Recenzje

Serce przestało bić

O “Halce (wileńskiej)” w reżyserii Agnieszki Glińskiej w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie pisze Wiesław Kowalski.

Jakoś trudno mi się zgodzić z padającymi z różnych stron zarzutami jakoby Agnieszka Glińska realizując wersję wileńską „Halki” pokazała na scenie coś innego niż to, co wyczytała z libretta Włodzimierza Wolskiego i Moniuszkowskiej partytury. W moim przekonaniu reżyserka bardzo konsekwentnie realizuje swoją wizję prostej dziewczyny, która opętana niemal  szaleńczo miłością do pozbawionego litości Janusza próbuje heroicznie o swoje uczucia walczyć – zanim ostatecznie poniesie klęskę, a także inaczej niż dotychczas konstruować same relacje pomiędzy bohaterami dramatu.

„Halka” Stanisława Moniuszki od pewnego czasu kusi reżyserów teatralnych, którzy próbują poszukiwać nowych tropów interpretacyjnych, a także innych niż dotychczasowe możliwości inscenizacyjnych, by wyjść z czysto obyczajowego obrazka i sentymentalnej opowieści o nieszczęśliwej miłości ubogiej dziewczyny do zamożnego panicza. Paweł Passini, Natalia Korczakowska, Natalia Babińska czy  Ewelina Pietrowiak mierzyli się nie tak dawno, z różnym zresztą skutkiem, z pełną wersją tej opery. Jej wariacja wleńska jest pod względem konstrukcyjnym może i bardziej spójna, intensywna oraz dramatycznie zwarta, ale to wcale nie znaczy, że w realizacji łatwiejsza. Opera Narodowa postanowiła powrócić do tej dwuaktowej odsłony dzieła i reżyserię powierzyć debiutującej w tym gatunku Agnieszce Glińskiej, która do współpracy choreograficznej zaprosiła Weronikę Pelczyńską. Ta z kolei tancerzom/performerom kazała mierzyć się z tym, co dzieje się w głowie nieszczęśliwej i od początku obłąkanej dziewczyny. Jest to bardzo ważny element tego spektaklu, który ruchem scenicznym, tylko momentami nawiązującym do tańca, konstruuje świat wewnętrznych przeżyć tytułowej bohaterki i tego, co w jej głowie się rodzi i majaczy. Sceniczne figury komponowane przez ubranych najpierw  w czarne suknie tancerzy i tancerki, potem ich nagie ciała pozbawione kostiumu przynoszą w wielu sytuacjach bardzo ciekawe efekty inscenizacyjne, obrazujące pomieszanie zmysłów nieszczęśliwej i porzuconej góralki – zwłaszcza robi to niesamowite wrażenie, kiedy ruch jest prowadzony oszczędnie, zamiera w określonych pozach i nie zaczyna dominować nad przebiegiem dramatycznej akcji. To personifikowanie neurotycznych namiętności i emocjonalnych stanów protagonistki ma tutaj swoje głębokie uzasadnienie i nie posiada absolutnie charakteru ilustracyjnego. Ceremoniał zaślubin Janusza z Zofią (traktowaną zdecydowanie bardziej przedmiotowo), która tutaj w finale pada na scenie, nie jest w interpretacji Glińskiej banalnym rytuałem, bo wychodzi poza obyczajowe oczywistości i nadaje wydarzeniom bardziej uniwersalny, symboliczny i egzystencjalny wymiar. Ale jednocześnie w moim przekonaniu wciąż mocno nasycony mrocznymi emocjami.

Glińska – jak sama mówiła w przedpremierowych zapowiedziach – zobaczyła w Halce powinowactwa z szekspirowską Ofelią i tak też prowadzi wcielającą się w rolę Halki – Ilonę Krzywicką, która pojawia się już podczas uwertury, bacznie, acz jakby niepostrzeżenie badając to wszystko, co ją otacza. Utalentowana absolwentka Akademii Muzycznej w Poznaniu, choć już z sukcesami międzynarodowymi, poradziła sobie z rolą znakomicie, potrafiła skupić na sobie uwagę i ciekawie uruchomić ciało – zwłaszcza wtedy, kiedy niewinna i krucha niczym ptak jej Halka chciałaby wzlecieć w przestworza. Młoda śpiewaczka posiada niezwykle mocny i dźwięczny głos – od strony wokalnej jedyne co można jej zarzucić, to zbyt duża przewaga forte przy rzadko pojawiającym się piano. Nie mniej interesująco od strony wokalno-aktorskiej prezentuje się Łukasz Klimczak w roli Janusza, Dariusz Machej jako Marszałek i Kamil Zdebko w barytonowej partii Jontka, która dopiero później została przepisana na głos tenorowy. Równie udanym i mocnym  elementem spektaklu jest lustrzano-neonowa scenografia Moniki Nyckowskiej, która tworzy wymowne przeciwieństwa dla równolegle prowadzonych narracji i jedynie dyskretnie nawiązujące do ludowości kostiumy Katarzyny Lewińskiej. Ciekawym zabiegiem pojawiającym się na horyzoncie jest medyczny zapis pracy ludzkiego serca, który w finale jest  już tylko jedną ciągła linią. Wszystko to razem powoduje, że mamy w tym przypadku do czynienia z realizacją, która próbuje nie tylko w  czysto realistyczny sposób dotykać wszystkich społecznych i psychologicznych uwarunkowań, jakim poddani są Moniuszkowscy bohaterowie, ale też czerpać z innych perspektyw poznawczych, które zjawiskiem szalonych uczuć w różnych dziedzinach kulturowych się zajmowały.

Inscenizacja Glińskiej jest na pewno interesującą i niekonwencjonalną propozycją teatralną, próbującą zrywać z tradycyjnym pojmowaniem dzieła Moniuszki  i jego folklorystyczno-cepeliowskim sztafażem, dlatego dla operowych purystów może być muzycznym konceptem niełatwym do strawienia oraz zaakceptowania i tym samym wywoływać krańcowe emocje.


Fot. Krzysztof Bieliński

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , ,