Recenzje

Śnienie

„Ander-Sen” Bronisława Maja wg Hansa Christiana Andersena w reż. Tomasza Kaczorowskiego w Teatrze Pinokio w Łodzi – pisze Wiesław Kowalski.

Widać, że Teatr Pinokio nie szczędził nakładów na swój ostatni premierowy spektakl, ale nie tylko z tego powodu „Ander-Sen” w reż. Tomasza Kaczorowskiego jest widowiskiem w swoim inscenizacyjnym kształcie bardzo pięknym, w poetyckiej wizji wysmakowanym plastycznie i próbującym dużo bardziej ambitnie, niż to czyniono dotychczas, czerpać z baśniowej spuścizny Hansa Christiana Andersena. I trzeba zaznaczyć, że cały zespół realizacyjny, włącznie ze znakomicie śpiewającymi aktorami, ambicjom tym sprostał, przygotowując wartościowe, inteligentne i interesujące, pełne tajemniczego uroku przedstawienie intrygujące aurą, klimatem, nastrojem i sposobem poszukiwania właściwego klucza interpretacyjnego dla różnych wątków zaczerpniętych z twórczości duńskiego pisarza i poety.

Dotychczas autor „Brzydkiego kaczątka” był adaptowany na różne sposoby raczej w linearnych, mocno naiwnych i poczciwych opowiastkach, choć twórcy często naruszają zamkniętą konstrukcję klasycznej baśni i próbują widzowi powiedzieć więcej niż zawiera sam baśniowy morał. Kaczorowski z Bronisławem Majem – autorem scenariusza –  postanowili zagłębić się  w bardziej mroczne narracyjnie przestrzenie, stawiając znak równości między obrazem i słowem. To próba wejścia w  dyskurs z Andersenem i rozpisania całej jego stylistyki podszytej trwogą, cierpieniem, rozpaczą i fatalizmem na poetycką partyturę niosącą wzruszenie i nastrojowość, a także chęć znalezienia nowych jakości dla tkwiącego w jego utworach  tragizmu.

Wszystko co oglądamy na scenie jest w absolutnej zgodzie z duchem poetyckich baśni Andersena, zachowując przy tym w nowej warstwie literackiej ich językową zwyczajność i prostotę, a także umiejętność łączenia tego, co zakłada racjonalne postrzeganie świata z ludzkimi potrzebami do spełniania marzeń i pragnień. Równie imponujący jest zastosowany bez jakichkolwiek złamań stylistycznych cały zasób środków teatralnych, który jest skutecznie synchronizowany z płynnie przepływającymi obrazami i wątkami, mającymi tutaj charakter fragmentaryczny. Poszczególne etiudy różnicują też animowane lalki – raz są to pacynki (Ropuch), innym razem lalki skonstruowane z papieru czy z drewna (Ołowiany Żołnierz), jeszcze innym – jak w sekwencji z psami z „Krzesiwa” – lalki cieniowe. Choć spektakl toczy się w dość powolnym i sennym rytmie, w końcu dzieje się jakby w głowie Czarownicy, która niczym królowa czasu stwarza całą tę niesamowitą rzeczywistość, jego twórcy  zadbali o to, by wszystkie rozwiązania inscenizacyjne miały swoją dramaturgię, niezależnie od tego czy dzieją się na planie żywym, lalkowym, w teatrze cieni czy też na widowni. I te kontrasty przestrzenno-sytuacyjne bardzo dobrze strukturyzują wewnętrzną dynamikę przedstawienia, jego podskórną moc, która uruchamia naszą wyobraźnię i wrażliwość na postrzeganie tego, co przeżywają powoływani przez Czarownicę bohaterowie. A w jej ponurym lesie pojawią się postaci z „Krzesiwa”, „Małej syreny”, „Królowej Śniegu”, „Ołowianego żołnierza” i „Calineczki”. Piotr Osak w roli tak dwuznacznego bytu ma na sobie ogromnych rozmiarów kostium, a twarz skrytą za srebrną maską. Jest w nim coś naprawdę zatrważającego,  coś jednocześnie groźnego i demonicznego.

Generalnie nastrój tego widowiska powoduje, że ogląda się je z ogromnym zainteresowaniem, nawet wtedy gdy do głosu dochodzi chłodna analiza targanych wątpliwościami protagonistów. Ten liryczny i pogrążony w smutku nastrój buduje oczywiście scenografia Justyny Bernadetty Banasiak, a także muzyka Miłosza Sienkiewicza. Efekt teatralny, nawiązujący w dużej mierze do poetyki znanej z filmów Tima Burtona czy też kina niemego, osiągany jest również poprzez zestawienie proporcji użytych lalek, samych aktorów i elementów tworzących dekorację. W ten sposób  potęgowany też jest baśniowy koloryt, zintensyfikowany mrocznymi barwami obrazu scenicznego i kunsztownie prowadzonym światłem. To ważne, bo wiele w tym spektaklu sekwencji rozgrywanych w ciszy, w nastroju onirycznym, ale zawsze z podskórnie czającym się słowem, które w tym czasie do życia się rodzi. Ciekawie rozwiązana została przez reżysera historia Gerdy i Kaja, która w łódzkim spektaklu zagrana została przez starszych, a nie młodych – jak to zwykle bywa – aktorów.  To zmienia zupełnie perspektywę i przydaje inscenizacji Kaczorowskiego jeszcze innych tonów, zdecydowanie bardziej melancholijno-nostalgicznych, odnoszących się końca naszej życiowej drogi i rozliczenia z przeszłością. Okazuje się, że w Andersenie wciąż można odkrywać rzeczy ważne i aktualne. A zatem żyjmy uważnie i z pokorą. Nie dajmy się samolubstwu i bądźmy innym potrzebni, kochajmy, by nigdy nie zabrakło obok nas tego, kto zawsze poda nam pomocną dłoń.

Cieszy fakt, że tak młody reżyser jak Tomasz Kaczorowski ma znakomite wyczucie teatralnej formy i potrafi z konsekwencją operować wysublimowaną plastyką sceniczną. Dlatego jego kolejnym poczynaniom w teatrze lalkowym – i nie tylko –  naprawdę warto się przyglądać.

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , ,