Recenzje

Słowiańszczyzna

Marcin Mortka: Żółte ślepia. Foksal, Warszawa 2020 – pisze Izabela Mikrut.

Jakoś Marcin Mortka „Żółtymi ślepiami” nie za bardzo przekonuje. Owszem, sięga do dawnych wierzeń i czasów zamierzchłych, owszem, próbuje stylizować narrację na tyle, żeby czytelnicy mieli wrażenie inności świata przedstawionego – ale to wszystko jest nie do końca udane. W fabule luki, w komentarzach – niedociągnięcia (jeśli się stylizuje tak, by narracja nie była przezroczysta, warto zastanowić się nad brzmieniem wszystkich zwrotów, a nie mieszać dzisiejsze i rzekomo prasłowiańskie). Dla autora najważniejsze wydaje się operowanie językowymi sztuczkami, zupełnie jakby motyw zabaw słowami umożliwiał sięganie po standardowe wydarzenia. I tak „Żółte ślepia” będą powieścią drogi – najbardziej popularnym w fantastyce pop gatunkiem – ale jeśli do tego są opowieścią schematyczną – to już trochę boli. Być może odbiorcy, którym nie zależy na prawdzie historycznej czy na odpowiednim brzmieniu nawet czasami się ubawią: autor funduje przecież to relacje seksualne rozpalające zmysły, to walki i polowania, w których potężna siła oznacza zwykle chlapanie krwią – wszystko dla rozrywki. A jednak – czegoś tu brakuje, coś się nie skleja i nie pozwala zanurzyć się w historii.

„Żółte ślepia” to powieść, w której bardziej przyciąga wzrok to, co w brzmieniu dzisiejsze i niepasujące do przeszłości. Marcin Mortka to inwersję zastosuje, to – słowo, które archaicznie wygląda w kontekście innych – ale czuje się, że język, którym opowiada tę historię, jest mu obcy i nienaturalny, niedoszlifowany i przy tym bardzo usztywniony. Problemy pojawiają się w opisach, ale też w dialogach, którymi przerzucają się bohaterowie niemal tylko po to, żeby zobrazować otoczenie. Bo jeśli zwykłe prośby muszą być opatrzone wyjaśnieniami – to wiadomo, że autor nie robi tego dla postaci, które i tak by się zrozumiały, tylko dla odbiorców, żeby uzmysłowić im, że przebywają oto w przestrzeni odległej od własnych doświadczeń. Takie wymuszanie czucia kontekstu nie wpływa dobrze na lekturę, wypada za to tak, jakby autor był niepewny swoich racji i dążył do uzasadniania kontekstu za wszelką cenę – nawet za cenę płynności opowieści. Wiadomo też, że w ucieczce do czasów Bolesława Chrobrego nie zajmie się zgłębianiem sedna relacji międzyludzkich zależnych od rzeczywistości: w przeszłość wrzuca sceny i kontakty interpersonalne pasujące do świata jego czytelników. Ułatwia sobie tym zadanie: bez większego trudu można zrozumieć motywacje bohaterów – ale niekoniecznie o to chodzi, gdy funduje autor podróż przez wieki wstecz.

„Żółte ślepia” to powieść, która chciałaby się znaleźć wśród popularnych i głośnych historii – ale nie ma raczej na to szans przez niepewność Mortki w konstruowaniu fabuły i charakterów postaci. Za dużo tu nieplanowanych i nawet nieuświadamianych kotwic do dzisiejszych czasów, za dużo potknięć, żeby można było cieszyć się przeniesieniem w przeszłość i śledzić poczynania bohaterów.

Komentarze
Udostepnij
Tags: ,