Recenzje

Przemijanie człowieka, aktora i… sztuki

O spektaklu “Minetti. Portret artysty z czasów starości” Thomasa Bernharda w reż. Andrzeja Domalika w Teatrze Polonia w Warszawie pisze Magda Kuydowicz.

Hasło „tylko kultura nas ocali” wydaje mi się wyjątkowo trafne. Zawsze się sprawdza. Dlatego mimo lekkiej kontuzji i nadmiaru zajęć w trwającym od czerwca maratonie zawodowym, postanowiłam w sobotę wieczorem pójść do teatru.

Spektakl” Minetti – portret artysty z czasów starości”, w Teatrze Polonia, to wielki sukces grającego główną rolę Jana Peszka. Tytułowa postać wzorowana jest na autentycznej osobie – wybitnym niemieckim aktorze, Bernhardzie Minettim, przyjacielu i długoletnim współpracowniku dramaturga Thomasa Bernharda. Autor dramatu, korzystając z wielu lat doświadczeń, wykreował postać Minettiego jako symboliczną figurę Aktora. Powstała gorzka i bolesna historia o przemijaniu człowieka, aktora i szeroko pojętej sztuki. Tekst nie stracił nic na aktualności, także dzięki kreacji Peszka, który gra w tym przedstawieniu – jeśli można tak rzec – ”całym sobą” – dynamicznie, intensywnie, jednocześnie niuansując emocje i środki wyrazu, z których korzysta z pełną świadomością każdego gestu i słowa. Wspaniała technika aktora, który gra w tym spektaklu człowieka w swoim wieku i z podobnym doświadczenie, powoduje, że na scenie dzieją się rzeczy niebywałe. I na widowni także.

Publiczność weekendowa w teatrze nie jest łatwą, miłą i przyjemną grupą ludzi potrafiącą skupić się tylko na grze aktorów. Trzeba widzów od początku „złapać za gardło”, by zapomnieli o niewypitych drinkach, telefonach i innych towarzyskich pokusach. Rozpieszczeni Netflixem, szybkim i prostym przekazem informacji są rozproszeni, nieuważni i znękani codziennością. Dlatego potrzebna jest wykonawcza charyzma i wiedza o tym, dla kogo się tego wieczoru gra. A to, aktor klasy Jana Peszka, śmiem twierdzić, wie od razu, gdy tylko wejdzie na scenę. Czuje energię, lub jej brak, widzi kątem oka widzów przemykających w ciemnościach, by przycupnąć na schodach, tak samo nie ujdą jego uwadze dwie starsze panie w pierwszym rzędzie, kłócące się o to, która nie wyłączyła telefonu komórkowego. Moja koleżanka, która wpadła na widownię w ostatniej chwili i została usadzona na dodatkowym, dostawionym miejscu, powiedziała mi po spektaklu, że mimo zdenerwowania z powodu spóźnienia i ogromnych korków w Warszawie, z marszu weszła w historię Minettiego i podobnie jak reszta widzów siedziała jak zaczarowana.

Wszystko to udało się osiągnąć dzięki niesłychanej sile tekstu Bernharda (świetne tłumaczenie Moniki Muskały), wrażliwości grających aktorów i uważnej reżyserii Andrzeja Domalika. Jan Peszek sprostał ogromnemu wyzwaniu w sposób tak naturalny, że wydaje się jakby to on sam czekał na pojawienie się dyrektora teatru we Fryburgu i opowiadał wszystkim w hotelowym foyer o swojej karierze. A właściwie o trzydziestoletnim jej zmierzchu. Każdy z protagonistów – i Dama, i boy hotelowy, i młoda dziewczyna, która czeka na swojego chłopaka (piękna i oszczędna w sposobie gry Zofia Domalik) – musi wysłuchać jego historii .

Od momentu, gdy Minetti stawia swoją zniszczoną walizkę i zwraca się w kierunku Damy w czerwonej sukni (posągowa, broniąca do końca pozorów samokontroli Małgorzata Zajączkowska) jesteśmy jego przyjaciółmi. Sprzyjamy mu, pełni nadziei, że los sprawi cud i życie artysty odmieni się na lepsze. Wieloletnie oszczędności, które pozwoliły tytułowemu bohaterowi na podróż w celu spotkania się z dyrektorem, który ma mu pomóc zagrać Szekspira i wrócić na szczyty aktorskiej sławy, nie zostaną zmarnowane. Choć doskonale wiemy, że do realizacji planowanych zamierzeń nie dojdzie. Sylwestrowa noc, grupka młodzieży bawiącej się w hotelowej windzie, która, niczym chór grecki, przepowiada upadek Minettiego, zniszczony strój i nędzne strzępy wycinków prasowych z recenzjami, odczytywanymi z goryczą w głosie – wszystko to przepowiada koniec życia artysty. Ukazuje też jego walkę o godność i o chęć powrotu na scenę, o poczucie, że lata pracy w teatrze miały sens i nie zostały zaprzepaszczone i zmarnowane. Bohater Bernharda wyznaje, że był buntownikiem. Grał przeciw tekstowi, widzowi, całemu światu. Był kochany, a jednak skończył na wygnaniu,  z którego powraca, by opowiedzieć nam swoją historię. Zakończyć ją na swoich warunkach.

„Minetti” to niezwykły tekst, dobra inscenizacja i zagrane koncertowo przedstawienie. Tego spektaklu po prostu nie wolno przegapić na letniej, teatralnej mapie Warszawy.

fot. Katarzyna Kural-Sadowska

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , ,