Recenzje

Słuchać, a nie tylko mówić

O spektaklu ,,Słownik Ptaszków Polskich’’ Jakuba Morawskiego w reż. Krzysztofa Materny w Teatrze Bagatela w Krakowie pisze Wiesław Kowalski.

To miał być spektakl o naszym języku, o jego odmianach i różnych odcieniach odmienności, o jego charakterystycznych cechach przypisanych różnym ludziom czy społecznościom. Wiadomo, że dzisiaj takich wariantów jest bardzo wiele, obok siebie egzystują mocno zróżnicowane rzeczywistości językowe,  na przykład slang młodzieżowy z żargonem, którym posługują się  pracownicy korporacji.

Krzysztof Materna po raz drugi sięga po tekst Jakuba Morawskiego. Pierwsza wersja w warszawskim Teatrze Imka ukazała się w roku 2016 i pozostała w pamięci nie tylko z powodu udziału Doroty Rabczewskiej. Teraz w krakowskim Teatrze Bagatela Materna sporo zmienił i dopisał, a nawet sam siebie wprowadził na scenę w kilku monologach, co było posunięciem mało fortunnym. Wszystkie te zabiegi na dobre spektaklowi nie wyszły. Wyparowało przede wszystkim to, co w tekście Murawskiego pobrzmiewało echem Gombrowicza czy nawet Mickiewicza. A „Słownik ptaszków polskich” mógłby być całkiem niezłą zabawą, egzemplifikującą to, co na co dzień z naszym ojczystym językiem się dzieje i jak się nim posługujemy, jak wpływa na międzyludzkie relacje, jak może uczynić z człowieka istotę wypełnioną intelektualną pustką, jałową, plakatową i plastikową, stającą się własną parodią czy karykaturą.

Karkołomny w swej specyfice język wymaga od aktorów ogromnej dyscypliny i dykcyjno-artykulacyjnej giętkości. Krakowscy aktorzy radzą sobie z tym nawet dość dobrze (panowie może czasami niepotrzebnie szarżują, dodając jeszcze do tego co mają do powiedzenie jakieś dziwne przesterowanie mimiczno-gestyczne), podają tekst ze sporą dozą naturalności (zwłaszcza Urszula Grabowska jako terapeutka czy Ewelina Starejki jako gospodyni domu), ale nie bardzo wiadomo po co i w jakim celu to robią. Nieczytelność ich przekazu czy może raczej samego przesłania spektaklu, który nie wkracza w orbitę egzystowania pewnych szczepów językowych, zabija całą tę słowną zabawę, będącą nieustannym żonglowanie konstruktami zdaniowymi pełnymi językowych zbitek, „neologizmów” i różnego rodzaju „makaronizmów”. Celowe ich nagromadzenie powinno wprowadzać zaburzenie świadomości i orientacji, doświadczenie indyferentyzmu, poskramiane przez leksykalny komizm. Niestety nic takiego się nie dzieje. Lingwistyczna ekwilibrystyka zastosowana przez autora jest rzeczywiście imponująca, ale nie przekłada się na efekt rozkoszowania się nią, na szansę wyjścia poza sceniczną rampę. Można było odnieść wrażenie, że sami aktorzy bardziej się tym tekstem bawią, niż publiczność na widowni. Nie udało się w Krakowie stworzyć takiej przestrzeni ludzkiej mowy, która porażałaby brakiem komunikacyjnych możliwości. A przecież cała ta słowna gimnastyka, pozornie błyskotliwa, inkrustowana barokową ornamentyką językowej terminologii sprowadzonej do totalnego skrótu, którą popisują się protagoniści, powinna doprowadzić do bolesnej konstatacji,  że tak naprawdę nie słucha nas nikt. Że ten konglomerat użytych zwrotów, mających za zadanie zwrócić na siebie uwagę, wywołuje wręcz odwrotny skutek. Choć to objaw również społecznej tendencji, która wyżej stawia tzw. konwersacyjne „klikanie” z zatrważającą ilością semantycznych abstraktów od bezpośredniego komunikatu werbalnego. Coraz rzadziej spotykamy ludzi, którzy chcą słuchać, a nie tylko mówić o sobie. Zdolności empatyczne zeszły na margines relacji międzyludzkich. Aby zaobserwować jak wygląda dzisiaj stan naszego języka wystarczy przejrzeć choćby komentarze na portalach społecznościowych. To co tam można przeczytać brzmi najczęściej wyjątkowo bełkotliwie, choć może w pierwszym odruchu imponować bogactwem użytych parafraz i anglojęzycznych zwrotów. Ale tego już ze spektaklu Materny, którego wygłaszane przed kurtyną między poszczególnymi sekwencjami monologi  są rodem z nieszczególnie błyskotliwego kabaretu, się nie dowiemy.

fot. Jeremi Astaszow

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , ,