w życiu, że całkowicie się zgubiłem. Była to Wiwisexia grana w Chorzowie, w Sztygarce – i to był jedyny moment w całej mojej karierze zawodowej, gdy pojawiła się w mojej głowie czarna dziura. Ale taka, że absolutnie nie wiedziałem, co powiedzieć dalej: wszyscy związani z tym spektaklem doskonale to pamiętają. Mówię tekst, mówię, mówię, mówię, już wiem, że nie pamiętam, co ma być dalej, aż w końcu powiedziałem „… i dalej nie wiem”. I koniec. To było cudowne, bo sytuacja wyglądała następująco: miałem powiedzieć „stop. Mam najwspanialszą kobitę na świecie, cholerę trochę, z charakterem”. A ja powiedziałem „stop! I dalej nie wiem”. Zapadła cisza. Widz, mam wrażenie, nie zorientował się w sytuacji tak szybko jak koledzy na scenie. Mirek Neinert wtedy powiedział „Chciał pan powiedzieć, że ma pan najwspanialszą żonę na świecie?”. Podpowiedział mi moim tekstem, na co ja mu odpowiedziałem: „Nie sądzę” (śmiech). Dalej nie pamiętałem absolutnie, co mam mówić, dopiero po kilku nakierowaniach przez Mirka i przez Darię złapałem się, gdzie jestem i poleciałem dalej. To był najtrudniejszy, a przynajmniej najciekawszy z momentów na scenie. Poza tym najtrudniejszy – to zrobienie zastępstwa za Grzesia Przybyła w Dziadach, bo to między trzydzieści a czterdzieści stron tekstu, którego trzeba było się nauczyć. Miałem na to dwa miesiące, więc sumiennie codziennie uczyłem się roli i to był dla mnie bardzo trudny moment na scenie, ale też wielkie wyzwanie i szalona jazda, i przyjemność.

– Co byś robił, gdybyś nie był aktorem?

B.: Jak tak myślę… nasuwa mi się, że mógłbym być politykiem, ale nie, polityka to straszna sprawa. Mógłbym uczyć. Staram się to robić w szkole aktorskiej, czuję, że to jest coś, w czym się spełniam, lubię mieć kontakt z młodymi ludźmi, którzy dają masę energii, z jakiej mogę korzystać i dzięki temu dawać im jeszcze więcej z siebie. To bardzo przyjemne, więc mam wrażenie, że gdybym nie był aktorem, mógłbym uczyć. Nie zastanawiałem się nad tym, chociaż patrząc na to, co się dzieje dzisiaj, z koronawirusem, to takie myśli przechodzą przez głowę…

– Czy masz jakieś sztuczki na widzów?

B.: Nie, nie, nigdy nie mam sztuczek, nawet nie staram się tak o tym myśleć, bo najważniejsze jest to, żeby widz dostał historię o ludziach, którzy są na scenie. Czy przy okazji zahaczymy o widza, pociągniemy go za sobą – to już dodatek. Wydaje mi się, że największa sztuczka to zaangażować widza w historię postaci.

– Czy zmieniłbyś coś w swoich bohaterach?

B.: Nie, kocham ich takimi, jakimi są.

– Jaki wpływ na to, co robisz, mają żona-aktorka, mama-aktorka i teatralny Pies Stefan?

B.: Na pewno bardzo duży, bo nie da się ukryć, że gdy masz matkę-aktorkę i żonę-aktorkę, to ten teatr jest stale obecny w twoim życiu, nawet jeśli wychodzisz z teatru, to myślami jesteś w nim dalej. Moja żona jest dla mnie największym wsparciem scenicznym i pozascenicznym, jakie mogę mieć, zawsze mogę na nią liczyć, również na jej konstruktywną krytykę. Mama-aktorka ma na mnie duży wpływ, bo ukształtowałem się, oglądając mamę i jej kolegów na scenie, dzięki nim pokochałem zawód, pokochałem teatr, dzięki nim chciałem zostać aktorem. Teatralny pies Stefan… (śmiech) ma wpływ bardzo duży, bo Stefan pies, znowu wrócimy do Dziadów, był moim partnerem w trakcie nauki tekstu, siedział przede mną, patrzył mi głęboko w oczy i miałem wrażenie, że naprawdę mnie słucha, było fajnie mówić do niego. Ale też Stefan jest przez to moim największym krytykiem… Mam wrażenie, że mój tata jest najlepszym krytykiem, bo, skubany, wyłapuje takie rzeczy, które normalnie nam do głowy nie przychodzą, mimo że aktorem nie jest. Chociaż przez to, że ma syna, żonę i synową aktorów, to jakby w tym teatrze był od zawsze… jednak to Stefan jest twardszym graczem, bo kiedy Stefanowi się nudziło, jak ćwiczyłem rolę Konrada-Gustawa, to po prostu parskał i odchodził. I to był bardzo jasny sygnał, że „oj, chłopie, chyba musisz to zrobić trochę lepiej”.

Komentarze
Udostepnij