Recenzje

Przez wiśniowy sad po skosie

O spektaklu “Wiśniowy sad” Antoniego Czechowa w reż. Andro Enukidze w Teatrze Siemaszkowej w Rzeszowie pisze Aram Stern.

Na otwarcie Międzynarodowego Festiwalu TRANS/MISJE – TRÓJMORZE w Rzeszowie,  jego organizator – Teatr im. Wandy Siemaszkowej przygotował premierę Wiśniowego sadu Antoniego Czechowa w reżyserii Andro Enukidze. Gruziński reżyser i dyrektor artystyczny Państwowego Teatru im. Ilii Czawczawadzego w Batumi był w 2019 roku gościem Międzynarodowego Festiwalu TRANS/MISJE – Wschód Sztuki, kiedy to w rzeszowskim Teatrze Maska zaprezentował spektakl Syndrom, albo do kogo śpiewasz? na podstawie sztuki Sławomira Mrożka Karol. Już wówczas wielu widzów i recenzentów zwróciło uwagę na niezwykle przewrotny sposób pracy reżysera z aktorami, w której umiejętnie łączy on tonację komiczną ze złowrogą, krocząc nimi niejako ukosem, nie osądzając swych bohaterów. Tak też wyreżyserował Wiśniowy sad i w tym roku z rzeszowskimi aktorami „Siemaszki” zachwycił na sto procent.

Już scenografia (Mirian Shvelidze i Shota Bagalishvili), ustawiona po skosie Dużej Sceny, z wysuniętym na trzy rzędy pomostem, fotografią Wieży Eiffla w horyzoncie sceny oraz ścianami z pomarszczonymi od wilgoci tapetami i sufitem z pozszywanych firan, wśród których zwisają smutno stare suknie Lubow Raniewskiej, zdradza nieco, jak na odchodzący świat rosyjskiej arystokracji z początku ubiegłego wieku chce patrzeć Andro Enukidze. Reżyser rzeszowskiej inscenizacji i jednocześnie autor scenariusza oraz „duszoszczypatielnego” opracowania muzycznego do ostatniego napisanego przez Czechowa dramatu najpierw dopisuje jego początek, co w pierwszej chwili wydaje się nieco karkołomnie karykaturalnym zabiegiem. Kiedy na scenę wkracza stareńka Raniewska (Mariola Łabno-Flaubenhaft), sunąc ślimaczym tempem z trzęsącą się ręką. Złośliwie strofuje Warię (Dagny Mikoś), ta zaś, nie pozostając jej dłużna, przedrzeźnia ją w dość przejaskrawiony sposób, co może irytować nie tylko główną bohaterkę. W ten sposób sceny, nieco farsowo zagrane przez Dagny Mikoś, stanowią piękny ukłon reżysera ku pamięci Antona Pawłowicza, który przecież od początku był przeciwny wystawianiu jego „komedii” w tonacji tragicznej. Andro Enukidze tym samym celowo stawia przerysowaną postać Warii w stylistyce pewnej ironii,  usadawiając ją na granicy teatru, a „nie-teatru”,  zachęcając zarazem, by się do niej uśmiechnąć, co nam się jednak jakoś nie udaje.

Tymczasem, gdy Raniewska „powraca” wspomnieniem do wieku średniego, do sylwetki kobiety atrakcyjnie dojrzałej, już do końca spektaklu nie możemy oderwać od niej wzroku i ponownie jesteśmy u Czechowa, z jego nostalgicznym poczuciem goryczy przemijania. Kreacja Marioli Łabno-Flaubenhaft znakomicie oddaje dumę Lubow, kobiety niegdyś zamożnej, jeszcze obwieszonej diamentami, ale żyjącej w rozległym oderwaniu od rzeczywistości, od swego bankructwa, okradającego ją w Paryżu kochanka i perspektywy utraty ukochanego wiśniowego sadu, który kocha chyba bardziej od niego. Skoncentrowana na swym wewnętrznym dramacie, tak piękna i odpychająca jednocześnie w poszukiwaniu ratunku, w sposób nie tyle zdroworozsądkowy, ile intuicyjny, w melancholii która drąży ją najsilniej spośród wszystkich bohaterów. Środki aktorskie, jakimi Mariola Łabno-Flaubenhaft kreśli jej dramat, jakimi oddaje tęsknotę za zmarłym tragicznie synkiem, trudne relacje z córkami, Anią i Warią (w obu rolach Dagny Mikoś), wyważone, wydawałoby się wolne od emocji, są zdecydowanie najmocniejszym i najbardziej wzruszającym punktem rzeszowskiego przedstawienia.

Dla podkreślenia wewnętrznej tragedii Raniewskiej, oprócz dopisania początku i zakończenia, reżyser zdecydował się na duże skróty w tekście, a także swoiste „racjonowanie” liczby otaczających ją bohaterów. Pozostawił jej osobliwe relacje z bratem, Leonidem Gajewem (Marek Kępiński), rozgadanym starszym panem, „skazywanym” co rusz na rozdymanie policzków oraz z Jermołajem Łopachinem (Robert Żurek), sprytnym kupcem, w którym Raniewska widzi „wybawiciela”. To również bardzo udana rola, wielowymiarowa i frapująca, szczególnie w perfekcyjnie rozegranym, „niespełnionym” dialogu miłosnym z Warią.

„Wieczny student”, Piotr Trofimow (Karol Kadłubiec), w świecie Lubow Raniewskiej pojawia się przebrany (a właściwie rozebrany) w grecką togę i interesująco krąży początkowo w tle głównej akcji dramatu. Z wielu postaci Wiśniowego sadu reżyser zachował także jowialnego ziemianina, Borysa Simeonowa-Piszczyka (Piotr Mieczysław Napieraj), ciągle bez grosza przy duszy, aż nie wydzierżawi swej ziemi Anglikom, zaś demoniczną rolę guwernantki, Szarlotty, wróżącej koniec świata arystokracji, znów powierzył talentowi Dagny Mikoś. I w tej trzeciej postaci aktorka robi największe wrażenie rozpiętością swych środków aktorskich, do jakich przyzwyczaiła nas w innych swych rolach, w innych przedstawieniach.

Spektakl ogląda się bez znużenia, albowiem ma tempo pędzącej przez Rosję kolei transsyberyjskiej, która do „cha, cha” Charkowa przecież nie dojedzie, tutaj mamy tylko zabawkową kolejkę…, a wręcz niezauważalne przejścia między scenami oraz wartki ruch sceniczny (Tomasz Dejewski). Artykułują one przemilczane przez reżysera wątki Czechowowskiego dramatu.

Dziś 22 sierpnia, dzień licytacji. Lubow Raniewska, jak jej stary sługa, Firs (nieobecny w Rzeszowie), do swego ukochanego wiśniowego sadu już nie wejdzie centralną aleją, lecz życie poprowadzi ją między drzewami, za którymi chować się będą bliscy jej historii. W oddali tylko słychać gwizd lokomotywy ciągnącej pociąg z jej wspomnieniami.

Fot.: Monika Stolarska

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , , , ,