Recenzje

S7, CZYLI: POLSKO, ZGŁOŚ SIĘ

O spektaklu „Siódemka. SzÓs Polskich Królowa” na podstawie powieści Ziemowita Szczerka w reżyserii Rafała Szumskiego w Teatrze Ochoty w Warszawie pisze Michał Prus.

Wyszedłem z teatru i przez połacie zaśnieżonej stołecznej pustki dotarłem na stację metra, a tam moim oczom ukazał się kolejny Piłsudski. Wersja współczesna, kolekcja zima, Warszawa 2023. Czapka, wąs, wzrok – wszystko pasuje. W prawej ręce skórzana aktówka, w lewej wypchana biała foliówka. Stał ze swym wąsem i patrzył z żenadą. Wsiadł do wagonu, jakby ten wieczór do innych był podobny. Pociąg metra odjechał, by maciejówka mogła wyruszyć w dalszą drogę…

„To podstawa patriotyzmu: żeby można było wyjechać w każdej chwili i z oddali patrzeć na cień ojczyzny. Jak się wznosi nad krajem i rozpościera niczym atomowy grzyb. Patrzeć na to z oddali i wiedzieć, że tam jest. Że będzie, kiedy wrócisz. Te wszystkie zapachy, zgęstniałe wonie, stężałe wyziewy ziemi i rzeczy od samego dzieciństwa, od narodzin, gdy się pierwszy raz tym zaciągnąłeś”

Andrzej Stasiuk „Dziennik pisany później”

300 kilometrów – niemalże tyle wynosi długość drogi ekspresowej S7 na odcinku Kraków-Warszawa. Wciąż budowana, najdłuższa droga szybkiego ruchu w kraju ma rozciągać się docelowo między Gdańskiem a Rabką-Zdrój, stanowiąc asfaltowy pomost między północną Polską a południową. W 2014 roku Ziemowit Szczerek nakreślił krajobraz dużo szerszy niż tylko południkowej rozciągłości w książce „Siódemka”. Opowieść o kręgosłupie polskiego państwa wystawiana była do tej pory dwukrotnie: w 2016 w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu i w 2017 przez Stowarzyszenie Teatralne Badów. Po dziewięciu latach od wydania książkowe konteksty historyczno-społeczne wydają się nadzwyczaj aktualne. Właśnie w takiej rzeczywistości po tekst sięgnął w warszawskim Teatrze Ochoty Rafał Szumski. „Siódemka. SzÓs Polskich Królowa” określana jest przez twórców jako spektakl jazdy. Przejażdżkę zaplanowano na 2h z przerwą na toaletę, wybór trasy: optymalna. To co, w drogę?

Bohaterowie spektaklu, niczym powstali z grobów polskiej świadomości, budzą się ociężale pierwszego listopada. Pobudka w rytmie hejnału mariackiego osadza początek historii w dawnej stolicy. Powidoki obchodzonego ubiegłej nocy Halloween powołują do życia Waszka Havla, Samanthę i naszego polskiego marszałka Piłsudskiego. Czasu na przywoływanie resztek przeżyć nie ma jednak wiele: jutro w Warszawie ważne spotkanie, na które trzeba zdążyć. Ważne, bo w Warszawie wszystkie spotkania są ważne. Nie można się spóźnić bez względu na samopoczucie i okoliczności. Zaczyna się więc przejażdżka po Siódemce w głąb polskiej historii, zbiorowej świadomości i fantastycznych zdarzeń. Marszałkowska maciejówka, niby sceniczna korona i berło w jednym, nadaje od tej pory dzierżącemu ją aktorowi prawo do pełnienia funkcji kierowcy. Opowieść dynamizuje się na tej trasie ekspresowo, równie szybko zaciera się w niej granica między realnością a nieprawdopodobieństwem.

Dynamika i bogactwo treściowe adaptacji, będące cechą charakterystyczną narracji Szczerka, zasługuje w tym przypadku na oddzielny akapit. Książkowy Paweł, czyli lead opowieści, zostaje pozbawiony imienia. Oglądamy go w pięciu wcieleniach i słuchamy wielogłosowej narracji, która – wykorzystując indywidualne cechy aktorów – tworzy spójny wizerunek everymana. Chóralne wykonania niektórych fragmentów różnicują sposób wypowiedzi i tworzą jednocześnie poczucie, że mamy do czynienia z głosem zbiorowości. Reżyser ustawia na osi fabularnych spotkań najbardziej znaczące z postaci: wiedźmina Gerarda, turystkę z Wilna, małopolskiego wielepieja, ekipę Klinersów, braci Łycorów i Kolebasową. Ta mieszanka światów zapewnia widzom bodźcowanie światopoglądowe i wplątuje jednocześnie bohatera w kolejne kłopoty. Upodmiotowienie ukochanej Vectry i niemieckiego Mercedesa wzmacnia widoczność działania eliksirów czy fantastyczny charakter narracji, ale ujawnia też samotność i zagubienie postaci. Zapętlane kilkukrotnie frazy, mówiące o patrzeniu z różnych perspektyw czy o egzotyce wschodu, nabierają charakteru propagandowych manifestów, aż do czasu gdy zasadność ich zagęszczenia tłumaczy bezlitosny bieg wydarzeń. Nawet antrakt osadzony jest sprawnie w historii, sugerując jakby po cichu powszechność potrzeb fizjologicznych i odpoczynku, nawet wśród artystów. Niesamowicie uniwersalnie brzmią dziewięcioletnie już drwiny dotyczące gry polskiej reprezentacji w piłce nożnej, śmiech wywołuje informacja o „coraz to nowszych aranżacjach «Dziadów»”, a obraz opisywanej listopadowej ojczyzny dobija się nieuchronnie zza okna.

Konstrukcja spektaklu Rafała Szumskiego, pozostając wierna powieści, opiera się na stwierdzeniu, że warto czasami popatrzeć na świat z innej perspektywy. I tak opowieści o swoich sąsiadach w imieniu czeskiej braci prezentuje wcielenie Havla, a kolejne lampki narodowych narracji zapalane są z punktu widzenia Słowaków i Niemców. Różne spojrzenia spotykają się tu w punktach wspólnych, rozmijając się zupełnie na krańcach indywidualnych poglądów. Jedno pozostaje niezmienne – obraz Rosji jako „słabiej znanej wersji wschodu, egzotycznej a przez to kuszącej”, mimo że jednocześnie z pierwiastkiem czegoś „pociągająco złowrogiego i diabolicznego”. Nieaktualnie brzmią dzisiaj jedynie wizje o Ukrainie i Ukraińcach, które w ciągu ostatnich dwóch lat przeszły w międzynarodowej narracji gruntowną metamorfozę. Perspektywa litewska, kreślona z pozycji wilnianki, otwiera dyskusję o tożsamości narodowej – jej trwałości, zmianach i poszukiwaniu. W murach Staropolskiego Zamku Warownego, ostoi wybujałej wyobraźni historycznej i neosarmackiego kiczu, podniesiony jest temat wynaradawiania. Dyskusja zahacza nawet o kwestie klasowe, czyli rzecz jasna szlachecką tożsamość, sugerując, że przywiązanie do dawnych wzorców bywa niemal niemożliwe do wykorzenienia.

I z tych okolicznych opowieści wyłania się, a raczej renderuje wizja Polski. Niczym w amerykańskich realizacjach, w których komentuje się prześmiewczo różnice wymowy w poszczególnych stanach, przyjęta i pilnowana tutaj jest małopolska forma mówienia „we Warszawie”. Małomiasteczkowość jawi się boleśnie: od Michałowic z pomnikiem na granicy dawnych zaborów, przez historycznie ubarwiony obraz Iłży zderzony z brutalną rzeczywistością, przydrożne krzyże i śmiercionośne rowy, eklektyczny Bar Sarmacja czy Staropolski Zamek Warowny z XXI wieku, upolitycznioną golgotę przy kościele w Łycorach, aż po Jędrzejów słynący z muzeum mitycznego postrzału. Zwieńczeniem tych obrazów jest parawan polskości, na którym zestawieni są ze sobą najwięksi – Mickiewicz i Wodecki czy Chopin z Edytą Górniak, Robert Lewandowski zatapia się w aromacie barszczu z uszkami, wuzetki i kremówki, a za Marylą Rodowicz rozpływa się wedlowska czekolada. Czy taka dawka polskości możliwa jest do przyswojenia tylko po wiedźmińskich eliksirach? Z przyswajalnością mogłoby być różnie, ale krytycyzm z pewnością da radę. W takim otoczeniu jak bumerang wraca postulat patrzenia na świat z innej perspektywy. Więcej, postawiona zostaje teza, że „Polska musi zmienić sposób myślenia o sobie samej”. Kolejne humanistyczne idee dodane do menu, nasuwa się tylko pytanie: kto miałby zostać kucharzem?

Nabudowanie, utrzymujące koncept narodowego narzekania i polaryzacji postaw „patriotycznych”, pozwala widzom rozsiąść się wygodnie w fotelach znanego dyskursu. Stan docelowy zostaje osiągnięty, konsekwentnie i bezbłędnie może więc zostać zerwany. Pojawienie się niemej pracowniczki obsługi widowni i gra ciszy przerywają jarmark krytyki. Informacja o wybuchu wojny zatrzymuje widowisko. Przerażające w tej inscenizacji jest to, że informacja nie musi zostać wypowiedziana, wojna czai się za progiem i symboliczny gest sprawia, że wszystko staje się jasne. Wizja utraty całego dziedzictwa wspomnień i utożsamień, miejsc i codzienności nagle powoduje, że Polska w oczach zbiorowego bohatera mówi sobie (za Qczajem): „ukochoj się!”, uznając za swoje cechy nieakceptowalne dotąd we własnych oczach.

I kiedy wszystko wskazywało na to, że będzie można pogratulować teatrowi realizacji kompletnej, aktorzy zostali zastąpieni projekcją wideo. Na chwilę przed finiszem, w momencie, w którym świat się zatrzymał i Polska chociaż na chwilę się ukochała, a wszystko to wydarzyło się oczywiście dzięki aktorskiej obecności. Na lustrzanym ekranie rozpoczyna się seans, w którym głosem Belfegora przemawia Jarosław Boberek. Aktorzy zbiorowo i tłumnie kładą się w tym czasie na monumencie, oddając kierownicę zdarzeń śmierci. Lektor bajkowo-patetycznym tonem wymienia kolejne polityczne i popkulturowe legendy, których nazwiska i czyny przejdą do historii. Ten fragment został wycięty z rozważań Szczerka, przeznaczonych do odtwarzania w czasie ewentualnej emigracji – w kontekście samobójczej śmierci na ojczystej ziemi brzmi co najmniej nieprzystająco. Przywołane sytuacje i postaci są krytykowane niczym w serwisie informacyjnym, który chciałoby się wyłączyć, tylko niestety brak pilota. W tych okolicznościach ginie budowane skrzętnie napięcie, zmienia się atmosfera i okropnie dystansuje się opowiadana historia. A aktorzy leżą tyłem do widowni, odchodząc w niepamięć, jak ich wcześniejsze opowieści. I jeszcze światła gasną mozolnie, jakby w rewii niezgrabności. Po takim finale powinienem pewnie modelowo napisać coś o żenadzie i niezadowoleniu, ale poddam się refleksji i zapytam, czy może właśnie tym akapitem nie wpisuje się dokładnie we fragment z „Siódemki” mówiący, że „…Polska, kraj, który nigdy siebie nie zaakceptuje, ale nie dlatego, że ma takie wysokie wymagania, tylko dlatego, że nie jest tym, kim chciałby być, czyli każdym normalnym krajem. Każdym innym. Kraj, którego obywatele albo z niego szydzą i go nienawidzą, albo wzbudzają w sobie chorą do niego obsesję i na niego chorują – a tak w żadnym normalnym kraju nie ma?”.

Siłą napędową siódemki jest piątka, a gwoli ścisłości: pięcioro. Laureatki i laureaci kolejnej edycji aktorskiego Polowania na motyle zdają tym popisem wszystkie egzaminy z teatralnej gotowości. W kreacji bohatera przechodniego, w wielopostaciowości, formalnych zadaniach i chóralnych opowieściach jak na dłoni widać bezszelestną współpracę zespołu aktorskiego. Nie ma znaczenia, czy wcielają się w ekipę Klinersów, żonglują wcieleniami głównego bohatera, obracają się w konwencji teatru cienia, plączą się w parawanie polskości czy mówią jednogłośnie – uważność, dokładność i punktualność, które prezentują, budzą podziw. Jest w nich ujmujący pierwiastek zabawy w teatr. Gdy informują nas o wybuchu wojny i wyliczają elementy rzeczywistości, które mogą bezpowrotnie utracić, zdejmują postaciowe gorsety, stają się prywatnie poruszającymi w swoich przeżyciach. Mimo licznych zbiorowych kreacji i odgrywania jednakowych zadań zachowują swoje indywidualności. Filip Orliński oscyluje między swobodnie nakręcaną dynamiką zabawy a introwertycznym zanurzaniem się w sobie, budzi to pragnienie dowiedzenia się, co kryje się w jego zamyślonych oczach. Agata Łabno przyciąga dziecięcym wręcz zaangażowaniem i odcieniami ironicznej gry, by później dokonać konfrontacji z własną dojrzałą kruchością. Konrad Żygadło w całej rozpiętości swojej dynamiki i energetycznych reakcji, którymi ożywia kolejne postaci, pozostaje w stałym kontakcie zarówno ze scenicznymi partnerami, jak i widzami. Martyna Czarnecka intensywnie kreuje swoją wizję świata, kreśląc wyraźne wizerunki. Janek Litvinovitch zaskakuje kilkukrotnie gamą silnych propozycji odmiennych od reszty zespołu, to znów wyróżnia się zdystansowaną emocjonalnością. Bije od tego zespołu świeżość, chęć i radość ze scenicznej obecności, znane szeroko z dyplomowych realizacji.

Za powodzenie tej jazdy bez trzymanki odpowiada dużo szersze grono. Anna Rogóż w oszczędnej  scenografii zamknęła całą istotę opowiadanej historii. Kolosalne samochodowe lusterko i osadzone na brukowej kostce szczątki tabliczki, będące upamiętnieniem obalenia słupów granicznych byłych państw zaborczych, kryjące w sobie świetlną tajemnicę i dziecięcą piaskownicę, są świetnym fundamentem do budowania światów. Zunifikowane kostiumy, zawierające jednak akcenty osobnicze, zachowują równowagę między zbiorową kreacją a indywidualnościami aktorów. Czteroosobowa bluza, której nadruk obfity jest w owoce narodowej kultury (zwana jest przeze mnie parawanem polskości), przykuwa największą uwagę. Wizualizacje Marii Matyldy Wojciechowskiej subtelnie sugerują zmiany światów i stanów świadomości bohaterów. W niełatwym procesie kreślenia kolejnych lokacji dużo zależy od pracy realizatorów światła – Zofii Krystman i Witolda Juralewicza. Patryk Szwichtenberg dokonał remixu hejnału, którego brzmienie koresponduje ze spożywaniem eliksirów. Praca choreograficzna Aleksandra Kopańskiego ujawnia się w nieoczekiwanych momentach, zaskakuje adekwatnością i wyrazistością propozycji. Stołeczny debiut Rafała Szumskiego silnie rezonuje z jego lalkarskim wykształceniem. Liczba formalnych zabiegów, tak jak jakość ich realizacji świadczą o szerokim spektrum warsztatu i umiejętności jego implementacji. Silna konstrukcja dramaturgiczna została podparta dużym wyczuciem dynamiki gry aktorskiej i różnorodnością wdrażanych rozwiązań. Nie da się też odmówić dramatycznym fragmentom spektaklu klarowności i logiki.

„Siódemkę. SzÓs polskich królową” ogląda się w Warszawie z centralnej perspektywy myślenia i śmiechu ze sporą przyjemnością i jeszcze większym zaangażowaniem. Chciałoby się ją zobaczyć przeniesioną do Krakowa, Radomia, a potem chociaż do Michałowic albo Iłży. Chciałoby się, aby ten spektakl jazdy wyruszył w drogę i z całym swoim absurdem, umownością sylwetek i puszczanym regularnie okiem grzebał w mrowisku lustra narodowej tożsamości. Nawet jeśli kończy się, jak się kończy; jeśli nie jest się scenicznym głównym bohaterem, da się te kilka minut, drodzy państwo, przeżyć.

fot. Artur Wesołowski

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , ,