Recenzje

Rozśpiewane TRANS/MISJE – WSCHÓD SZTUKI 2019

O Festiwalu TRANS/MISJE – WSCHÓD SZTUKI Rzeszów-Batumi-Odessa-Wilno pisze Aram Stern.

Po ubiegłorocznym Międzynarodowym Festiwalu Sztuk TRANS/MISJE Rzeszów–Koszyce–Ostrawa–Debreczyn–Lwów-Troki, który cieszył się ogromnym zainteresowaniem rzeszowskiej publiczności i przyjezdnych oraz zaowocował m.in. ogólnopolskim sukcesem spektaklu „Lwów nie oddamy” w reżyserii Katarzyny Szyngiery, rzeszowska scena dramatyczna w tym roku odpowiedziała na potrzeby mieszkańców Podkarpacia i turystów odwiedzających pod koniec wakacji stolicę województwa – mniejszym, ale równie udanym Festiwalem.

Międzynarodowy Festiwal TRANS/MISJE – WSCHÓD SZTUKI Rzeszów-Batumi-Odessa-Wilno, dzięki jego pomysłodawcy, dyrektorowi Teatru im. Wandy Siemaszkowej, Janowi Nowarze, wypełnił tym samym lukę u zgłodniałych wysokiej sztuki teatromanów, melomanów i filmożerców z Podkarpacia, którzy na duże TRANS/MISJE musieliby w Rzeszowie czekać aż do 2024 roku, lub też udać się we wrześniu 2019 do pięknych słowackich Koszyc. Stąd w dniach 22-25 sierpnia czterodniowa latorośl MFS TRANS/MISJI – matki, opanowała urokliwą rzeszowską starówkę i trudno ją było niekiedy ujarzmić, a to za sprawą nie tylko zaproszonych zagranicznych partnerów, ale także energetyzującej grupy wolontariuszy, których wszędzie było pełno.

W skąpanym sierpniowym słońcem Rzeszowie obok gospodarzy pojawiły się zespoły z Gruzji (Teatr Dramatyczny im. Ilii Czawczawadzego w Batumi), Ukrainy (Odeski Ukraiński Akademicki Teatr Muzyczno-Dramatyczny im. Wasyla S. Wasylki w Odessie) oraz Litwy (Teatr Dramatyczny „Na Pohulance” w Wilnie).

Nie tylko na Ukrainie każdy kocha tak, jak umie

Na zdecydowanie największy aplauz publiczności podczas TRANS/MISJI – WSCHÓD SZTUKI zasłużyli aktorzy Odeskiego Ukraińskiego Akademickiego Teatru Muzyczno-Dramatycznego im. Wasyla S. Wasylki w Odessie, którzy swój ponadprzeciętny kunszt aktorski zaprezentowali w dwóch spektaklach, a muzyczny – w symfonicznym koncercie kameralnym.

W dramacie „Ona go kochała” białoruskiego dramaturga, Andrieja Iwanowa, wyreżyserowanym przez Stasa Zhirkova – niemalże szekspirowskiej, współczesnej tragedii, zderzającej cierniste relacje półświatka i środowiska inteligencji, podlanych alkoholem i obsypanych kokainą oraz obciążonych niedorzecznym zakładem – spotkaliśmy dzisiejszą miłość. Być może, jak przed wiekami, namiętną, ale ekspresową, manifestowaną za pomocą mediów społecznościowych, nie tylko zmianą statusu związku, ale (o zgrozo!) transmisją z… defloracji. Reżyser w swym spektaklu zaproponował widzom swoisty mix emocji, a jego wirtuozeria polegała na niezwykłym serwowaniu tego drinka, bowiem tutaj jednostronność w jego eksponowaniu (przez postaci dramatu) nie prosiła się o żadne dopowiedzenia. Dla Tani (Marina Klimowa), córki alkoholika, wychowywanej bez matki, której w jej brutalnym świecie jedynym skarbem pozostaje dziewictwo (co podkreśla na każdym kroku) – związek z młodym filozofem Sergiejem (Wadim Golowko) z uniwersytetu byłby szansą na cudowne wyrwanie się z marginesu, ale jak przystało na tragedię, tak się jednak nie dzieje. Zarówno Klimowa, jak i Golowko grają swe postaci „wsobnie”, na półoddechach i szczypiąc duszę, podczas gdy wcielający się w „byłego” Tani, morderca Kostia (Wolodymyr Romanko) oraz diaboliczny przyjaciel Siergieja – Slawik (Kostiantyn Kyrylenko), jak Abadonna i Asasello z „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa, dosłownie niszczą wszystko z demoniczną siłą… jeden z miłości, a drugi dla zakładu. Ku emocjonalnej równowadze wśród czworga młodych bohaterów sztuki Iwanowa pojawiają się też i Matka Siergieja (Zasłużona Artystka Ukrainy – Iryna Ochotnyczenko) oraz Ojciec Tani (także Zasłużony Artysta Ukrainy, Igor Geraszczenko) – oboje poprowadzeni grubą tragiczno-komiczną kreską,.  Jednak to postać Tani grana przez Marinę Klimową wprasowuje widza w fotel: śmiało można powiedzieć, że Klimowa, mimo młodego wieku, jest już aktorką kompletną i niezwykłą, wstrząsająco obecną na scenie, z niesamowitą siłą wyrazu i targającym emocjami widzów swym smutnym spojrzeniem.

Jedyną niedogodnością w odbiorze spektaklu było niedopracowane tłumaczenie tekstu oraz zasłaniające je neonowe światła w scenografii (po przerwie jednak zostały wyłączone). Mogę pokusić się jednak o przypuszczenie, iż spektakl w innej (może industrialnej) przestrzeni odebrany byłby bez zakłóceń wizualnych lepiej, niż to miało miejsce na wysokiej scenie Teatru Maska (w Odessie sztuka została zrealizowana w formie warsztatu kreatywnego „Widz na scenie”).

https://youtu.be/Zcq_twXFC4I

Marina Klimowa podczas TRANS/MISJI – WSCHÓD SZTUKI udowodniła swoją aktorską wirtuozerię również w spektaklu „Piękny rogacz”, na podstawie sztuki Fernanda Crommelynck, wyreżyserowanym przez Iwana Urywskiego. Farsa napisana przed stu laty przez belgijskiego pisarza i dramaturga, podejmująca tematy moralnie ambiwalentne oraz pełna drastycznych scen, zdecydowanie mogła szokować ówczesnych widzów. Jednakże dzisiaj, w postmodernistycznym teatrze, jej tematy ocierać by się mogły jedynie o pachnący Mniszkówką melodramat, gdyby nie zaskakująco piękna konwencja „bajkowa”, jaką w swej realizacji zaproponował widzom reżyser przedstawienia. Główny bohater Bruno (Oleksandr Kowal), wiejski pisarz, to postać maniakalnie zazdrosna o swą młodą żonę Stellę (Marina Klimowa), choć przecież nie ma zupełnie ku temu podstaw, trzymając ją (dosłownie!) na uwięzi. Obłęd Bruna doprowadza go do wpychania żony w ramiona najpierw przyjaciela Piotra (Mychajlo Dadalew), a następnie innych młodych mieszkańców wsi, by jedynie w ten sposób zaspokoić swój amok zazdrości. Bruno dźwiga ten ciężar tak, jak na własnych plechach wnosi na scenę wspólny dom małżonków, jak przeciąga liny, tyczki, kije, jak dźwiga wielką łódź z rogami zmagając się ze swoją paranoją.

Przepysznie bajkowa scenografia i „filmowo” wręcz podyktowana muzyka, autorstwa reżysera, niezwykle zręcznie kierują uwagę widza ku bezskutecznym próbom zrozumienia jego opętania i uwiązanej na smyczy Stelli, zaś nieszablonowa choreografia (Pawlo Iwliuszkin) – absolutnie rytmiczna, bliska postaciom z bajek – jeszcze ten obraz „zaczarowuje”. Idąc tym kluczem, głównym bohaterom muszą towarzyszyć postaci z baśni Andersena: Primabalerina, Cornélie (Alina Katreczko) oraz w kostiumie Dzielnego Ołowianego Żołnierzyka – Estrugo (Wolodymyr Romanko). Nie ulega wątpliwości, że tak formalne potraktowanie stuletniej farsy Crommelyncka (w swej warstwie intelektualnej i emocjonalnej pozostawiającej współczesnego widza raczej obojętnym) pozostaje arcypięknym przykładem teatralizacji tego typu tworów scenicznych. Tak, jak w „Ona go kochała”, spektakl dostarczył nam również kilka interesujących propozycji aktorskich, choć trudno mu przyznać tak wspaniały pod tym względem charakter. Marina Klimowa, znów w roli kobiety tragicznej, zniewolonej przez mężczyznę (feministkom by się jej bohaterki nie spodobały) i tutaj potrafiła zahipnotyzować widzów swym talentem, a ekspresyjnie interpretujący postać Bruna Oleksandr Kowal dla równowagi pobudzić. Bezspornie jednak największym atutem „Pięknego rogacza” w reżyserii Iwana Urywskiego pozostanie matematyczna łamigłówka, składająca się z niezwykłych obrazów scenicznych, pomnożonych przez muzyczność oraz podzielonych przez dynamikę sytuacyjną pantomimy. Co także w niej ważne: tym razem tłumaczenie (Liubow Fedczenko) działało bez zarzutu.

https://youtu.be/P3G2vsZJD04

Warto by obaj wrażliwi ukraińscy reżyserzy -: Stas Zhirkov oraz Iwan Urywski – mogli zrealizować swoje śmiałe wizje także w jednym z polskich teatrów. W Rzeszowie swoje klasyczno-jazzowe talenty muzyczne, podczas koncertu w Filharmonii Podkarpackiej, zaprezentowali także młodzi muzycy z Orkiestry Kameralnej, działającej przy opisywanym Odeskim Ukraińskim Akademickim Teatrze Muzyczno-Dramatycznym im. Wasyla S. Wasylki, a filmowy kunszt reżyserski pokazał Mirosław Słaboszpycki, zdobywca Grand Prix Międzynarodowego Tygodnia Krytyki w Cannes za film „Plemię”.

Fakt, iż w Polsce mieszka i pracuje ponad 1 mln 200 tys. Ukrainek i Ukraińców, co stanowi ponad 3,5% ludności, spowodował coraz szersze zainteresowanie kulturą naszych sąsiadów. W tym roku widoczne nie tylko na Podkarpaciu, ale również w Wielkopolsce podczas XII Spotkań Teatralnych BLISCY NIEZNAJOMI 2019 UKRAINA (10-15 września) w Teatrze Polskim w Poznaniu, gdzie w kilku spektaklach, m.in. z zespołem Teatru im. Wandy Siemaszkowej z Rzeszowa, wystąpi Oksana Czerkaszyna w spektaklu „Lwów nie oddamy” jako „prawdziwa Ukrainka”!

https://youtu.be/yI7rfhpJkDE

Mrożek z Batumi

Organizatorzy małych i dużych TRANSMISJI za jeden ze swych celów stawiają takie poszerzanie marginesów sztuki, by granice państw nie stawały się już tak istotne. Przykładem tego stanowiska było zaproszenie do Rzeszowa gości z Gruzji: artysty fotografika Gio Bejanishvili, zachwycającego wokalnie zespołu folklorystycznego Folk Ensemble „Meskheti” oraz dyrektora i aktorów Teatru Dramatycznego im. Ilii Czawczawadzego w Batumi. Czarnomorska, najstarsza scena w Adżarii, na gościnnej scenie Teatru Maska zaprezentowała rzeszowskim widzom spektakl na podstawie jednoaktówki „Karol” z 1961 roku Sławomira Mrożka o tytule „Syndrom, albo do kogo śpiewasz?”. Już sam podtytuł przedstawienia -„Muzykoterapia w jednym akcie” – sugerował gorący Mrożkowy teatr absurdu, zwilżony leniwymi pomrukami w muzyce Temura Dolidze, zbliżonymi nieco do warstwy muzycznej Stanisława Radwana w głośnym „Tangu” wyreżyserowanym dekadę temu w Teatrze Narodowym w Warszawie przez Jerzego Jarockiego. Takie mamrotanie z offu w gruzińskiej inscenizacji Andro Enukidze miało prawdopodobnie wyakcentować nie tyle sam absurd Mrożkowej jednoaktówki, ile spotęgować jej aktualny przekaz. W tej surrealnie genialnej opowieści o wizycie w gabinecie Okulisty (w tej roli doskonały Tite Komakhidze), podczas której pacjent żąda okularów, by zastrzelić tajemniczego Karola, lekarz stara się przeszkodzić strzelaninie, ale w końcu staje się uczestnikiem zbrodni. Reżyser swą perspektywę na uosobienie w Karolu symbolu wroga, tak potrzebnego politykom nie tylko w Gruzji oraz na Ukrainie, ale w ostatnich latach także w Polsce, w stosunku do trzyosobowej jednoaktówki Mrożka rozbudował o „złowrogi tłum” (jeszcze dwóch wnuków) oraz jakby wyciętą z kina niemego Pielęgniarkę, asystentkę Okulisty (Marina Burduli). W ten sposób wzmacniając jej przekaz, nadał Mrożkowej historii bardzo złowrogą tonację. Stadne zachowania bardzo łatwo popchnąć mogą nawet najbardziej absurdalne oskarżenia przeciwko niewinnym, inaczej myślącym współobywatelom i doprowadzić do tragedii. Potrzebny sprawcom kult siły, u Andro Enukidze dobitnie wypunktują Wnukowie (Dato Jakeli, Mamuka Manjgaladze i Levan Tedoradze), z tym że nie złowrogimi okrzykami, lecz pięknym gruzińskim śpiewem polifonicznym! Co też warte zauważenia, wyśpiewanym wspólnie nie tylko przez bandę i ich Dziadka (skarykaturowany przez Zaala Goguadze), ale również przez coraz bardziej zastraszonego i symbolicznie pozbawionego okularów Okulistę. Reżyser nie wyśmiewa swego głównego bohatera i nie szydzi z jego słabości, ale prowadzi go tak umiejętnie, że u widzów odezwie się ton współczucia dla pogmatwanych losów człowieka, ofiary i jednocześnie sprawcy.

https://youtu.be/sA8SYonqSF0

Znany kontekst, wygrany w niezrozumiałym języku, bliskimi i jakże aktualnymi emocjami z lata 2019 roku, potrafił zburzyć wszelkie granice. Stąd cieszy, iż po Polsko-Gruzińskim Festiwalu we Wrocławiu sprzed dwóch lat, także rzeszowska scena dramatyczna zacieśnia współpracę z artystami z Gruzji. Podczas oficjalnego otwarcia TRANS/MISJI – WSCHÓD SZTUKI na scenie plenerowej przy ulicy Sokoła dyrektorzy, Andro Enukidze i Jan Nowara, podpisali umowę o współpracy Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie z Państwowym Teatrem Dramatycznego im. Ilii Czawczawadzego w Batumi, zapowiadającą wspólne realizacje sztuk, warsztaty, uczenie się od siebie i promowanie obu kultur.

Czarnobyl w pigułce

Widzów, którzy nie mieli jeszcze okazji obejrzenia pięciodcinkowego miniserialu „Czarnobyl”, wyprodukowanego dla stacji HBO, mógł zapewne zachwycić monodram „Samotny ludzki głos” Aleksandry Metalnikowej, wyreżyserowany przez Władimira Dorondowa w Rosyjskim Teatrze Dramatycznym Litwy „Na Pohulance” w Wilnie. Tych natomiast, którzy obejrzeli już ten genialny serial, oparty podobnie jak prezentowany na tegorocznych TRANS/MISJACH monodram na książce białoruskiej noblistki Swietłany Aleksiejewicz „Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości” – nieco znużyć. Był bowiem wyjątkowo zagęszczoną emocjami relacją młodej kobiety, żony ciężko napromieniowanego ratownika-likwidatora po eksplozji w Elektrowni Jądrowej w Czarnobylu w 1986 roku. Świetnie zagraną, odegraną na najwyższych tonach emocjonalnych historią pięknej, bezwarunkowej miłości do końca życia jej ukochanego, choć był to koniec zatrważający, agonia, jakiej nie można życzyć najgorszemu wrogowi (kto widział serial, wie o czym mowa). Aleksandra Metalnikowa przedstawiła go z najdrobniejszymi szczegółami, tak jak opisała to autorka, o ile jednak mając w dłoniach książkę, można ją na chwilę odłożyć, a oglądając serial zaczekać na kolejny odcinek, o tyle w 70-minutowym monodramie taka dawka boleści duszy jednej bohaterki potrafiła silnie nadwyrężyć percepcję.

Monodram „Samotny ludzki głos” Metalnikowej, w reżyserii Władimira Dorondowa, w swej formie miał wiele wspólnego ze spektaklem „Medea” w reż. Vladislavsa Nastavševsa z Ryskiego Rosyjskiego Teatru im. Michaiła Czechowa prezentowanym podczas 24. Międzynarodowego Festiwal Teatralny KONTAKT w 2018 roku w Toruniu. Zarówno Guna Zarina z Rygi, jak i Aleksandra Metalnikowa z Wilna grają niewątpliwie na najwyższych rejestrach, ale ponownie, niestety, mam wrażenie, że reżyserzy rosyjskich scen dawnych republik radzieckich, dziś usadowionych na Litwie czy Łotwie, w swych realizacjach skupiają się na zbytnim wyciskaniu formalnej maestrii ze swych aktorek. Stawiają przede wszystkim na perfekcjonizm, złożony z ekspresji fizycznej i głosowej, zbyt opartej na słowie czy też niepojętej choreografii, do tego w otoczeniu mega-ascetycznej scenografii, pozostawiając widzów z tą „sceniczną nadprodukcją” z pewną pustką w głowach.

Śpiewać jak u „Siemaszki”

Gospodarze, z racji remontu Dużej Sceny, nie zdecydowali się pokazać gościom Festiwalu „Mistrza i Małgorzaty” (reż. Cezary Iber), swej największej produkcji ubiegłego sezonu. Zobaczyliśmy albo raczej wysłuchaliśmy za to wybitnego talentu wokalnego aktorki Teatru im. Wandy Siemaszkowej, Małgorzaty Pruchnik-Chołki, w spektaklu muzycznym „Kiedy byłem małym chłopcem” wyreżyserowanym przez Tomasza Mana oraz koncercie pieśni żydowskich „Lechaim!”. Aktorka rozpaliła widownię zasiadającą w Wejściu do Podziemnej Trasy Turystycznej rolą Miry Kubasińskiej, podobnie jak występujący gościnnie Marcin Marzec, wcielający się w spektaklu w słynnego rzeszowianina i ojca polskiego bluesa – Tadeusza Nalepę. Trudny moment zespołu Breakout, walka z cenzurą i naciski władzy na muzyków wypadłyby jeszcze lepiej, gdyby nie zbyt przerysowana, poprowadzona jednym grymasem rola Michała Chołki, grającego na dodatek podwójną rolę UB-eka i basisty zespołu.

Za to widowisku muzycznemu „Chcemy więcej”, wyreżyserowanemu przed Jana Nowarę, niczego nie zabrakło! Premierowo i plenerowo na scenie usytuowanej na dziedzińcu Teatru im. Wandy Siemaszkowej można było podziwiać kunszt wokalny Dagny Cipory, Marioli Łabno-Flaumenhaft, ponownie tego dnia – Michała Chołki oraz Roberta Żurka wcielających się w wokalistki i frontmanów zespołów Maanam, Perfect, Republika oraz Lady Pank po współczesny pop oraz hip-hop, Dodę czy nawet samą już w oryginale sparodiowaną „Dziunię” PeWeXu. W udanej produkcji rozrywkowej, jakiej w żadnym teatrze nie powinno zabraknąć, z dobrymi interpretacjami znanych piosenek (nie szkodzi, że przerysowanymi), efektownymi kostiumami i światłem nie może jednak zabraknąć morału. Oni chcą jeszcze więcej! Pragnącym poklasku, lajków, luksusu i rozrywek, swą taneczną opowieścią karci wzrokiem milczący Pierrot (Karolina Dańczyszyn) – personifikujący tęsknotę za wrażliwymi duszami, za którymi dziś „rozgłośne” gwiazdy być może tęsknią.

Filantrop od nafty i źródło życia w Golemie

Kilkoro aktorów Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie wystąpiło także w zrealizowanym w 2018 roku dokumencie fabularyzowanym „Łukasiewicz nafciarz romantyk” w reżyserii Macieja Wójcika z pięknymi zdjęciami Mariusza Konopki. To bardzo wzruszający portret pioniera przemysłu naftowego w Europie – Ignacego Łukasiewicza, którego ze szkolnych podręczników znamy tylko ze skonstruowania pierwszej lampy naftowej. Tymczasem to, co najbardziej porusza w tym obrazie, to przepiękna charakterystyka nie tylko wynalazcy i bardzo majętnego przedsiębiorcy, ale również XIX-wiecznego społecznika i filantropa. Skromny, acz bardzo hojny Łukasiewicz (w tej roli, jak zwykle znakomity Mariusz Bonaszewski), nie zwraca zupełnie uwagi na komentarz przyjaciela: „kiedy nie krzyczysz o sobie – zapomną…”. Wielkie wrażenie robią także relacje międzyludzkie panujące po powstaniu styczniowym w Galicji, oparte na wzajemnym zaufaniu do tego stopnia, że umowę spółki zawierano wówczas przez podanie dłoni (!) czy po prostu zwykła, ciężka, codzienna praca Łukasiewicza.

Scenarzysta filmu, Łukasz Walczak, oparł jego fabułę na pierwszym wywiadzie, jaki z Ignacym Łukasiewiczem przeprowadził krakowski dziennikarz Feliks Jan Szczęsny-Morawski (Mateusz Mikoś). Wśród aktorów „Siemaszki” na ekranie zobaczymy także m.in. Dagny Ciporę w roli żony Łukasiewicza, Honoraty (na zbliżeniach jeszcze bardziej zjawiskową), czy Jana Zeha, kontrowersyjnego wspólnika w wynalazku, którego świetnie kreuje Robert Żurek. W filmie wzięli również udział: Artur Dziurman (wspólnik Łukasiewicza – Karol Klobassa-Zrencki) i Łukasz Konopka (Tytus Trzecieski) oraz pochodzący z Torunia, aktor Teatru Maska w Rzeszowie – Kamil Dobrowolski, który kilka lat temu wystąpił m.in. w oscarowym „Synu Szawła” László Nemesa. Aktorzy wraz z producentem, Bogdanem Miszczakiem, na spotkaniu z widzami po filmie w Wojewódzkim Domu Kultury, bardzo ciekawie i dowcipnie opowiadali o kulisach z planu zdjęciowego w Muzeum Przemysłu Naftowego i Gazowniczego im. I. Łukasiewicza w Bóbrce. Być może obraz trafi do kin studyjnych w całej Polsce? Polecam, gdyż pokazuje on, jak można bez narodowego dydaktyzmu pięknie opowiedzieć o autorytecie!

https://youtu.be/lElA2h05oJc

W ramach pierwszej edycji TRANS/MISJI – WSCHÓD SZTUKI w plenerze Zamku Lubomirskich, podczas Dnia Polskiego, zaprezentowano widowisko wyreżyserowane przez Lecha Raczaka ze scenografią Piotra Tetlaka na podstawie tekstu Macieja Rembarza „Rabin Maharal i Golem – czyli prawda i śmierć”. Premiera opowieści o średniowiecznym rabinie z Poznania, który według legendy ulepił z gliny ożywioną istotę, w wykonaniu interdyscyplinarnej grupy teatralnej ASOCJACJA 2006, miała miejsce przed dekadą na 19. Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Malta w Poznaniu, a sam spektakl był potem prezentowany na placach wielu polskich miast, by trafić też do stolicy Podkarpacia. Podobnie jak przed rokiem Lech Raczak oczarował festiwalową publiczność przede wszystkim scenograficznymi rozwiązaniami użycia wielkich machin oraz ognia, jednak czy legendy o poznańskich rabinach pomieszane z anegdotami z miejskich kronik były dla rzeszowian czytelne? Nie wiadomo.

Małą edycję rzeszowskich TRANS/MISJI będzie można zapamiętać przede wszystkim jako bardzo muzyczną. Obok spektakli muzycznych gospodarzy, wysłuchaliśmy także w świetnych jazzowych interpretacjach Girmantė Vaitkutė z Andrej Polevikov Trio z Litwy oraz projekt wybitnego kontrabasisty i kompozytora Vitolda Reka, wraz z trębaczem Tomaszem Nowakiem i raperem Bartłomiejem „Eskaubei” Skubiszem. Jednak to największe wrażenie pozostawi w pamięci zaproszenie do Rzeszowa zespołów teatralnych z Odessy oraz Batumi! Oni właśnie potrafili zupełnie wyrwać widzów na kilka godzin ze świata elektronicznych impulsów i dokuczliwych informacyjnych megabitów. A do tego wszystko to tylko za 5-10 zł od spektaklu lub wydarzenia! Inne festiwalowe miasta mogą tylko pozazdrościć Podkarpaciu tak hojnego dofinansowania Kultury.

Komentarze
Udostepnij