Recenzje

Ratunek

Anna Karpińska: Rodzinne roszady. Bezpieczny port. Prószyński i S-ka, Warszawa 2019 – pisze Izabela Mikrut.

W powieści „Szukając przystani” finalne sceny były obliczone na to, by wstrząsnąć odbiorczyniami tak bardzo, jak wstrząsnęły bohaterką. Wanda przekonuje się, ile dla niej znaczy Pola – i co jest w stanie dla wnuczki poświęcić. Anna Karpińska w „Bezpiecznym porcie” po raz drugi zmusza postać do podejmowania niewygodnych decyzji. Wanda troszczy się o wszystkich – poza sobą. Na uwadze ma dobro wnuczki, ale też i wszystkich swoich dzieci, starej matki, przyjaciółki, kuzynki… Martwi się o cały świat do tego stopnia, że nie pozostawia miejsca na własne potrzeby: odrzuca mężczyznę, który jej się podobał, nie przyjmuje do wiadomości, że mogłaby się z kimś po śmierci męża związać. W rezultacie gorzknieje i traci oparcie w ludziach – bo sama chce dać im od siebie zbyt wiele.

„Bezpieczny port” to książka kierowana do pań z silnie rozwiniętym poczuciem odpowiedzialności – tylko one odkryją w Wandzie bratnią duszę i będą chciały kibicować bohaterce. Część odbiorczyń może się jednak zmęczyć ciągłym poświęceniem kobiety i jej oddaniem innym. Życie przynosi w końcu mnóstwo problemów, a Wanda je wszystkie chce wziąć na siebie, nawet wtedy, kiedy nie ma siły i szwankuje jej zdrowie. Nie da się tak zbyt długo wytrzymać, tymczasem bohaterka nie zauważa nawet, że traci szansę na własne szczęście. Wmawia sobie, że jest jej dobrze, kiedy dobrze dzieje się wnuczce. A to zdecydowanie za mało, żeby przekonać czytelniczki.

Anna Karpińska postawiła na bohaterkę wyłamującą się ze schematów literatury obyczajowej. Wanda w pewnym momencie musi zmęczyć swoim poświęceniem i szczebiotem nad wnuczką. Kaśka, matka dziewczynki, w dalszym ciągu nic sobie nie robi z uwag kobiety. Nie interesuje się dzieckiem, zachodzi w Niemczech w ciążę po raz drugi i prawie powtarza sytuację sprzed kilku lat – znów nie chce powiedzieć, kto jest ojcem dziecka. Nie wiadomo, jak skończy się sytuacja z małą Sarą, ale tu przynajmniej wykazuje minimalne poczucie odpowiedzialności, kiedy szuka ratunku dla ciężko chorego dziecka. Wanda tymczasem boryka się z kolejnymi dylematami: przeżywa rozstanie Poli, która idzie do przedszkola (potrzebuje wsparcia, żeby nie cofnąć tej decyzji, najchętniej zabrałaby dziewczynkę z powrotem do siebie – niebezpiecznie się od niej uzależnia), szuka domniemanego ojca dziecka, żeby wiedzieć, co odpowiadać na pytanie o nieobecnego tatusia. Przesadza ze swoją troską, próbuje zbawiać świat – i jako taka przedstawiana jest czytelniczkom. Anna Karpińska na tę postać nie szuka innego pomysłu, zupełnie jakby nie zdawała sobie sprawy, że nie tworzy bohaterki pozytywnej, a irytującą i toksyczną. Rodzinne roszady to cykl, który ma tylko dwa tomy – ale prawdopodobnie więcej nie zniosłyby odbiorczynie, bo męczeńska postawa Wandy wydaje się nieprzystająca do dzisiejszych realiów i nie do końca uzasadniona w powieści.

Anna Karpińska ma wprawę w pisaniu historii obyczajowych, tutaj jednak dość mocno indywidualizuje narrację przez pryzmat odczuć bohaterki: w dalszym ciągu Wanda do wnuczki mówi o sobie w trzeciej osobie, w dalszym ciągu jeśli chodzi o dziecko – zdrabnia i spieszcza część wyrazów. Zarzuca miłością, jakby chciała zastąpić wnuczce nieobecnych rodziców – ale to, co być może potrzebne maluchowi, niekoniecznie przekona czytelniczki. Być może Karpińska chce zwrócić się właśnie do babć wybieranych na opiekunki pociech zabieganych matek – być może funduje dwóm pokoleniom przestrogę przed losem Kaśki, jej matki i córki – ale jak na powieść rozrywkową całkiem sporo tu toksycznych relacji.

Komentarze
Udostepnij
Tags: ,