Recenzje

Sonety Śmierci i Życia

William Szekspir „Sonety” w reż. Zbigniewa Lisowskiego w Teatrze Baj Pomorski w Toruniu – pisze Aram Stern.

Liryka na teatralnej scenie jest niewdzięczna. Brakuje jej zdefiniowanych dialogów, relacji między postaciami oraz nie wystarcza sytuacyjności zdarzeń. Stąd pomysł, by sytuację liryczną zamienić na akcję sceniczną, wydawał się dość ryzykownym. Tym bardziej, kiedy scenarzysta i reżyser zarazem, Zbigniew Lisowski, wziął na warsztat „Sonety” Williama Szekspira, których są aż 154 (!), aby wystawić je na nowej Scenie Szekspirowskiej przy Teatrze „Baj Pomorski” w Toruniu. Prapremiera przestawienia dla młodzieży i dorosłych odbyła się jednak na Dużej Scenie „Baja Pomorskiego”, gdyż budowa nowej sceny w ogrodzie Teatru, jak to często z budowami bywa – wstrzymana została przez nieznane siły aż do wiosny.

Następstwem tego zamiaru okazało się liryczno-muzyczne widowisko, co zauważamy od razu – oprawione w wręcz prowokacyjnie oszczędną i nieokotarowaną scenografię. Taki zabieg pozwala skupić zmysły widza maksymalnie nie tylko na słowie, ale i niezwykłej urody kostiumach autorstwa Pavla Hubički oraz udźwiękowieniu trip-hopowym transem przez Piotra Klimka. Delektując się z widowni obrazami kolejnych scen, które czynią widowisko barwne, a momentami wręcz bajeczne, nie należy jednak ulec pokusie, iż w „Sonetach” Lisowski urządził sobie niejako wakacje od wszelkich namiętności (szczególnie postaci władców, znanych tak dobrze ze sztuk Szekspira i polityki) i obrócił wszystko w kalejdoskopowy żart! W „Sonetach” reżyser przenosi nas bowiem do warstw głębszych, wcielając je w sytuacje bliskie odbiorcom współczesnej sztuki, w której tragizm tak często jest odwrotną stroną komizmu. Ze strof Szekspira nie czyni przy tym tylko ponurej dramy i nie rezygnuje z feerii fantazji, by w tak kipiącej masie słów znaleźć klucz do Szekspirowskiego widzenia świata w kształcie dojrzałym, głębszym nawet niż w historiach królów i rycerzy. Bowiem, cóż może być ważniejsze od miłości i namiętności!?

Spośród czternaściorga aktorów na scenie zauważamy, jak Młody S., popisowo kreowany przez Mariusza Wójtowicza, błądzi pod zasłoną tajemnic, igraszką namiętnej MIŁOŚCI do swej Muzy i Róży (Marta Parfieniuk-Białowicz) czy do postaci swych dramatów, a wreszcie do Młodzieńca (Andrzej Korkuz), aby odnaleźć siebie pośród jej wyobrażeń, skrywanych pod władzą nie serca, lecz niestety społecznej konwencji.

W Młodzieńcu kochają się bowiem wszyscy i on sam dobrze wie, jak olśnić swym arcypięknym śpiewem i spektakularnym kostiumem… także widownię. Stary S. (Krzysztof Grzęda) na żywioły targające namiętnościami Młodego patrzy z niekoniecznie autentycznym dystansem, należnym słusznemu wiekowi, tęskniąc po prostu za młodością. Ba, przecież nawet w jego Żonie (Grażyna Rutkowska-Kusa), spętanej elżbietańską suknią słusznych rozmiarów, kipi jeszcze żarliwość, gaszona jednak poczuciem zdrady i wstydu, równie silnymi jak namiętność. W Czarnej Damie (Edyta Łukaszewicz-Lisowska), obiekcie westchnień Obydwu S., odnajdujemy za to namiętność inną: taką, jaką w mężczyźnie potrafi wzbudzić kochanka, która poza tym również jest zdolna do przeżywania autentycznych miłosnych zrywów, ale miłość swą musi skrywać i cierpieć za niepełnię partnerstwa.

Z kolei u Rywala-Poety (Andrzej Słowik) znajdziemy inną obsesję: rywalizacji z Szekspirem o SŁOWO, walki o sławę, mimo przewagi Mistrza. Aktor gra swą postać z werwą i pewnością siebie, które u mężczyzn często skrywają masy kompleksów.

Inną żarliwą cechę ludzkiej natury, jaką stanowi ZŁO czy może tylko kumoszkowata złość w „Sonetach” Lisowskiego ilustruje imponujących rozmiarów skorpion animowany przez Złą Zjawę (Agnieszka Niezgoda).  Intrygi, kłótnie i brak spełnienia reżyser oraz scenograf widzą w formie sinusoidy dobra i zła, która wije się przez nasze życie, aż nadejdzie Śmierć (wspaniała i autentycznie budząca grozę rola Anny Katarzyny Chudek). Blisko niej, a jakże, krąży jeszcze Klecha (Mirosław Szczepański) przestrzegając (do dzisiaj) przed grzeszną i „zgubną” miłością. Wreszcie Błazen, przewrotnie gorzko-ironiczny i grany koncertowo przez Jacka Pysiaka, celująco spina tę krainę szaleństw namiętności, nieprawdopodobnych zdarzeń oraz zacierania granic jawy i snu wielką teatralną klamrą.

Wydawałoby się, że wielobarwne sarmacko-elżbietańskie kostiumy, zaprojektowane przez Pavla Hubičkę, definiują tylko bohaterów „Sonetów” Szekspira. Kostiumy, zachwycające wspaniałymi detalami oraz z precyzją wykonane przez tylko dwuosobowy zespół pracowni krawieckiej „Baja Pomorskiego”(!), wymagają również dostojnej, dworskiej choreografii, za którą odpowiadał w niniejszym spektaklu Jacek Gębura.

Ale nie byłoby tak spektakularnego efektu wizualnego, gdyby nie postaci mitologiczne, okraszone równie malowniczymi kostiumami, jak tęczowy Amor (Dominika Miękus), diaboliczny Satyr z czerwonymi kopytkami (Krzysztof Parda) oraz złota Wenus (Edyta Soboczyńska), przeniesiona wprost z obrazu „Narodziny Wenus” Botticellego.

Niełatwy język Szekspirowskich „Sonetów” zdecydowanie lepiej niż w kwestiach mówionych wypada w warstwie śpiewanej do elektroniczno-transowych kompozycji Piotra Klimka – i to na nie się najbardziej czeka! To melodie Klimka nadają spektaklowi puls i chciałoby się ich zdecydowanie więcej, bowiem wspomniana na początku nieteatralność liryki sprawia, iż mamy wrażenie, że postaci, cały czas obecne na scenie, obracają nam karty kolejnych „Sonetów”, wyrywając je delikatnie z wielkiej Księgi, co powoduje chwilami spadek dramaturgicznego napięcia. Na szczęście reżyser w znanym sobie stylu pobudza nas wieloma ukrytymi znakami i przejmującymi scenami, jak śmierć Młodzieńca czy„przemiany” Starego S. w Młodego.

Jest więc w tym przedstawieniu dualizm Szekspira, ale jest też i przede wszystkim duet Lisowski&Hubička, posłuszny wyobraźni, który wyczarowuje teatralno-plastyczną metafizykę mistrza ze Stratfordu. Lisowski snuje nić skojarzeń nieraz sobie tylko wiadomych, z odwagą komplikując swój zamysł tak, by widz nie musiał wszystkiego zrozumieć. Może zresztą nie powinien, wystarczy, że stanie wobec pytań, że zachwyci się niepokojącym pięknem.

Toruńskie „Sonety” na pewno nie są łatwą propozycją teatralną, wymagają współpracy myśli i wyobraźni widza oraz pewnego oswojenia się z teatralnym szyfrem stworzonym dla liryki – na co nie każdy w obecnie zapętlonych czasach ma ochotę się zdobyć. Ale bez wątpienia jest to spektakl artystycznie wyszukany i mądry.

Ciekawe też, jak wybrzmi pod wiosennym niebem na gotowej Scenie Szekspirowskiej?


Fot. Jacek Melerski

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , ,