Recenzje

Pożądanie, prysznic i urodzinowy tort

O spektaklu „Tramwaj zwany pożądaniem” Tennessee Williamsa w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej w Teatrze Ochoty im. Haliny i Jana Machulskich w Warszawie pisze Anna Czajkowska.

Większość utworów, które wyszły spod pióra Tennessee Williamsa od lat budzi sprzeczne uczucia: od zachwytów i mocnych wzruszeń po rozczarowanie, niesmak, nawet zgorszenie. Siedem tomów opowiadań, trzy tomy poezji, dwie powieści, autobiografia oraz ponad pięćdziesiąt sztuk teatralnych i scenariuszy filmowych ma swe źródło w przeszłości pisarza z Missisipi, a trudne przeżycia, wszelkie bolesne doświadczenia oraz liczne zawody i upokorzenia, trzeba dodać, że nie tylko własne, to z jednej strony bogactwo, a z drugiej przekleństwo. „Chcę, by ludzie po obejrzeniu mojej sztuki mówili: to jest życie” – tak komentował swe teksty przeznaczone na scenę Tennessee Williams. Starał się pokazać publiczności szare życie zwykłych Amerykanów, ich zmagania z codziennością, bez upiększania i koloryzacji. Jego sztuki są dosadne, niegrzeczne, emanują zmysłowością i naturalizmem, jednak publiczność je uwielbia, natomiast krytycy niezmiennie zastanawiają się, czy utwory Williamsa pisane były „pod publiczkę”, czy raczej reprezentują poetycki dramat amerykański? Niedaleko im do kiczu, ale kicz może być karykaturą geniuszu, niekoniecznie jego przeciwieństwem. Bohaterowie sztuk Tennessee Williamsa są najczęściej ludźmi słabymi i jednocześnie kochającymi, cierpiącymi i nienawidzącymi na najwyższych uczuciowych tonach. Małgorzata Bogajewska, wracając po latach do dramaturgii Williamsa (w 2010 roku reżyserowała „Kotkę na gorącym blaszanym dachu” w łódzkim Teatrze im. S. Jaracza), wraz z znakomitym, młodym zespołem Teatru Ochoty wzięła na warsztat „Tramwaj zwany pożądaniem” pokazując, że tekst wciąż dobrze rezonuje z naszą rzeczywistością. Pani reżyser i aktorzy wspólnie przyglądają się hipokryzji i zakłamaniu, stereotypom i rolom społecznym, które nas przytłaczają, jednak trudno się z nich wyrwać, gdy u podstaw stoi brak środków do życia i brutalna ekonomia.

Akcja dramatu toczy się w Nowym Orleanie, w gorącym tyglu przenikających się kultur , ale lata czterdzieste XX wieku zamienione zostały na współczesność. W biednej dzielnicy emigrantów, głównie polskiego pochodzenia, mieszkają Stella i Stanley Kowalski. Pewnego dnia z tramwaju zwanego „Pożądaniem” wysiada starsza siostra Stelli, Blanche DuBois. Zdaje się, że przyjechała jedynie z krótką wizytą, by odwiedzić swoją młodszą siostrę i jej męża. W miarę upływu czasu dziewczyna coraz bardziej odwleka powrót do domu, z czego nie jest zadowolony gwałtownie reagujący Stanley. Dodatkowo posądza on Blanche o oszustwo w sprawie sprzedaży domu, pięknego Belle Reve, własności obu sióstr. Stanley za wszelką cenę próbuje dociec prawdy i wyjaśnić problemy majątkowe rodziny, a przy okazji poszukiwań natrafia na niepokojące fakty z życia szwagierki. Konfrontacja dwóch różnych osobowości, charakterów Stanleya i Blanche oraz ciągłe emocjonalne napięcie prowadzą do coraz brutalniejszych awantur i wybuchów furii. Stereotypy rządzą, wyparte problemy wychodzą na światło dzienne. W tej sytuacji tragiczny finał nie będzie zaskoczeniem… .

Koncepcja reżyserska Małgorzaty Bogajewskiej jest dość nowatorska i bardzo ciekawa – nic nie jest w spektaklu oczywiste, uczestniczymy bowiem w eksperymencie, jak podkreśla narrator – świetny w tej i innych rolach Paweł Janyst. To on daje sygnał do rozpoczęcia, wyjaśnia okoliczności, wyznacza pauzy, zatrzymuje bieg i zwroty akcji, nieustannie przypominając o tym, że jesteśmy w teatrze. Atmosfera zagęszcza się z każdą minutą i gdy napięcie sięga zenitu, Janyst zdecydowanym ruchem przerywa dialogi, czasem rzuca dowcipem – celowo mało udanym, korespondującym z seksistowskimi uprzedzeniami. Nie poprawia autora, nie zaskakuje złotą myślą, interpretację celowo pozostawiając publiczności. Wydarzenia cały czas „dzieją się”, sprawiając wrażenie niedoprecyzowanych, podatnych na zmiany. Wbrew pozorom taki zabieg jeszcze mocniej angażuje widza, mimo dystansu, do którego skłania. Z bliska przyglądamy się zagmatwanym relacjom, wchodząc głębiej w analizę portretów psychologicznych postaci. W małej, kameralnej przestrzeni jest to łatwiejsze, zwłaszcza gdy bohaterowie są tuż obok, siadają na widowni i nigdy nie znikają z pola widzenia. Naturalizm, wręcz zwierzęca zmysłowość zderzone z umownością obecną w każdym elemencie, kostiumach, ich zmianach, dekoracjach, nadają spektaklowi specyficzny rytm i klimat. Wymowę i styl inscenizacji determinuje częściowo mocny przekład Jacka Poniedziałka, który stara się zachowywać atmosferę i rytm utworu, a także potoczny charakter mowy bohaterów, dodatkowo określający osobowość każdego z nich. Prosty czy nawet wręcz prostacki, ostro przyprawiony sposób wypowiadania się, wulgaryzmy i dosadne wyrażenia czynią dialogi żywszymi, ale też stają się wyrazem wzajemnej agresji i gwałtownych emocji. Młodzi aktorzy, których widziałam już w kilku realizacjach Teatru Ochoty, potrafią – podobnie jak w innych spektaklach – wejść umiejętnie w role, oddać niuanse charakterów, podkreślić to, co u Williamsa najważniejsze. Z jednej strony mamy romantyzm, sentymentalność, a z drugiej degenerację, okrucieństwo, zakłamanie i barbarzyństwo. Silna zmysłowość, brutalna seksualność Stanleya stoi w opozycji do wrażliwości Blanche, jej marzeń o lepszym świecie czy subtelnej delikatności Stelli. Kobiety u Williamsa są zazwyczaj istotami kruchymi, delikatnymi i łatwo je zgnieść czy zranić. Z nimi autor sympatyzuje, głęboko wnikając w bolesne dramaty bohaterek – „ja zawsze dobrze żyłem z kobietami, choć one potrafią być potworne. Ale większość ludzi jest potwornych, bo żyjemy w systemie ogromnej hipokryzji” – mówił pisarz. Irmina Liszkowska jako Blanche doskonale oddaje zmysłowość, neurotyczną osobowość, rozchwianie emocjonalne bohaterki. Kim tak naprawdę jest – niepoprawną romantyczką czy nimfomanką i krętaczką? Blanche żyje między skrajnościami, jej rzeczywistość spaja się ze stworzonym  samodzielnie  fantastycznym światem. W ten sposób broni się przed trudną przeszłością, próbuje uwolnić od stereotypowej roli, którą na siłę narzuca jej otoczenie. I nie chce zrezygnować z marzeń o własnym życiu, odrobinie magii w szarej codzienności oraz przerwaniu koszmarnej samotności. Kocha siostrę, ale ma do niej ogromny żal. Malwina Laska-Eichmann jako Stella tworzy nie mniej ciekawą kreację. Emanuje delikatnym, kobiecym spokojem, jednak tkwi w niej podobny tragizm, jak w Blanche. Dawno porzuciła marzenia o cudownej miłości i dla Stanleya godzi się na wszystko. Kocha tego brutalnego, przepełnionego męską siłą samca alfa, który czasem uderzy, ale  przecież zaraz przeprasza. Nie potrafi się buntować, zresztą – podobnie jak siostra – nie ma szans. Obie kobiety, wychowane w tym samym domu, są bardzo do siebie podobne  – przepełnione wewnętrznym niepokojem, bezbronne wobec bezwzględnej rzeczywistości. Ubóstwo i brak pieniędzy determinuje ich działania, wyznaczają miejsce w społeczeństwie.

W spektaklu Teatru Ochoty młodzi mężczyźni dość zdecydowanie bronią swoich racji – niejednoznacznością, wysoką emocjonalnością, determinacją – taki jest Stanley Kowalski Michała Pawlika, bądź nieśmiałością i rozczulającym zagubieniem – Mitch Krzysztofa Oleksyna. Bohater Michała Pawlika nie jest jedynie nieokrzesanym brutalem. Aktor pomaga nam zrozumieć jego postępowanie, bez potępiania – Stanley jest prostym człowiekiem, ale ma swój honor i potrafi okazać głębsze uczucia. Życie go nie rozpieszcza, jednak dobrze sobie radzi i bardzo boli go upokarzanie oraz to, że szwagierka nazywa go „Polaczkiem”. To prawda – jego męskość, siła  i osobowość macho fascynują kobiety, choć są dla nich zgubne. Blanche nieustannie prowokuje Stanleya, początkowo myśli o walce na równych prawach, niestety – zwycięstwo w świecie budowanym na stereotypach jest niemal z góry określone i łatwe do przewidzenia. Moim zdecydowanym, scenicznym faworytem jest jednak Paweł Janyst. Kolejny raz podziwiam jego stylową grę, umiejętność budowania postaci, dialog z publicznością i techniczną biegłość, jakże cenną u tak młodego artysty. Zresztą aktorstwo całej piątki jest siłą tego spektaklu i zasługuje na wysokie oceny. Mimo wszystkich pozytywnych uwag dotyczących spektaklu, muszę zwrócić uwagę na  pewien wielce irytujący szczegół – nadmiar dymu papierosowego może być bardzo uciążliwy dla widzów. Na przyszłość warto przemyśleć ten nic nie wnoszący do akcji dramatu element.

Scenografia i kostiumy Joanny Jaśko-Sroki bardzo dobrze oddają niejednoznaczność bohaterów, ich rozedrganie oraz umowność spektaklu. Zaprojektowane z dużą starannością elementy przyciągają wzrok, pomagają określić stan emocjonalny i symboliczność scen.

Choć od prapremiery spektaklu minęło ponad 70 lat, outsiderzy i nadwrażliwcy stworzeni przez Williamsa, wciąż targani wątpliwościami i namiętnościami, z rozchwianą seksualnością nie przestają intrygować. Zespół Teatru Ochoty oraz Małgorzata Bogajewska ze szczerością, życzliwością i wnikliwością analizują ich poczynania i wybory, podkreślając współczesny wymiar problemów, a także uniwersalność postaci. Czy młodzi bohaterowie, żyjący w takich a nie innych warunkach mają szanse na samodzielność, realizację własnych planów i marzeń? Odrzucenie krzywdzących schematów i narzuconych ról? To pytanie nie tylko do twórców, ale i do widza.

fot. Artur Wesołowski

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , , ,