Recenzje

Śmieszność ze szczególnym okrucieństwem

O spektaklu „Przypadkowa śmierć anarchisty” Dario Fo w reż. Michała Zadary w Teatrze Powszechnym w Warszawie pisze Alicja Cembrowska.

Satyra i farsa na deskach Teatru Powszechnego może być zaskoczeniem dla widzów, którzy znają repertuar tego warszawskiego teatru. Jednak chociaż sala wybucha śmiechem, a aktorzy stroją miny i potykają się o powietrze, to przekaz “Przypadkowej śmierci anarchisty” jest szalenie poważny.

Dario Fo był włoskim dramaturgiem, reżyserem, autorem tekstów i działaczem politycznym włoskiej lewicy. Jednak przede wszystkim – czujnym, aktywnym i wrażliwym obserwatorem. Jego rodzina działała w antyfaszystowskim ruchu oporu. Denerwował go konformizm intelektualistów. Nie bał się krytykować sił politycznych, co często skutkowało atakami na niego i jego bliskich. W swoich tekstach pisał o sytuacji czarnoskórych w USA, o AIDS, wojnie w Zatoce Perskiej i w Wietnamie, zabójstwie Johna F. Kennedy’ego. Wyśmiewał Berlusconiego. Zauważał, że narkotyki stają się poważnym problemem w jego ojczyźnie. Krytykował komunistów.

Dario Fo nie chciał żyć w reżimie i opresji, ale te niekoniecznie muszą być związane z konkretnym systemem. Bo czy konsumpcjonistyczny, niezatrzymywalny pęd nie bywa dla niektórych dyktaturą? Satyra i groteska stały się dla Fo formą sprzeciwu, furtką do komentowania wydarzeń historycznych, ale też wentylem, by dźwignąć codzienność.

“Przypadkowa śmierć anarchisty” jest zatem śmieszna, ale też podwójnie przerażająca – bo ta fabuła kiedyś miała miejsce i co jakiś czas się powtarza. Nie tylko w przestrzeni teatralnej, ale na komisariatach całego świata. Fo napisał sztukę po zamachu terrorystycznym na Piazza Fontana w Mediolanie w 1969 roku. Nie był to jedyny akt terroru w tym okresie – tak zwane lata ołowiu, czyli czas wzmożonego terroryzmu, ciągnęły się we Włoszech do lat 80. XX wieku. Przypadek mediolański stał się dla twórcy idealnym tematem nie dlatego, że z powodu wybuchu bomby zginęło 17 osób, ale dlatego, że kilka dni później jeden mężczyzna, tytułowy anarchista, wypadł przez okno. To on został uznany przez system za winnego. I ekspresowo został skazany. Oficjalnie: przerażony swoim czynem terrorystycznym wyskoczył sam. Nieoficjalnie: wkurzył funkcjonariuszy, więc ci wyrzucili go z czwartego piętra. Sam Fo nazwał swoją sztukę “groteskową farsą o tragicznej farsie”.

Reżyser warszawskiego spektaklu Michał Zadara nie bez powodu sięgnął po tekst z lat 70. Nie chce jednak opowiadać o historii Włoch, rozliczać policjantów z przeszłości, edukować o terroryzmie. Zadara, podobnie jak Fo, w opowieści o anarchiście szuka pretekstu do opowiedzenia o wycinku rzeczywistości. Dlatego od razu przenosimy się z mediolańskiego komisariatu i lądujemy w budynku wrocławskim – wszak to właśnie stolica Dolnego Śląska w naszej zbiorowej wyobraźni szczególnie kojarzy się z przemocą policji. Chociażby z powodu śmierci 25-letniego Igora Stachowiaka, do której twórcy spektaklu nawiązują wielokrotnie. Ale to przecież nie jedyna ofiara funkcjonariuszy. W ostatnich latach są nimi aktywiści i aktywistki, kobiety, które chodzą na strajki, osoby LGBTQ+, które ośmielają się wyjść z tęczową flagą, ale też ONI – ci obcy ludzie z lasu, którzy swoim błąkaniem się atakują naszą polskość.

Domyślam się, że do tego momentu brzmi to bardzo poważnie, jednak Zadara nie rezygnuje z konwencji Fo. Trzyma się stylu komediowego, momentami wręcz jarmarcznego, co powoduje zgrzyty i pytania, bo czy sfera żartów, języka, ale i społecznego przyzwolenia nie zmieniła się w ciągu 50 lat? „Przypadkowa śmierć anarchisty” jest dziwną mieszanką starego i nowego. Niektóre słowa czy tok rozumowania bohaterów zupełnie nie pasują do XXI wieku, ale zgrabnie mieszane są z żartami polityczno-społecznymi z Polski ostatnich lat. Nie brakuje zatem granatników na komendzie, plakatu Andrzeja Dudy, “małego Guantanamo” w Olsztynie, toksycznej relacji władzy i Kościoła, błyskawicy. Ta ostatnia pojawia się na afiszu, ale i czapce Wariata (bo któż inny mógłby lepiej wyjaśnić reżimowe metody podporządkowywania sobie obywateli niż jednostka wyraźnie INNA?).

A może raczej Wariatki (Barbara Wysocka). Michał Zadara również tym zabiegiem daje znak, że ten spektakl dotyczy kobiet. To one coraz odważniej i częściej wychodzą na ulice, walczą o swoje prawa, bywają wciągane do policyjnych wozów i traktowane gazem. Czyżby zatem i one, anarchistki, bardziej niż anarchiści były bardziej narażone na “przypadkową śmierć”? Jak to w ogóle możliwe, żeby przypadkowo umrzeć?

Właśnie ten nieprzypadkowy przypadek jest tematem dochodzenia Wariatki, która poza innymi przypadłościami, ma chorobliwą potrzebę wcielania się w innych ludzi. Gdy zatem znajduje na komisariacie akta dawnej sprawy, bez chwili zastanowienia wraca do policjantów jako prokuratorka. Z jednej strony chce im pomóc, z drugiej – nieustannie robi z nich nomen omen wariatów. Ta część spektaklu bywa uciążliwie anachroniczna. Niektóre podpowiedzi wariatki są absurdalnie głupie. A zaraz potem pojawia się pytanie, czy właśnie nie tak działa opresyjny system? Robi z nas wariatów, ogłupia, sprawia, że gubimy się w gąszczu absurdów i idiotyzmów?

Podkomisarz Bertozzo (Arkadiusz Brykalski), komendant (Grzegorz Falkowski), nadkomisarz (Oskar Stoczyński) i funkcjonariusz z kategorii “ten najgłupszy” (Artem Manuilov) są natomiast narzędziami tego systemu. Trochę robią, co im każą, trochę nie znają prawa. Są AŻ policjantami, ale i TYLKO policjantami. Chętnie korzystają z przywilejów władzy, ale gdy jest im to na rękę, uznają, że “co oni mogą”. Może łamią prawo lub zasady, tuszują sprawy, naginają prawdę, ale przecież nie oni są winni. Ktoś im kazał. Muszą przecież stanąć po stronie silniejszej władzy, a nie słabszego Kowalskiego czy innego Pinellego. Może przegięli z formami nacisku i ktoś wypadł, tfu, sam wyskoczył przez okno z powodu “ataku psychozy”, ale tak się przecież zdarza. “Myliliśmy się” – mówi niewinnie policjant skonfrontowany z tym, że jego pomyłka kosztowała życie niewinnego człowieka. Walka z lewactwem wymaga ofiar. Taka śmieszność ze szczególnym okrucieństwem. Kogoś później dziwią napisy: “Dzieci już nie chcą zostać policjantami”? [napis z transparentu na proteście w 2020 roku].

Michał Zadara z wyczuciem żongluje treścią z włoskiego utworu i dodaje do niej polskie wątki. Robert Rumas, odpowiedzialny za scenografię, nie dociąża całości, stawia na minimalizm i to bardzo trafna decyzja – przede wszystkim dlatego, że tempo spektaklu (szczególnie za sprawą Wariatki) jest dosyć szybkie, co jakiś czas scenę pokrywa gęsty dym, funkcjonariusze w rytmie głośnej muzyku inscenizują walki na pięści i kopy, rzucają się na podłogę. Aktorzy co rusz przypominają, że to takie żarty, konwencja, teatr. Mrugają porozumiewawczo do widzów.

A na końcu Karina Seweryn, grająca Dziennikarkę, już na brawach, podaje rękę kobiecie z pierwszego rzędu. Dominice Wielowieyskiej, dziennikarce Gazety Wyborczej, na której wzorowana była jej postać. I tak właśnie życie miesza się z teatrem. I tu, i tu nieraz śmiech (nawet ten przez łzy) jest najsilniejszą bronią.

fot. Krzysztof Bieliński

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , ,