Wywiady

Prawda o życiu

Izabela Mikrut rozmawia z aktorem Jackiem Kawalcem.

Sztajgerowy Cajtung: Jaka jest Pana kobieta na zamówienie?

Jacek Kawalec: Ja to zamówienie złożyłem 34 lata temu, ale dowiedziałem się, że realizacja zamówienia możliwa jest jedynie po uregulowaniu należności, i to nie gotówką ani nawet przelewem. W grę wchodziła jedynie transakcja na zasadzie handlu wymiennego. Za zamówioną kobietę trzeba było dostarczyć mężczyznę na zamówienie, czyli siebie. Jak do tej pory, poza normalnymi usterkami eksploatacyjnymi, strony kontraktu nie wnosiły poważniejszych reklamacji, które skutkowałyby zwrotem egzemplarza.

Sz. C.: Czy więc Pan jako mężczyzna na zamówienie dobrze by się sprawdził?

K.: To musi działać w dwie strony. Obie muszą być zadowolone. Obawiam się, że tym razem będę nudny, bo chyba już w pewnym sensie udzieliłem odpowiedzi na to pytanie przytoczonym powyżej stażem związku.

Sz. C.: W jakich spektaklach najbardziej lubi Pan grać? A może woli role śpiewane i recitale?

K.: Lubię trudne zadania aktorskie, ale przede wszystkim cenię sobie dobry materiał literacki do przedstawiania na scenie. Niewątpliwie w przypadku Kobiety na zamówienie, sztuki kanadyjskiego pisarza Norma Fostera, z takim materiałem mamy do czynienia. Co do śpiewania, to rzeczywiście ostatnio mam coraz więcej do tego okazji i coraz częściej jestem zapraszany do różnych przedsięwzięć muzycznych nie jako aktor, ale właśnie jako wokalista. Czerpię z tego dużo satysfakcji, tym bardziej, że publiczność dobrze to odbiera i zazwyczaj jest bardzo pozytywnie zdziwiona moim śpiewaniem. Mam także dwa własne projekty muzyczne: Joe Cocker – śpiewa Jacek Kawalec: 1,5-godzinne muzyczne show z udziałem 10 muzyków, które jest nie tylko pełnym emocji koncertem, podobnym do tych, jakie za życia dawał Joe Cocker, ale też opowieścią o artystycznym życiu tego wielkiego wokalisty. Można tego koncertu posłuchać na YouTube, ale zapewniam, że najlepiej uczestniczyć w nim na żywo. Drugi projekt to Muzyczne Twarze Kawalca, również 1,5-godzinny koncert, w którym wcielam się w postaci bardzo różnych wokalistów, takich artystów jak Sting, Louis Armstrong, Robert Plant czy Czesław Niemen i wielu innych. Tu zasadą jest to, że śpiewam ekstremalnie różnymi głosami i w bardzo różnych estetykach. W obu projektach oczywiście wszystko dzieje się na żywo, bez żadnej ściemy, czyli tzw. playbacków – tym naprawdę się brzydzę.

Sz. C.: Co najbardziej ceni Pan w show-biznesie?

K.: Profesjonalizm. Fachowość. Kiedy przyjeżdżam zaśpiewać koncert z zespołem, czy zagrać spektakl, to zależy mi, żeby scena czy estrada była dobrze przygotowana, nagłośniona i oświetlona. Żeby cała technika funkcjonowała prawidłowo. Chcę dostarczyć widzowi pełnię wrażeń i emocji, na które wydał swoje pieniądze, płacąc za bilet. Oprócz nas, artystów, powodzenie całego show zależy od ciężkiej pracy wielu fachowców, których widownia niestety nie zauważa. Właśnie ich dobrą pracę cenię najbardziej w show-biznesie.

Sz. C.: Czy ma Pan jakieś sprawdzone sposoby na rozśmieszanie publiczności?

K.: Najważniejsze jest to, żeby mieć dystans do siebie i umieć żartować z samego siebie. Publiczność to docenia. Wie dzięki temu, że ma do czynienia z „normalnym” facetem, a nie nadętym gościem, który uważa się za nie wiadomo kogo. Kiedy prowadzę imprezę czy daję koncert, zawsze staram się przełamywać bariery między mną a publicznością. Oczywiście w sytuacjach teatralnych z natury rzeczy musi być trochę inaczej, bo w teatrze zwykle obowiązuje tzw. czwarta ściana. Wtedy na scenie nie jestem Jackiem Kawalcem, ale graną przez niego postacią. Po spektaklu jestem znowu sobą i nie widzę powodu, dla którego miałbym odmówić komuś wspólnego selfie, jeśli mnie o to poprosi. No chyba że akurat odjeżdża mój pociąg, na który się śpieszę. Wracając jeszcze do rozśmieszania, to jest pewien patent, który polega na tym, żeby o sprawach absurdalnych i naprawdę śmiesznych starać się mówić ze śmiertelną powagą. Mistrzynią w tym była Irena Kwiatkowska, z którą miałem zaszczyt pracować wiele lat. I jeszcze jedna zasada: nie śmiać się z własnych dowcipów i bon motów. To zabija każdy żart.

Sz. C.: Jako aktor jest Pan posłuszny reżyserowi, czy raczej częściej ma swoje zdanie?

K.: Dobry reżyser zawsze pozostawia aktorowi dużo swobody. Wręcz czerpie i korzysta z emocji i propozycji aktora. Jest po to, by energię, którą daje z siebie aktor, skierować na właściwe tory. Staram się pracować właśnie z takimi reżyserami. Oczywiście nie zawsze mam takie szczęście i wtedy bywam uparty i krnąbrny.

Sz. C.: Czego na scenie Pan nie zrobi?

K.: Nie będę kłamał. To znaczy: zawsze będę się starał być prawdziwy. Jeśli nawet postać, którą gram, kłamie, to ja będę kłamał prawdziwie. Widownia zawsze czuje fałsz, który pojawia się na scenie. No i na pewno nie zaśpiewam koncertu z playbacku. Robią to niektóre „gwiazdy”. Ja uważam, że to jest naprawdę nieuczciwe wobec ludzi, którzy zapłacili za to, by usłyszeć artystę, a nie jego głos nagrany i poprawiony przez komputer w studio.

Sz. C.: Czy chciałby Pan jakoś uzupełnić swoją rolę w Kobiecie na zamówienie w oparciu o reakcje widzów?

K.: To, co gram na scenie, zawsze w jakimś sensie zależy od publiczności. Nie znaczy to, że na jej życzenie będę zmieniał tekst czy ustalone przez reżysera sytuacje. W zależności od reakcji widza jest to krótsza lub dłuższa pauza po jakiejś kwestii, czy inne rozłożenie akcentów. Każdy spektakl to wymiana energii pomiędzy aktorami a widownią. Zwłaszcza w komedii to publiczność jest ostatecznym reżyserem każdego spektaklu.

Sz. C.: Czy wykorzystuje Pan role do przekazywania czegoś ludziom? A może widzowie po spektaklach przychodzą i zwierzają się, że historia ze sceny im pomogła?

K.: Sztuka nie może być pusta. Jeśli nie skłania do myślenia, to nie ma sensu. Nawet jeśli widz przychodzi jedynie dla rozrywki, to staram się, by wyszedł w jakiś sposób poruszony. Jeśli tak nie jest, to artysta ponosi porażkę, nawet jeśli za występ bierze grubą gażę. Jest wtedy cwaniakiem i oszustem, a nie artystą. Nie chcę być oszustem. Mam w domu lustro. Chcę, żeby ze sceny, czy to teatralnej, czy w czasie koncertu muzycznego, padała jakaś prawda o życiu. Pewnego razu w Nowym Sączu podszedł do mnie na ulicy obdarty, nieświeży facet i poprosił o pieniądze na flaszkę. Powiedziałem: „Dam, ale jak przyjdziesz na przedstawienie. Za godzinę gram tu, w Domu Kultury.” Załatwiłem mu bezpłatną wejściówkę. Po spektaklu przyszedł i powiedział: „Dobre było. Chyba nie chcę już na flaszkę. A jak będę chciał, to se zarobię”.

Sz. C.: Czym jest dla Pana popularność?

K.: To funkcja obecności w mediach. Jeśli cię rozpoznają, to znaczy, że akurat jest cię w nich więcej. Nigdy nie było to dla mnie celem samym w sobie. Przyznam nawet, że wolę grać czy śpiewać dla kogoś, kto mnie nie rozpoznaje, a to się czasem zdarza. Bo dopiero kiedy uda mi się skupić uwagę widza czy słuchacza, który mnie nie kojarzy, i nie korzystam z kredytu zaufania, jaki daje popularność, wiem, że to, co robię, robię dobrze.

Sz. C.: Czy coś Pan stracił przez bycie osobą rozpoznawalną, czy to raczej sytuacja, która ma same plusy?

K.: Wiadomo, że każdy kijek ma dwa końce. Niekiedy to jest bardziej pobłażliwe potraktowanie przez policjanta przy wykroczeniu drogowym, czy życzliwsze potraktowanie przez urzędniczkę, kiedy staram się przebić przez jakiś biurokratyczny mur. A czasami wręcz odwrotnie: walnę panu większy mandat, albo policzę więcej za wymianę tłumika w aucie, bo na pewno ma pan kupę kasy, skoro widzę pana w telewizji.

Sz. C.: Czego artystycznie jeszcze Pan nie zrobił, a bardzo by chciał?

K.: Chciałbym móc całkowicie skupić się wyłącznie na ambitnych, a nie również komercyjnych przedsięwzięciach artystycznych. To jest jednak bardzo trudne do osiągnięcia. Obawiam się, że nawet zupełnie nieosiągalne dla odpowiedzialnego człowieka, który chce zapewnić byt rodzinie i ma do spłacenia kredyty, zaciągnięte po to, żeby rodzina miała gdzie mieszkać. Dlatego cenię sobie udział w takich spektaklach jak Kobieta na zamówienie, czy koncertowanie z repertuarem Joe Cockera. To rozsądny kompromis. Gram w sztuce, którą chce oglądać wielu ludzi, lub śpiewam piosenki, których wszyscy lubią słuchać. Więc producentowi to się opłaca, a jednocześnie nie rezygnuję z pewnego poziomu artystycznego.

Sz. C.: Co jest dla Pana największym aktorskim wyzwaniem?

K.: Granie dla publiczności, która jest nastawiona bardzo sceptycznie. Kiedyś jako próbę generalną przed premierą monodramu Ta cisza to ja… zagrałem ten tekst w zakładzie karnym. To była sztuka o aktorze, który stoczył się ze szczytu popularności do bezdomności z powodu choroby alkoholowej. Momentami bardzo śmieszna, ale też poruszająca autentycznością tej trudnej opowieści i huśtawką emocji, dająca wiele do myślenia. „Prawdziwi twardziele”, których, jak twierdzili przed rozpoczęciem przedstawienia, klawisze spędzili spod cel do wspólnej sali po to, żeby jakiś Kawalec pie…lił im pogadankę antyalkoholową, po paru minutach spektaklu rechotali ze śmiechu w momentach, które autor, aktor i reżyser zaplanowali jako śmieszne i słuchali w skupieniu, kiedy do śmiechu nie było. Na koniec ci „twardziele”, którzy na co dzień obawiają się okazać słabość, bo wiadomo, co to znaczy w więzieniu, płakali prawdziwymi łzami i żegnali się ze mną „na niedźwiedzia”. Zobaczyli w tej sztuce własne lustrzane odbicie. Choć niektórzy z nich prawdopodobnie pierwszy raz w życiu widzieli aktora grającego na żywo. Dla mnie ich reakcja była chyba najwyższą gażą, jaką udało mi się zdobyć na scenie. Choć sceną były cztery połączone stoły więziennej świetlicy.


Fot. Radek Ragan


Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”.

Komentarze
Udostepnij
Tags: ,