Recenzje

Projekt Zośka

Stryjeńska. Let’s dance Zofia, w reż. Joanny Lewickiej w Instytucie Teatralnym w Warszawie – pisze Magda Kuydowicz.

„Stryjeńska. Let’s dance Zofia” – monodram o losach Zofii Stryjeńskiej w świetnej interpretacji Doroty Landowskiej powstawał dwa lata. Od momentu napisania dramatu inspirowanego biografią Angeliki Kluźniak do zdjęć w miejscach artystycznej podróży śladami artystki. Do Paryża, Genewy i Monachium Landowska pojechała wraz z autorką dramatu, Anną Dudą, i reżyserką Joanną Lewicką. Nakręciły zdjęcia, które stały się integralną częścią spektaklu.  

Zofia Stryjeńska była prawdziwą rebeliantką. W czasach gdy kobietom trudno było zdobyć wykształcenie, pożyczyła paszport brata i przebrana za niego studiowała malarstwo w Monachium. Świetna malarka, scenografka i autorka projektów zabawek za życia cierpiała głód, borykała się z problemami psychicznymi. Szalała także z miłości do męża Karola Stryjeńskiego, który porzucił ją po kilku latach małżeństwa. Zofia biegała wówczas po ulicach z nożem, chcąc zabić nową ukochaną męża. Miesiącami siedziała w pokoju prawie nie jedząc i nie myjąc się. Bała się wyjść także dlatego, że wszędzie czyhali na nią komornicy, gotowi zająć wszelkie dobra na poczet jej długów. Tak zajęli w końcu wszystkie jej dzieła na jednej z krakowskich wystaw. Malarka sama błąkała się wieczorami po ulicach, namawiając przechodniów do kupna jej obrazów. Jednocześnie była skora do flirtów i prowokowania innych. Żywa, inteligentna, ekscentryczna  i niebywale utalentowana, do końca życia walczyła o prawo do artystycznej ekspresji. Trudno wyczuć, co w jej listach (będących kanwą zarówno biografii, jak i spektaklu) było prawdą, a co zmyśleniem. Dlatego zapewne aktorka wybrała dystans w sposobie opowiadania o Stryjeńskiej. Mówi delikatnie o jej postępującym szaleństwie, skupia się na języku malarki – pełnym humoru, a więc i dystansu do samej siebie. Spektakl sprawia wrażenie ”projektu Zośka”, próby zbliżenia się do postaci, której aktorka nie miała szansy niestety poznać (Stryjeńska zmarła w 1976 roku). Jak sama aktorka opowiadała w jednej z radiowych audycji, nie było jej łatwo „podejść do Zośki”. To nie jest oczywista postać, narysowana zdecydowaną kreską. Składa się ona z ułamków biografii, historii i niedopowiedzeń. Ciekawym tłem opowieści Landowskiej jest film nakręcony w miejscach dla Stryjeńskiej ważnych. Dopiero chodząc uliczkami Paryża, poznając okolice uczelni w Monachium i miejsca zamieszkania Stryjeńskiej w Genewie, Landowska poczuła, jak powinna zagrać, opowiedzieć losy swojej bohaterki.

Staje przed publicznością w krótkim surducie, peruce i z wąsem – przebrana za mężczyznę. Za chwilę tańczy jak obłąkana w wianku na głowie, płacze po stracie ukochanego. Szkoda, że reżyserka monodramu nie zdecydowała się pokazać chociaż kilku niezwykłych obrazów Stryjeńskiej, nie pokusiła się także o odtworzenie procesu twórczego artystki. Mam wrażenie, że wówczas obraz tej postaci byłby pełniejszy. Co prawda nie ma tego i w biografii Stryjeńska. Diabli nadali”, ale może warto by było jakoś do tego nawiązać nie tylko w przejmującej finałowej scenie, gdy artystka usiłuje malować samą siebie i ochlapuje farbą twarz, ręce i całą swoją postać.

Spektakl ogląda się z przyjemnością, chwilami z napięciem i łzami w oczach. Chwile, gdy Stryjeńska wspomina pogrzeb syna Jacka czy recenzuje sama dziwny związek emocjonalny z córką Magdą, to bardzo mocne momenty przedstawienia. Także finał, gdy śpiewa góralską piosenkę znaną jako Dwie tęsknoty”.

Dorota Landowska ze swoją „Zośką” jeździ po całej Polsce, była już za tę rolę nagradzana. Wszędzie publiczność zjawia się tłumnie i gotuje jej na końcu owacje. Mimo niewidocznej prawie promocji spektakl cieszy się ogromnym powodzeniem. I to jest niezwykle budujące. Okazuje się, że jesteśmy wciąż spragnieni dobrego teatru, intymnej relacji z artystą, jaką można uzyskać w dobrze zagranym monodramie. Szczególnie gdy jest to aktorstwo najwyższej próby – a takie prezentuje Dorota Landowska.


Fot. Piotr Gąska

Komentarze
Udostepnij
Tags: , ,