Recenzje

Rozszczepiony świat podzielony murem

O spektaklu „Twarzą w twarz” wg Ingmara Bergmana w reż. Mai Kleczewskiej, koprodukcja Teatru Powszechnego w Warszawie i Teatru Polskiego w Bydgoszczy, pisze Katarzyna Harłacz.

Spektakl „Twarzą w twarz”, Teatru Powszechnego w Warszawie i Teatru Polskiego w Bydgoszczy, został oparty na scenariuszu twórcy znanego i docenianego przez krytykę – Ingmara Bergmana. Reżyserka dokonała jednak kilku zmian, które przeniosły nieco punkt ciężkości, ale ogólne przesłanie przedstawienia w pełni pokrywało się z filmem. Przede wszystkim zamiast córki Karin (głównej bohaterki), pojawił się syn, co wynikało z nieco innego podejścia do pokazania głównego tematu. Reżyser opowiadający o swoim filmie i na oczach widza decydujący, jak się potoczy fabuła, był właśnie dorosłym synem swojej matki, opowiadającym poprzez film historię swego życia. Reżyser-demiurg (będący jednocześnie osobą samego Bergmana) był także tłumaczem i narratorem opowieści. I stał się przewodnikiem w drodze dojrzewania do prawdy.

Spektakl opowiada o Karin, lekarce psychiatrii, która sama doznaje załamania nerwowego. Pracując z ludźmi dotkniętymi niedyspozycjami i chorobami psychicznymi, stopniowo odkrywa swoje własne lęki. Karin, zmuszona tymczasową sytuacją rodzinną, przeprowadza się do domu dziadków: do domu, w którym się wychowywała. Zetknięcie z dawnym środowiskiem zaczęło wydobywać z niej upiory przeszłości. W pracy skomplikowana relacja z pacjentką Marią prowokuje protagonistkę do skrajnych zachowań, a przeczucie zbliżającej się śmierci dziadka dodatkowo konfrontuje z tematem przemijania…

Sukcesywnie w snach Karin pojawiają się echa zdarzeń z dzieciństwa, w snach-koszmarach i w halucynacjach ujawniają się nierzeczywiste obrazy odzwierciedlające jej wyparte lęki. Niepozbierana psychicznie kobieta, niepoukładana ze swoją przeszłością, nie potrafi także stworzyć ciepłego domu dla swego dziecka. Zamknięta w sobie nie widzi syna i jego potrzeb — swoim odcięciem i izolacją funduje mu traumy. I błędne koło się zamyka. Zamknięcie, niewyrażanie swoich potrzeb lub odwrotnie – kompulsywne im uleganie i bezmyślne projektowanie ich na innych, coraz bardziej powodowało stan izolacji i odcięcia od swego wnętrza, doprowadzając do dezintegracji i załamania nerwowego. I kończąc się podjęciem decyzji o samobójstwie.

Świat snów w przedstawieniu przenikał się ze światem codzienności. Czasami nie wiadomo było, co jest prawdą, a co wyobraźnią rozszczepionego umysłu, poszczególne wątki początkowo trudne były do jednoznacznej interpretacji. Ten stan rozszczepienia został dobrze odzwierciedlony i spotęgowany w scenografii. Przestrzeń gry została podzielona na dwie części: jasną (półsenną, ale też sterylną i jałową – zarówno od zarazków, jak i od uczuć) oraz kolorową (barwną, oznaczającą przepływ życia i namacalność realności). Akcja działa się albo w jednej, albo w drugiej części; sceny płynnie przechodziły jedna w drugą. Wyświetlane na ekranie kadry filmu były dodatkowym środkiem wyrazu. Całość potęgowała przenikanie się światów realności i snów, świata frywolności seksualnej ze światem surowości i wypierania swoich potrzeb. I to wszystko wzmagało wrażenie niejednoznaczności. W tej niejednoznaczności stopniowa konfrontacja prawdy z iluzyjną rzeczywistością była tym bardziej brutalna.

Motyw nagrywania kamerą akcji i wyświetlania na górnym ekranie na bieżąco scen albo scen dziejących się poza widocznością widza, był ukłonem względem filmowej formy scenariusza. I był też dodatkowym zabiegiem potęgującym wieloplanowość gry, wieloznaczność scen i nakładanie się różnych światów. Mimo użycia filmowego medium (uwaga widza była zależna od ruchu kamery) gra aktorska była podporządkowana regułom teatralnej konwencji.

Metafizyka, liczne alegorie i metafory, przenikanie realnego życia ze sferą snów i fobii trochę przypominały swym wyrazem obrazy Dawida Lyncha. Jednak w filmie Bergmana i w realizacji Kleczewskiej nierzeczywistość i niedopowiedzenia z czasem się wyjaśniały, a brutalne wyjawianie prawdy było trudne, ale też oczyszczające (w przeciwieństwie do filmów Lyncha, które zawsze zostawiały odbiorcę z niepewnością). Widz, uczestnicząc w tym seansie, został wciągnięty w skomplikowany świat pełen niejasności – w ciemną, głęboko ukrytą stronę psychiki człowieka. Bez żadnych przerw pomiędzy aktami przedstawienia, bez możliwości oddechu i nabrania dystansu nie było żadnych szans uciec od osaczenia tym tematem.

Zachwyca wspaniała gra głównych postaci: Karoliny Adamczyk (rola Karin) i Piotra Stramowskiego (rola Tomasza, lekarza i przyjaciela Karin). Karolina Adamczyk zdołała wcielić się zarówno w postać wycofanej i surowej lekarki, jak i swobodnej i bezwstydnej kobiety próbującej życia seksualnego bez szczególnej odpowiedzialności. Równie poruszające były: totalnie autentyczna Dagmara Mrowiec-Matuszak (grającą postać niezrównoważonej Marii i niepełnosprawnej Agnes) i Aleksandra Bożek grająca Esterę, siostrę głównej bohaterki, wrażliwej i naiwnej kobiety, jak i ducha – upiora przeszłości przypominającego o trudnych rodzinnych historiach.

Warszawsko-bydgoska inscenizacja jest obrazem oszałamiającym środkami dramaturgicznymi, seansem działającym na widza z wielu stron i na wielu poziomach. Dotykającym bez żadnego tabu trudnych tematów odcięcia od siebie i alienacji wewnętrznej (i wynikającej z niej izolacji zewnętrznej), a także najgłębszych lęków o śmierci i końcu istnienia człowieka.

fot. Magda Hueckel

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , ,